Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ale grubo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ale grubo. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lutego 2016

Poradnik samotnej matki + jak palić kocimiętkę

Ostatnimi czasy coraz więcej moich znajomych postanowiło się rozmnożyć, co jest lekko przerażające. Ogólnie nie czuję się specjalnie dorosła, nie poczułam się tak ani po obronie, ani po pójściu do stałej pracy, najbliżej tego poczucia byłam, kiedy kupiłam pralkę - bo taka kupa odłożonego hajsu zamiast na wycieczkę czy nowy komputer idzie na sprzęt AGD. Nie mam hajsu ani ochoty na rozmnażanie, ostatnio natomiast po długich rozkminach sprawiłam sobie kotka. I teraz najlepsze. Rozmawiam z koleżanką, pytam, jak tam wyprodukowany ostatnio noworód - "a wiesz, spoko, bardzo spokojny, głównie śpi". Zwracam się do kolegi z podobnym zapytaniem - "mała przesypia całą noc, najwyżej wieczorem trochę popłacze". Noż kurwa.

Wracam z pracy i przez dwie godziny biegam po domu z jakimś gównem na sznurku, rzucam kuleczki, papierki, zbieram skrupulatnie odkładane korki od wina i rolki po papierze, które znajduję dosłownie wszędzie. Jeśli odpuszczę, to mam gwarantowany dziki galop po meblach. Później kociątko idzie coś zjeść i cała zabawa zaczyna się od nowa. Co chwilę przerywam jedzenie obiadu, żeby ściagnąć Azotka z oparcia kanapy, na którym usadowił się wygodnie, sztura mnie łapką po głowie i zagląda do talerza. Kiedy chcę obejrzeć serial, kładzie się na klawiaturę, blokując touchpada, kiedy uda mi się włączyć okienko tak, żeby móc oglądać, wyłącza napisy albo cofa film do początku. Biorę z kolei książkę - kładzie się na książkę. I tak przez cały dzień, dodam, że łazi za mną nawet pod prysznic. Pod wieczór koteł idzie spać, po czym budzi się dokładnie wtedy, kiedy chcę się położyć i zaczyna zabawę od początku. Poniżej kilka porad, jak przetrwać początki z małym kotkiem.



Po pierwsze, zaprosić znajomych. Kiedy ja mam już dosyć, ktoś inny chętnie zajmie się zabawą z małym kotkiem. Po takim aktywnie spędzonym biforze mogę wyjść na miasto bez obaw, że po powrocie zastanę kocią postapokalipsę.

Po drugie, warzywa do zabawy to świetna opcja. Znajomi mieli kota, który przynosił do łóżka rzodkiewki i pomidorki koktajlowe, w moim przypadku świetnie sprawdza się ciecierzyca i groszek. Koteł kula sobie kuleczki, a jak mu się znudzi, to je zjada. Również seler naciowy albo fasolka szparagowa jest OK. Ogólnie to można nabyć milion dizajnerskich kuleczek na wędce za ciężki hajs, a najlepszą zabawką będą i tak paragony. Polecam również kartony ze sklepu połączone taśmą klejącą w labirynt z odpowiednio wyciętymi otworami do wystawiania główki/łapki.

Po trzecie, tak samo jak nie da się wyspać na zapas ani przeczekać senności, tak nie da się przeczekać fazy kota i nie da się dać mu się wyszaleć na zapas. Pomału uczymy kotka, żeby zajmował się sobą, ale póki jest mały potrzebuje naprawdę dużo uwagi. I niestety nie pójdzie spać, dopóki się nie zmęczy. Na youtube jest muzyka relaksacyjna dla kotów, ale w moim przypadku chuja daje.

Po czwarte, koty nie lubią zapachu cytrusów, tak więc skórki owoców mogą świetnie zastąpić odstraszacze ze sklepu. Kiedy przetarłam skórką cytryny wszystkie kable, których nie udało mi się schować, kotek je obwąchał, po czym spojrzał na mnie ze strasznym wyrzutem w oczach. Wzbudzanie poczucia winy to jest to, co ta mała atencyjna kupa futra potrafi najlepiej.

Po piąte - kocimiętka w ramach kociego ćpania to świetny wynalazek. U koteła wywołuje krótkotrwałą, kilku-, kilkunastominutową euforię, Azotek lekko traci koordynację, za to skacze chyba ze dwa razy wyżej niż zwykle i generalnie jest śmiesznie. Polecam dla urozmaicenia dla starszych kotów, które już nic śmiesznego nie odwalają (tak jak ludzie, którzy nie potrafią się bawić bez narkotyków).



Tyle towaru za niecałe pięć złotych. No ale nie byłabym sobą, gdybym nie postanowiła przetestować tego na ludziach. Generalnie wali sianem, smakuje też sianem i jest bardzo suche oraz sypkie - lepiej wymieszać z tytoniem. Siłą rzeczy pali się szybko, wciągnęłam w siebie na pewno ze dwa gramy, przedtem nie czytając nic w internecie, żeby się nie zasugerować. I teraz najlepsze - to coś daje. Na pewno więcej niż samosiejka. Delikatna faza typu bakłażanowego, niezamulająca, teraz minęło ze dwadzieścia minut i już mi schodzi, ale jakby zrobić z tego blanta, to widzę potencjał - spokojnie możecie opchnąć gimnazjalistom i raczej się nie zorientują.



Pozdro.

poniedziałek, 2 listopada 2015

W poszukiwaniu elektro - raport październikowy

Tak jak nie było co robić, tak przyszedł październik, a wraz z nim nowe sezony seriali (w tej chwili oprócz Doktora - American Horror Story i The Knick), studenciaki i dobre imprezy na mieście. W listopadzie spodziewamy się m.in. imprezy depeszowej (dawno nie było), natomiast jeśli chodzi o październik, było tak...

1. Koncert GusGus - hala Międzynarodowych Targów Poznańskich

Mieszkając na Islandii można pracować w przetwórstwie rybnym albo być muzykiem. Stężenie dobrej muzy na kilometr kwadratowy jest nieproporcjonalne do liczby ludności, a oprócz Sigur Ros i Bjork na tym kamienisto-rybno-wulkanicznym gruncie wykluł się również GusGus. Wg wikipedii jest to muzyka elektroniczna z elementami trip-hopu, house, techno i jazzu. Jeśli o mnie chodzi, to nic mi nie robi dobrze tak bardzo jak połączenie dobrego pierdolnięcia z emocjonalnym wokalem oraz opcjonalnie seksownym skandynawskim wokalistą z dziwną mordą (mój ulubiony typ, jak Eskil z Covenanta i Daniel z GusGus, w Polsce nie ma takich facetów). Obecny skład zespołu to Daniel, drugi wokalista-wyking oraz didżej w szpilkach i makijażu, który robi jakieś 80% show, ale i tak wszyscy się jarają wokalistami, bo za konsoletą nie da się tak zajebiście ruszać itd. Życie. Z powodów logistycznych (bifor) nie załapałam się na support, na palarni zastałam gęstą mgławicę bakłażana niczym na Pendulum w Bydgoszczy i zaraz potem zaczął się show. Kilkunastominutowe, didżejskie wersje utworów, światła, lasery. Jak na bis zagrali "Add this song", to było takie pierdolnięcie, że dach się zawalił i tuzin osób nie żyje.



2. Electro Moustache - Dwa Światy (Toruń)

Dymy i lasery. Dużo dymu i laserów. Darmowe wąsy dla każdego i kiczowata muza, italo-disco-horror-electro-synth-space-chicago-house. Impreza cykliczna ostatnio reaktywowana, kiedyś było w Bunkrze, ale Bunkier się spalił, co nadal uważam za moją prywatną tragedię, i aktualnie jest organizowane w piwnicy Dwóch Światów - jednego z ciekawszych klubów w mieście. Wejście jedynie za piątkę, dobre pierdolnięcie w retro klimacie i wizualizacje z dużym udziałem He-Mana. Aha, proszę nie tańczyć na tym podwyższeniu dla didżeja, bo was wyjebią, na przyszłość będę wiedziała.



3. Die Antwoord Night - NRD (Toruń)

Coś, czego nikomu nie trzeba szczególnie polecać. Kolejny z moich ulubionych klubów i impreza w klimacie zef-rapu. Byłam na koncercie Die Antwoord przy okazji Euro 2012, ale co to za koncert na środku rynku, godzina i nara. Tym razem pełny wygryw, darmowe wejściówki i cały wieczór wg schematu - godzina tańczenia - browar na ogródku - powrót na parkiet.



4. Halloween w Hadesie (Toruń)

Hades to bardzo bezpretensjonalna, sympatyczna miejscówka, trochę kucowo-studencka, ale przynajmniej nie przyklejasz się do podłogi i nikt się nie bzyka po kiblach jak w Kotle (chyba). Tanie szociki, tani browar w przyzwoitym wyborze (jest porter, specjal z rokitnikiem, żywiec biały), muza totalnie jak w liceum, czasami trafi się Kazik, ale chyba rzadziej niż kiedyś, tak to Marilyn Manson, Limp Bizkit i dużo innego dobra. Tak po północy zaludnia się parkiet. Tym razem impreza była przebierana i przez cały wieczór mieliśmy wkręt, że jesteśmy w jakimś amerykańskim filmie - no bo normalnie w Polsce nie ma takich imprez. Chciałabym się przebrać, a tu chuj, mogę zrobić domówkę jedynie. Ogólnie przy użyciu żelatyny, chusteczek, barwników spożywczych i standardowych kosmetyków można stworzyć cuda na ryju, było dużo zombie, wampirów, poza tym lalka z Piły, Joker, uroczy koleś przebrany za irlandzkiego skrzata, a nawet jedna gnijąca panna młoda oprócz mnie, ale i tak nie miała niebieskich włosów :P



Taka mała dygresja - koleżanka pracowała w jednym z modniejszych klubów studenckich z selekcją, gdzie nie wejdziesz w bluzie z kapturem (ostatnio mnie nie wpuścili, w sumie nie wiem czemu i mam ich w dupie), parkiet roi się od odpicowanych bananowych lasek i chłopaczków w koszulkach polo i butach od komunii, na bramce stoją tęgie kafary, a regularnie ktoś dostaje wpierdol, kiedyś nawet ktoś wbił dziewczynie nóż w plecy. I chuj, tak jak odwiedzam bardziej alternatywne miejscówki, gdzie co najwyżej sprawdzają dowód, a na imprezie wszyscy są naćpani łącznie z didżejem, tak nigdy nie widziałam potencjalnie groźnej sytuacji, mało tego - nie ma jakichś dużych problemów z zarywającymi namolami. Z innych niusów to zamknęli pedałownię na Szerokiej koło Empiku, podobno było słabo, ale i tak szkoda, że się nie wybrałam. Natura nie znosi próżni, więc można mieć nadzieję, że wkrótce powstanie jakiś lepszy klub gejowski z czymś ciekawszym niż karaoke.



A w piątek widziałam coś dziwnego, koło 19 niebo zrobiło się nagle niebieskie jak w dzień i przez pół nieba przeleciał mega jasny meteor. Tyle wygrać.

czwartek, 23 lipca 2015

Nephilim, klony smoleńskie i deski przepełnione miłością

Wspominałam już kiedyś, że lubię oszołomów? Fascynują mnie, a im bardziej odjechana faza, tym lepiej. Kuc, którego złe państwo okrada z pieniędzy (chyba kurwa ze stypendium socjalnego), a geje próbują zgwałcić na każdym kroku, to banał i zasługuje raczej na pogardę. Za to ludzie, którzy np. widzą wszędzie jaszczury z kosmosu, wierzą, że Ziemia jest pusta w środku czy mają implanty wszczepione przez obcych to moi idole. Nie wnikam, gdzie przebiega granica między oderwaniem od rzeczywistości i nadmiaru filmów z żółtymi napisami a chorobą psychiczną. Niektóre teorie spiskowe poziomem ułańskiej fantazji wygrywają z kinem akcji, a przy okazji są nieszkodliwe w przeciwieństwie np. do antyszczepionkowców.
Ponieważ miałam ochotę na solidną dawkę odmóżdżenia, ściągnęłam sobie "Ręce precz od tej książki" - analiza już wkrótce, póki co wrzucam post zamieszczony kilka lat temu na starym blogu, a tyczący się skromnych rozmiarów książeczki, którą otrzymałam od randomowego gościa na toruńskiej Starówce. Nadal stoi u mnie na półce w towarzystwie zakupionych w antykwariacie pozycji o zjawiskach paranormalnych, Trynkiewiczu i poradników o seksie z lat 60. Dopisane fragmenty zaznaczyłam kursywą. Enjoy.



Nasze prowincjonalne miasto seksu i biznesu nabiera powoli cech wielkomiejskich, nie dość że pocisnęli z ostatnimi wystawami w CSW (drugie piętro urywa dupę - o ile dobrze pamiętam, była to wystawa "Nie śpią tylko duchy"), to dorobiliśmy się oficjalnie czegoś takiego jak w amerykańskich filmach, gdzie w NY na ulicy stoi ślepy koleś i przepowiada koniec świata.
Oczywiście nie do końca. Mianowicie idąc Szeroką, zostałam zaczepiona przez faceta, który zapytał, czy lubię poezję (prawdopodobnie dostrzegł wokół mnie świetlistą aurę, ale o tym dowiedziałam się później). Ja, że jo. On, że jest pisarzem, literatem (czerwona lampka - ludzie przedstawiający się jako literaci to zazwyczaj poezjozenki z ZLP) i że mogę za dychę kupić jego książkę o miłości i rozwoju duchowym (czerwona lampka 2 - rozwój duchowy=Coelho). Ja że podziękuję, a on, że dla mnie za darmo, z dedykacją, że jak się nazywam, całuję rączki i w ogóle och ach. Czyli pozornie klasyczny poezjozenek, taki, co to dużo pierdoli o pięknych kobietach i wydaje książki za kasę ustukaną z firmy założonej jakoś tak na początku lat 90., na co wskazywała również niezwykłej urody okładka z serduszkami wyrysowanymi na piasku. O ile jednak początek książki faktycznie pasuje do tego schematu, dalej zaczyna się jazda bez trzymanki.

Gwoli wyjaśnienia - skrót ZLP oznacza Związek Literatów Polskich, stowarzyszenie skupiające ludzi tworzących takie same nijakie pseudowiersze o dupie Maryni, wąsie Stalina i pięknie przyrody od pięćdziesięciu lat.

Żebyście nie musieli czytać, streszczę dla was to wiekopomne dzieło. W pierwszych dwóch rozdziałach autor opisuje swoje rozmowy z członkami rodziny i randomowymi ludźmi na ulicy, dając się poznać jako:
* świadomy buntownik ("-Oj dzieciaku, ty z tymi książkami. Wiesz, jak to jest dzisiaj, jeszcze cię do więzienia zamkną. - Wiem, co robię, babciu. Co by to było za życie, gdyby nie można było mówić, co się myśli?")
* człowiek praktyczny, niepozbawiony jednak nutki romantyzmu ("Dom z drewna na sześćdziesiąt-siedemdziesiąt metrów kwadratowych można sobie zbudować już za trzydzieści tysięcy złotych. Dom, który oddycha, gdzie każda deska i drzazga będą przepełnione miłością.")
* miłośnik zwierząt (standardowa historyjka o przygarniętych psach i kotach)
* outsider ("Od dziecka byłem inny. Czułem za bardzo, widziałem za dużo. Niekiedy używałem słów, których znaczenie nie do końca znałem, a jednak zawsze pasowały." - btw to ostatnie zdanie szczególnie mnie urzekło :D)
* genialny konstruktor ("Rozpocząłem produkcję generatorów energii przetwarzających negatywną energię na pozytywną.")
* tytan pracy ("Moje najmłodsze dziecko, wynik dwudziestu siedmiu dni pracy, w tym kilku nieprzespanych nocy. Prawie piętnaście kilogramów schudłem." - to o książce)
* terapeuta i cudotwórca (kilka motywów, jak ludzie mu się zwierzają z problemów, a on mówi, że wszystko się ułoży).

O ile początek da się łatwo podpiąć pod zwykłą grafomanię z niewielkim wpływem teorii spiskowych i sporą dawką megalomanii, o tyle później robi się o wiele ciekawiej. By nie być gołosłowną - cytaty.

"Według potwierdzonych informacji, w Stanach Zjednoczonych ludzi klonuje się od blisko pół wieku, kiedy to doszło do podpisania pierwszych tajnych umów z formami inteligencji pozaziemskiej. W ciągu ostatnich lat, w związku z rosnącym zapotrzebowaniem, produkcja wzrosła kilkakrotnie.

Jako wynik niedoskonałego, pozbawionego miłości tworzenia [klony] nie wiedzą, co to miłość. Nigdy nie zaznali piękna tego uczucia, przepełniającego najgłębsze obszary istoty, nie są więc w stanie samodzielnie go wytworzyć.(...) Mimo zaawansowanej technologii (na przykład bomby implodujące), nie są w stanie odtworzyć pamięci. Posiadają również bioroboty, (są nieco niższe od nas, ich średni wzrost to około stu sześćdziesięciu centymetrów - kurwa, wydało się, że jestem biorobotem) pozwalające im dosłownie "wejść w czyjąś skórę".

Przyspieszanie procesu klonowania niesie ze sobą ryzyko uzyskania niepełnowartościowych kopii. Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku nephilim, słynnych gigantów opisanych w Biblii. Próby odtworzenia ich gatunku na dużą skalę, mimo olbrzymich wysiłków ze strony reptilian, zakończyły się fiaskiem.

Nie będzie walki, nie mają żadnych szans. W ubiegłym roku przegrali bitwę galaktyczną, poza tym wiedzą, że jako istoty jesteśmy dużo silniejsi. (...) Mamy po swojej stronie służby mundurowe, wojsko, policję. Oni wszyscy są ludźmi, tak jak my."

Duży plus dla autora za oryginalność. Większość zwolenników teorii spiskowych jest zdania, że jesteśmy skazani na zagładę, jeśli się nie przebudzimy i nie stawimy oporu jaszczurom z kosmosu - tutaj mamy do czynienia z niespotykanym optymizmem.

Potem następuje najlepsza część, czyli pisemko do prokuratury (na podstawie 1, 4, 30 i 31 artykułu Konstytucji, a co tam, jak szaleć, to szaleć). W skrócie: przed 10 kwietnia br. podczas delegacji zagranicznych Tusk i Komorowski zostali zamordowani i podmienieni na klony, co widać po tym, że ci uprzednio sympatyczni i budzący zaufanie ludzie zaczęli się nagle zachowywać zupełnie inaczej ("zmieniły się ich pola energetyczne" i "zaczęli być drapieżnikami idącymi na żywioł"). Bezpośrednim skutkiem podmianki była katastrofa smoleńska. W podsumowaniu autor pisze:
"W imieniu 38 milionów obywateli domagam się jak najszybszego zatrzymania osób podszywających się pod Prezydenta i Premiera RP, a przede wszystkim ujawnienia prawdy na temat wzmiankowanej zbrodni."

Dalej mamy co nieco o tym, jak to na Śląsku powstała forma życia będąca doskonale piękną kompilacją dwunastu inteligentnych ras pozaziemskich (jakakolwiek sensowna kompozycja tekstu została zepchnięta na margines przez ważkość treści) i porady dla przygodnie spotkanego gościa, żeby się nie przejmował mocno przedruchalnym wiekiem swojej dziewczyny, bo przecież panie panie, tera małolaty takie rzeczy robio, że hoho. Taki lekko niesmaczny akcent na zakończenie jakże poruszającego wywodu.

EDIT: Tak swoją drogą - dlaczego ludzie, którzy nawiązują bezpośredni kontakt z przyjaznymi obcymi, zawsze rozmawiają z nimi o totalnych pierdołach? Czemu zamiast podzielić się z nami technologią albo przeprowadzić matematyczny dowód, nad którym od wielu lat męczą się ziemscy naukowcy, ufoki pieprzą coś o pięknie, prawdzie i ochronie środowiska? Czemu każą budować schrony za ciężki hajs, zamiast teleportować wyznawców bezpośrednio na swój statek? Wydaje mi się, że jest to podobna sytuacja jak z Bogiem/Maryją, którzy zazwyczaj pojawiają się na totalnym zadupiu, przemawiając ustami nieletnich wiejskich wypasaczy knurów.

niedziela, 7 grudnia 2014

Doctor Who - pierwsze polskie crack video

I to nawet trzy części. Linkuję, ponieważ gniję z tego bardzo. Ogromne propsy dla dziewczyny, która zmontowała poniższe filmiki.





laleczka z saskiej porcelany xD



Szczególnie doceniam wykorzystanie Arki Szatana, disco polo, piosenek o ułanach i kolęd.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Zapomniany splendor lat 90., czyli znalezione w starym katalogu...

Znalazłam niemiecki katalog Neckermanna z 1990 roku, taki cholernie gruby, ma z tysiąc stron i jest w nim absolutnie wszystko, od ciuchów, poprzez meble i dywany, po sprzęt biurowy. Tak bardzo gniję, że po prostu muszę się tym podzielić. Zaczynamy od mody damskiej.



Kombinezony miały ponoć powrócić w glorii i chwale, ale jakoś się nie przyjęły. To powyżej to jeszcze pół biedy...



SUPER SUPER DAS IST SUPER



FANTASY







Gacie podciągnięte pod pachy.



Stroje kąpielowe w szalonych kolorach.



Wygodne piżamki, to po prawej podpisane jest "Anzug" :D



Aerobik z Jane Fondą. Czy coś w tym stylu.



I cała rodzina w komplecie :D



Ludzie biznesu, ludzie sukcesu.



Mutige Manner bekennen Farbe.



SUPER



Dzieci w najlepszym razie miały ADHD, w najgorszym zaś padaczkę.
Przechodzimy do wystroju wnętrz:



To jest dosyć psychodeliczne, zaraz zza zasłony wyjdzie karzeł w czerwonym garniturze i powie "ogniu, krocz za mną".



Przerażają mnie takie dywaniki w łazience, higieniczne to jak cholera.



Praktyczne rękawice kuchenne.



Co jak co, ale "nowoczesne" meble w tamtych czasach były szczególnie koszmarne. Podpis pod zdjęciem głosi, że nie są staromodne i w ogóle są fajne. Sądząc po minach użytkowników, mają również właściwości psychodeliczne.



Kojarzycie takie żelowe woreczki, które można podgrzać albo zamrozić i zrobić okład? Miałam takie coś na skręconą kostkę. Tu jest to samo, tylko w formie... biustonosza. Nie wiem, o co chodzi, może to na skręcone cycki.



Turystyczny aparat do masażu.



Gustownie odziany pan reklamuje boomboxa.





Gustowne telefony.



Szczotka do kibla w kształcie kota i kaczki oraz muszle w kształcie muszli.



I znów nie wiem, co mają w sobie te meble. Czy to teleporter?

czwartek, 30 października 2014

Kościół vs operator - dwie anegdotki

Jak wiadomo, na większości kościołów w Polsce zamontowane są stacje bazowe GSM. Rzecz jasna parafie zyskują na tym niezłą kasę i tak sobie myślę, że naginając przepisy prawne (dość mocno) można by im wytoczyć proces o udostępnienie niezbędnej infrastruktury na podstawie TFUE. Ale ja nie o tym.



Był sobie kościół, na którym anteny nie wyglądały bynajmniej tak jak na powyższym obrazku. Wręcz przeciwnie, nie rzucały się w oczy, ponieważ zostały wmontowane w piękny krzyż nad wejściem. Nie było widać żadnych kabli, ale w końcu ktoś wyczaił, jak wygląda sytuacja i pojawiły się oskarżenia o profanację, pikiety pod kościołem itp. Ksiądz dogadał się z operatorem, operator poszedł mu na rękę i zafundował mosiężny krzyż nad wejściem. Anteny zostały umieszczone na wieży, szpecąc cały budynek. Ba doom tss.

Z kolei inny ksiądz, zdenerwowany faktem, że ludzie na mszy korzystają z telefonów, zamontował zagłuszacze sygnału. Wszystko ładnie pięknie, tyle że na posiadanie takich urządzeń trzeba mieć zgodę Urzędu Komunikacji Elektronicznej. A że sygnał był zagłuszany w promieniu jakichś 500 metrów, to dość prędko ktoś to wyczaił. Poleciała skarga do UKE. 50 000 kary, lol.

wtorek, 3 grudnia 2013

O przyjaźni polsko-mongolskiej i słabych reklamach

Moja babcia ma znajomą, a znajoma ma w bloku sąsiadów. Sąsiad pochodzi z Mongolii, ma żonę Polkę oraz syna. Mieszkają w Polsce już kupę lat i ostatnio odwiedził ich dziadek, w Mongolii pracujący jako chirurg. Jako że z wizą i dojazdem jest trochę kłopotu, został na parę miesięcy. Rodzina w pracy/szkole, nudziło mu się, to sporo czasu spędzał u sąsiadki. Jakieś było jej zdziwienie, kiedy pewnego dnia spytał, czy faktycznie zgodnie z polską tradycją dziewczyna odwiedzając chłopaka kładzie mu się do łóżka...
O co chodziło? Otóż nastoletni wówczas syn został przyłapany przez dziadka w jednoznacznych okolicznościach, w dodatku w czasie, gdy powinien być w szkole. Aby jakoś wybrnąć z sytuacji, wcisnął kit o nietypowej polskiej tradycji.

I wisienka na torcie. Pytam moją babcię:
- A po jakiemu twoja znajoma rozmawiała z tym facetem?
- No chyba po mongolsku...?

Już po raz kolejny odbył się plebiscyt Chamlet, w którym wybrane najgorsze polskie reklamy. Wśród nominowanych znalazły się dwa lokalne akcenty...


Lepsze strony Torunia.


Patrząc na to, mam dwa skojarzenia - albo dzieci robią się grube od jedzenia parówek od Gzelli, albo same parówki robi się z dzieci. Trochę jak w Krainie wódki Mo Yana.

Ale moim absolutnym faworytem jest ta reklama, niestety nienominowana:

niedziela, 20 października 2013

Pozbądź się tłuszczu z dupy

Normalnie mam zablokowane takie gówna, ale zmieniałam przeglądarkę i ujrzałam to:

przyznać się, doktoranci

Czyli kolejny z inteligentnych inaczej, a tym razem nawet dopasowanych do miejsca logowania, bannerów reklamowych, promujących... no właśnie, co? Chyba kolejny środek odchudzający. A to tylko jeden z przykładów utrzymanych w alarmującym tonie nagłówków typu "OMG dermatolodzy chcą ją zabić wow uszanowanko dziwaczny sposób na zmarszczki wow pozbądź się tłuszczu z brzucha!!!111"
Logika nakazuje stwierdzić, że gdyby któryś z tych sposobów istniał (albo gdyby diety typu Dukan gwarantowały schudnięcie bez efektu jojo, a szóstka Weidera pozwalała uzyskać sześciopak), to nie byłoby grubych ludzi, otłuszczonych brzuchów ani zmarszczek. I tak szczerze zastanawiam się, kto jest targetem tych reklam. Akcja jest zakrojona na szeroką skalę, bannery atakują w każdym zakątku internetu, musiało to kosztować grubą kasę. Wyobrażam sobie, jakie tępe dzidy/tępe chuje muszą klikać w ten banner i zamawiać suplementy o niepotwierdzonym działaniu za ciężkie pieniądze. Wyobrażam to sobie i jestem załamana. Ludzie nie mają mózgu.
Także apeluję: pozbywajcie się tłuszczu z brzucha, stosując jedną prostą zasadę. Więcej kalorii spalonych niż zjedzonych. I nic poza tym.

A na zachętę wrzucam suchar z moją ulubioną trenerką Zuzką Light. Zuzka oprócz fitnessu zajmuje się również, hm, inną działalnością. Ma fajny czeski akcent i krótkie, intensywne treningi do znalezienia na youtube i do zrobienia na własnym dywanie. Emejzing workauts (czytane przez "w").

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...