Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 marca 2016

"Z archiwum X" 2016 - czy nadal chcę wierzyć (spoilery)

Nie miałam pojęcia, czego spodziewać się po nowych odcinkach "Z archiwum X", jednak po obejrzeniu finału czuję się względnie usatysfakcjonowana. Dlaczego względnie? O tym pod koniec notki. Po pierwszym odcinku miałam mieszane uczucia, przede wszystkim odniosłam wrażenie, że twórcy postanowili upchnąć w czterdziestu pięciu minutach maksymalną ilość wątków. Wszystkie zagadki z głównej historii powróciły, pojawił się Palacz, pojawiło się obce DNA, uprowadzenia, ciąże wywołane eksperymentami kosmitów. Istny natłok klasycznych motywów, które w oryginalnych seriach pojawiały się stopniowo, podsycając pomału ciekawość widza.

Spodziewałam się, że dalszy ciąg będzie dalej prowadzony w tym samym stylu, spotkało mnie jednak miłe zaskoczenie. Nowa seria zawiera wszystko, co cenię w serialu, a więc niepokojącą atmosferę zagrożenia, świetnie poprowadzone interakcje między bohaterami oraz brawurowe poczucie humoru, jednak ze względu na fakt, że składa się tylko z sześciu odcinków, pozostawia pewien niedosyt. Jedyne, co mogę mieć do zarzucenia, to przesadna dramatyzacja i skupienie na głównych bohaterach - szczególnie wątek dziecka Scully opiera się głównie na sentymentalnych rozmowach pełnych egzaltacji i wielkich słów. Również David Duchovny jedzie chwilami po bandzie, odstawiając popisówę w stylu Hanka Moody'ego. Co do Gillian Anderson, to jak zwykle jest świetna (swoją drogą wygląda chyba nawet lepiej niż w starych odcinkach, z wiekiem pozbyła się pulpaśnych policzków i jeszcze bardziej wyszlachetniała).



W serii mamy dwa odcinki typu "monster of the week", z czego jeden jest wręcz trollski i dużo osób się tym bulwersuje, jak dla mnie spoko. Na tym opierał się cały urok serialu, że poza śmiertelnie poważnymi ludzkimi dramatami mieliśmy też lżejsze wstawki. Bardzo spodobały mi się postacie młodych agentów, mimo że przy ich wymyślaniu twórcy chyba poszli na łatwiznę - zarówno z charakteru i przekonań, jak i z wyglądu przypominają Mouldera i Scully. Rozumiem, że był to celowy zamysł, niemniej jednak fajnie by było, gdyby bohaterowie jakoś się rozwinęli, fajny byłby na pewno spin off z ich udziałem, szczególnie że aktualne tematy dobrze wpasowują się w klimat serialu. Widać to po odcinku o muzułmańskich terrorystach, w którym groza w ciekawy sposób łączy się z groteską. Scena, w której odurzony psychodelikiem Moulder szaleje w Las Vegas jest absolutnie genialna.

Wreszcie finał - od razu muszę ostrzec przed spoilerami, jeżeli ktoś nie oglądał. Cała zagadka, prowadzona misternie przez tyle lat, poszła w pizdu z tym jednym odcinkiem. Rozwiązanie okazało się całkiem satysfakcjonujące, wprowadzając sporo zamieszania i dylematów, zaburzając jednoznaczny podział na dobrych i złych. Przynajmniej ja widzę pewien sens i logikę w depopulacji Ziemi. Oczywiście jest to woda na młyn dla zwolenników wszelkiej maści teorii spiskowych spod znaku NWO, illuminatów i innych reptilian, którzy wyżywają się radośnie na forach internetowych. Podsumowując - niewielka garstka ludzi jest w spisku z kosmitami/masonami/whatever, posiada wręcz nieograniczoną potęgę, zmierza do wyginięcia większości ludzkości, wszystko to jest otoczone bezwzględną tajemnicą. Więcej na ten temat można dowiedzieć się z: internetów, filmów z żółtymi napisami, książek sprzedawanych w taniej książce i marketach, mnóstwa mainstreamowych filmów i seriali... Oh wait.

Czy nadal chcę wierzyć? Tak i nie. W momencie, kiedy znajdę proste i jednoznaczne wyjaśnienie na wszystko, stracę sens życia. Jednocześnie uznam prawdopodobnie, że mój mózg zanikł. Istotą wszystkiego jest właśnie tajemnica, a po dzieciństwie pełnym paranormalnego folkloru do końca życia będę śledzić światła na niebie.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Trzy mroźne książki na zimę

Pogoda już praktycznie wiosenna, ale kto wie, co nas czeka. Przez globalne ocieplenie wszyscy staliśmy się trochę ciotami, przy minus dziesięć najchętniej nie ruszalibyśmy się z domu, za moich czasów jeździło się do szkoły psim zaprzęgiem dwadzieścia kilometrów przy minus trzydziestu. Na starość będziemy hodować banany i kokosy na działce, ale póki co możemy spodziewać się jeszcze ujemnych temperatur, a w takiej sytuacji najlepiej jest wziąć gorącą kąpiel, zrobić sobie herbatę z wódką i poczytać o tym, jak inni mają ciężko. W ramach tego polecam trzy książki, w których temperatura spada grubo poniżej zera.



1. Dan Simmons, "Terror"

Osadzona w realiach XIX wieku historia załóg statków Terror i Erebus, które w poszukiwaniu drogi morskiej z Europy do Azji wiodącej przez Ocean Arktyczny utknęły w lodzie. Historia opisywana jest z perspektywy doświadczonego oficera Croziera, komandora Franklina oraz młodego, entuzjastycznego lekarza Goodsira. Początkowo wszyscy są bardzo elo do przodu, jako że dysponują najnowocześniejszą jak na owe czasy technologią oraz mnóstwem puszkowanego jedzenia, szybko jednak okazuje się, że był to błąd. Po utknięciu w lodzie marynarze czekają na lato i ustąpienie lodu - lato jednak nie nadchodzi. W dodatku tajemnicza istota przypominająca nadnaturalnych rozmiarów niedźwiedzia polarnego zaczyna polować na członków załogi.

"Terror" jest monumentalną powieścią o niesamowitym klaustrofobicznym klimacie pełnym strachu, woli walki i desperacji. Noc polarna, odosobnienie, głód, choroby i powoli narastające szaleństwo. Mimo że brak tutaj niespodziewanych zwrotów akcji, to czyta się świetnie, dosłownie mrozi krew w żyłach. Zakończenie było dla mnie nieco rozczarowujące, moim zdaniem niepotrzebnie wprowadzono elementy fantastyki, niemniej jednak całość - biorąc pod uwagę również oddanie realiów oraz emocji i przemyśleń bohaterów - wynagradza te słabe moim zdaniem punkty.

Jeśli chodzi o twórczość Simmonsa, to czytałam wcześniej cykl "Hyperion" i w trzeciej części pt. "Endymion" autor przedstawił mroźny, lodowy świat planety Sol Draconi Septem i moim zdaniem był to jeden z najlepszych momentów całego cyklu. Po przejęciu władzy przez totalitarną katolicką organizację Pax na planecie ocalały resztki technologii i niedobitki ludzi, którzy przystosowali się ewolucyjnie do skrajnie niskich temperatur i przemierzają lodowe tunele, polując na śnieżne demony.


2. Michelle Paver, "Cienie w mroku"

Wciągający, klimatyczny horror do przerobienia w dwa wieczory. Powieść napisana w formie pamiętnika Jacka, członka wyprawy, która w 1937 roku wyrusza na Spitzbergen w celu prowadzenia badań meteorologicznych. Standardowo stary kapitan ostrzega uczestników przed zatrzymaniem się w wybranym przez nich miejscu, ci jednak nie słuchają i źle kończą. Po raz kolejny - brak fabularnych fajerwerków, ale klimat sprawia, że od książki nie można się oderwać. Klasyczna, niemal gotycka historia o duchach z napięciem narastającym pomału aż do uczucia paniki.


3. Jacek Dukaj, "Lód"

"Lód" to jest kwintesencja tego, co nazywam powieścią totalną. Objętościowo może przerażać, ale nie widzę opcji skrócenia, zresztą np. "Władca Pierścieni" to też jedna książka, tylko wydawana w trzech częściach dla wygody, a "Lód" to jest książka XIX-wieczna, na długie wieczory i mroźne noce, dziwna, absolutnie niepodobna do czegokolwiek, wschodnioeuropejska, filozoficzna, matematyczna i dziejąca się w innym wymiarze. Czytałam dwa razy, raz latem, raz zimą, i nadal brak mi słów na określenie, jakim polotem i jaką wyobraźnią wykazał się Dukaj. Weźmy pierwsze zdanie: "14 lipca 1924 roku, gdy przyszli po mnie czynownicy Ministerjum Zimy, wieczorem tego dnia, w wigilję syberjady, dopiero wtedy zacząłem podejrzewać, że nie istnieję." Czujecie ten klimat?

Generalnie "Lód" przedstawia alternatywną historię, w której meteoryt tunguski sprowadził na świat anioły lodu - lute, istoty, które wpływają na klimat, skuwając wschodnią Europę lodem, ale wpływają również na historię, powodując jej zamrożenie. Tym samym Polska nadal znajduje się pod zaborami, a główny bohater, matematyk i hazardzista Benedykt Gierosławski (postać nijaka niczym Frodo Baggins, czyli klasyczny everyman) otrzymuje od rządu carskiego misję odnalezienia ojca, który za działalność niepodległościową został zesłany na Syberię i, jak głoszą plotki, porozumiewa się z lutymi. Bohater wsiada w kolej transsyberyjską i mamy teoretycznie klasyczną powieść drogi, odkrywanie siebie w trakcie misji itp. - z tym że to jest tylko jeden trop. A tropów jest cała masa, klasyczne elementy fabularne są przepisywanie, dekonstruowane, odkrywane na nowo i wywracane na lewą stronę.

Powiedzmy sobie szczerze, że "Lód" wymaga pewnego wyrobienia od czytelnika. Archaiczna stylizacja językowa, wyżej wspomniane tropy literackie oraz alternatywna fizyka świata przedstawionego nie zaciemniają fabuły i stanowią wartość samą w sobie. Bardzo istotne dla konstrukcji świata przedstawionego są również pojęcia logiki dwuwartościowej i rozmytej, a jak ktoś ma tendencje do rozkminiania, to równie dobrze może przejść z tego punktu prosto do fizyki kwantowej, materiału do przemyśleń mamy tutaj zresztą mnóstwo. Przychodzi mi na myśl również Hegel, ale pan od filozofii mówił, że nawet Hegel nie rozumiał Hegla. Warto wspomnieć również o postaciach historycznych pojawiających się w książce, a mianowicie Piłsudskim, Rasputinie i Tesli. Chciałabym napisać, że każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie, ale nie mogę. "Lód" jest po prostu inny niż wszystko.


czwartek, 28 stycznia 2016

Niełatwe początki seksuologii - Van de Velde i "Masters of Sex"

Jestem właśnie po pierwszym sezonie świetnego serialu "Masters of Sex", a przy okazji sięgnęłam po "Małżeństwo doskonałe" Van de Velde (Van de Veldego?) kupione kiedyś w antykwariacie.

Stare poradniki potrafią powiedzieć sporo o minionych czasach - osobiście jestem fanką tych dotyczących prowadzenia domu i pielęgnacji, czytając o smarowaniu skóry smalcem, wielorazowych podpaskach i usuwaniu plam za pomocą środków typu benzyna i amoniak, naprawdę docenia się dzisiejsze czasy za drogerie i pralnie chemiczne. Jeszcze bardziej docenia się dostępność środków antykoncepcyjnych i wiedzę na temat seksualności. Na pewno szacun należy się autorowi, który dopiero po długich latach praktyki i wyrobieniu sobie nazwiska mógł opublikować pionierską książkę na temat ludzkiej seksualności. "Małżeństwo" napisane jest specyficznym językiem, łączącym naukowość z literackim polotem, co niekiedy daje niezamierzenie komiczny efekt. O ile w niektórych kwestiach podejście autora nie różni się specjalnie od współczesnego, a bywa wręcz pogłębione, o tyle w innych Van de Velde srodze się pomylił. Kobieta przeżywa orgazm zawsze przy stosunku i równocześnie z mężczyzną - wtf? Ktoś tu pana mocno oszukał. Na końcu notki umieszczę kilka cytatów - niesamowite jest, w jak wyrafinowany sposób można opisać pewne bardzo trywialne kwestie.



Żyjemy w pięknych czasach :D Ha-Joon Chang w książce "23 rzeczy, których nie mówią ci o kapitalizmie" stawia tezę, że pralka automatyczna zrewolucjonizowała świat w większym stopniu niż internet. Ja dorzucę do tego tabletki antykoncepcyjne.

Podobnie jak Van De Velde, tak i William Masters musiał długo pracować na swoją pozycję jako położnik, by móc podjąć badania nad ludzką seksualnością. Było to już po opublikowaniu raportu Kinseya, który mimo niewątpliwie przełomowego charakteru posiadał jeden mankament - opierał się na ankietach, a nie na bezpośrednich obserwacjach, a tym samym pewne dane mogły zostać przekłamane (szczególnie te dotyczące długości penisa). Masters natomiast opierał się na bezpośrednich danych, początkowo obserwując prostytutki, potem z pomocą asystentki Virginii Johnson - ochotników. Rzecz jasna w fabularyzowanym serialu nie sposób uniknąć pewnych anachronizmów czy dramatyzacji, co moim zdaniem jest jak najbardziej wybaczalne. W końcu trudno byłoby oprzeć wciągającą fabułę na mozolnych zmaganiach z przejawami ówczesnej pruderii. Co do Virginii, to w serialu przejawia pewne cechy Mary Sue, ciągnąc jednocześnie badania, studia i wychowywanie dwójki dzieci, a co gorsza lecą na nią wszyscy faceci. O dziwo polubiłam ją mimo tych irytujących cech, aczkolwiek zobaczymy, jak rozwinie się wątek z Mastersem w kolejnych sezonach.

Postać Mastersa (który podobno w rzeczywistości był jeszcze gorszy niż w serialu) również budzi we mnie pewną niezasłużoną sympatię. Pewnie ze względu na skrajny introwertyzm przy jednoczesnej stanowczości - zwróćcie uwagę na różnicę w sposobie bycia, gdy żona skłania go do zwierzeń, a potem gdy ma wygłosić odczyt na temat swoich badań. No dobra, Masters jest wrednym kutasem, ale za to z jakże bogatym życiem wewnętrznym. Zresztą równie ciekawych bohaterów o złożonych motywacjach w serialu nie brakuje, również jeśli chodzi o postacie drugoplanowe, które nie stanowią jedynie tła, lecz tworzą własne historie.

Jeszcze ogólnie o "Masters of Sex". Scenografia, stroje i muzyka są bardzo dopracowane, ale nie tak wylizane jak np. w "House of Cards". Serial ma ponadto spore walory edukacyjne, oddając ducha epoki w niewyidealizowany sposób - poruszone są wątki dyskryminacji kobiet, homoseksualistów i czarnoskórych, ukazano rodzące się ruchy feministyczne, pierwsze doniesienia na temat pigułki antykoncepcyjnej itp. I cały czas mam z tyłu głowy coś w stylu "borze, jak bardzo te kobiety miały przejebane".

Zapomniałam o najważniejszym. Co do samego seksu, to w "Grze o tron" były o wiele odważniejsze sceny, ale nie o to przecież chodzi. Wszystko pokazane jest bardzo gustownie i z klasą, nie ogranicza się do młodych i pięknych, dodatkowo sceny w laboratorium mają jakiś taki fetyszystyczny klimat. Niby serial o seksie, ale zarówno dobry scenarzysta, jak i dobry kochanek wie, że totalnie nieerotyczna sytuacja bywa bardziej emocjonująca niż stosunek.

Pod linkiem historia Williama Mastersa i Virginii Johnson, a poniżej co nieco z Van de Veldego:

Skłonność do ukąszeń miłosnych jest szczególnie silna u kobiet. Kobiety nierzadko pozostawiają po spółkowaniu pamiątki mające kształt zbliżony do poprzecznego małego owalu z podbiegnięciami krwawymi na skórze barków mężczyzny. Dzieje się tak prawie bez wyjątku podczas spółkowania. (true)

Nasienie zdrowego zachodnioeuropejskiego młodzieńca ma zapach świeży, natomiast u mężczyzny jest on bardziej przenikający
(ale że on to badał osobiście?)

Doświadczone kobiety nie mają żadnych wątpliwości co do tego, że istnieją różnice w zapachu nasienia. Znam pewną kobietę, która nagle, po pierwszym stosunku, zerwała z kochankiem, ponieważ nie mogła znieść zapachu jego nasienia.

Liczba normalnie odczuwających ludzi, a doznających podniecenia seksualnego na widok pięknego krajobrazu, wcale nie jest taka mała. Mniej jest natomiast takich, dla których bodźcem seksualnym mogą stawać się kolory i linie - chociaż i tacy istnieją bez wątpienia. (coś w stylu "wszedłem na Giewont i mi stanął")

U wielu kobiet i dziewcząt zapach dołów pachowych z pewnością nie działa przyciągająco. Skutki są tym gorsze, że kobiety nie zdają sobie z tego sprawy. Nie dociera to do ich świadomości.

Obecnie ból porodowy nie jest już rozpatrywany jako czynnik niezbędny, towarzyszący porodowi. Metoda bezbolesnych porodów wykazała, że ból ten powstaje na drodze psychologicznej i spowodowany jest przez skurcze powstające w następstwie lęku: jeśli lęku nie ma, znikają też bóle. - (WEŹ BO CI JEBNĘ, VAN DE VELDE)

Gdy szczęśliwie przeminą lata przejściowe i w końcu pojawi się menopauza, u kobiety - po przykrych objawach związanych z klimakterium - pojawia się era dobrego samopoczucia i fizycznego zdrowia. Jest to zasłużone odszkodowanie od natury za surowe wymagania stawiane kobiecie w okresie dojrzałości płciowej.

Już sam widok piersi - przy odpowiedniej gotowości psychicznej - wywołuje u mężczyzny różnie nasilone podniecenie seksualne, które przy obmacywaniu ich, zwykle pełną dłonią, znacznie się potęguje. (...) Kobieta nierzadko pragnie i szuka tego obmacywania w mniej lub bardziej wyraźny sposób. Mimo tego w ogólności odnosi się wrażenie, że przy tego rodzaju obmacywaniu erotycznym strona aktywna jest silniej pobudzona niż pasywna.

Najprostszym środkiem zwilżającym, zastępującym brakujący śluz przy grze podniecającej jest ślina. Ma ona tę zaletę, że jest środkiem pomocniczym naturalnym (w przeciwieństwie do sztucznych), a przy tym jest zawsze dostępna - jednakże ujemną jej stroną jest niedostateczna skuteczność. Dlatego jest ona bezużyteczna w tych przypadkach, w której środek zwilżający ma ułatwić samo spółkowanie. Przy długotrwałej grze podniecającej wymagane jest częste powtarzanie zwilżania śliną. Trudności powyższe mogą być przezwyciężone, gdy śliny nie przenosi się drogą pośrednią, lecz bezpośrednią, tj. przy stosowaniu gry podniecającej za pomocą ust i języka. (i teraz ogarnijcie, że jest to jedyna wzmianka o seksie oralnym na prawie 300 stron książki)

Świeżo zaślubiona kobieta jest z reguły mniej lub bardziej "oziębła" przy stosunkach płciowych. Musi ona dojrzeć do miłości (w pełnym tego słowa znaczeniu). Jeśli jej się to nie uda, najczęściej dlatego, że mąż nie zadaje sobie żadnego trudu, aby jej w tym pomóc - pozostaje oziębła. Bywa i tak, że to, co zaniedbał mąż, zostaje nadrobione przez innego mężczyznę."

sobota, 14 listopada 2015

Spiskowa teoria podrywu # 4 - dlaczego mężczyźni nie kochają zołz cz. 2

Dobra, teraz będzie o seksie. Wizja seksu przedstawiona w poradniku "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy" jest bardzo smutna i sprowadza się praktycznie do szantażowania i manipulowania dupą z domieszką starego dobrego seksizmu. Dowiadujemy się, że mężczyźni od razu klasyfikują kobiety jako "rozrywkowe" bądź "warte zachodu". Cytując: "facet ocenia, czy jesteś dziewczyną przechodnią, po jednej jedynej rzeczy: jak szybko mu się ODDASZ". Podkreślenie nieprzypadkowe. "Oddać się" to określenie, które powinno wyjść z użytku w mowie potocznej podobnie jak "pludry" czy "krynolina", zawiera bowiem spory ładunek ideologiczny. W skrócie - facet czerpie przyjemność z seksu, kobieta łaskawie daje dupy w momencie, kiedy piesek jest już wystarczająco zaśliniony i ryzyko, że ucieknie, jest minimalne. Zakładamy też, że seks jest towarem, wg określenia autorki "cukierkiem", który należy wydzielać, tak żeby facet nie poczuł się zbyt pewnie. Dość obrzydliwa wizja.

Kolejna złota myśl: "Mężczyźni są zaborczy. Każdy z nich lubi wiedzieć, że inni mężczyźni niełatwo dotrą tam, dokąd on stara się dotrzeć". A może boją się porównania, lol xD Wg poradnika mężczyźni przed seksem nie myślą jasno (idealna sytuacja, żeby takiego typa zmanipulować), nie interesuje ich twoja osobowość, ani to, że rano lubisz zjeść pączka i wypić kawę z odtłuszczonym mlekiem (w kulturze amerykańskiej to chyba zajebiście ważna sprawa określająca danego człowieka), natomiast po seksie, jak już "sobie ulżą" - odzyskują świadomość. Dlatego trzeba trzymać typa jak najdłużej w stanie zamroczenia, a zanim się zorientuje, będzie nosił na tobą torebkę, stawiał drogie kolacje i poznawał rodziców. Minimalny okres abstynencji po poznaniu to miesiąc. Większość facetów kalkuluje koszty zaruchania (dwie kolacje, x drinków, kwiaty itp.), natomiast zołza "bez względu na możliwości jego budżetu, wymaga, żeby wszystko wydał na nią". Osobliwy materializm pod płaszczykiem wyzwolenia.

Zołza wie, że ma do zaoferowania więcej niż seks i decyduje się na niego, gdy przyjdzie na to prawdziwa ochota. No dobra, a co jak ochota przychodzi wcześniej niż po miesiącu? W całym rozdziale rzuca się w oczy założenie, że seks dla kobiety jest zawsze kosztem emocjonalnym (a co, jeśli nie jest?), natomiast dla faceta - ulżeniem sobie, spuszczeniem z kija, czynnością oddzieloną od emocji. Kolejny patriarchalny stereotyp, który odbiera mężczyznom prawo do posiadania uczuć, podczas gdy facet też może zostać wykorzystany. Ale zdaniem autorki kiedy typ "dostanie to, czego chce", to kończą się kwiaty i kolacje przy świecach, stanowiące wyraz dziwnie pojmowanego szacunku, natomiast przy czekaniu z seksem taki "szacunek" wejdzie mu w nawyk. Czyli klasyczna tresura. Wiecie co? Walą mnie kwiaty i kolacje przy świecach. Chcę być partnerką, a nie księżniczką.

Autorka opisuje następnie "plan racjonowania cukierków" (dokładnie tak to zostało nazwane) - no kurwa, powinnam prowadzić chyba taki kalendarz. Na drugiej randce całowanie, żeby nie pomyślał, że jestem łatwa, po trzech tygodniach profilaktycznie trzeba zacząć nosić ładną bieliznę, po miesiącu można przejść na wyższy level, a przy tym cały czas starać się trzymać typa w niepewności, żeby sobie narobił nadziei i chodził jak na smyczy. Gdzie tu miejsce na spontaniczność? Można pogłaskać po kolanie, ale nie przechodzić wyżej. Skomplementować jego perfumy, ale broń borze nie robić aluzji seksualnych. Nie żartować na temat seksu. Całować się tylko w miejscach publicznych. Nie dopuszczać do obmacywania się w samochodzie, ponieważ jeśli facet ma nowe BMW, to kupił je w wiadomym celu. Zaczynam odnosić wrażenie, że autorka obraca się w towarzystwie dyskotekowych ruchaczy.



Kolejny rozdział opatrzony jest podtytułem "Jak go przekonać, że jest panem sytuacji, podczas gdy to ty trzymasz ster". Dalej trochę pierdół o tym, jak to facet nie zapyta o drogę i że jak chcesz, żeby skręcił w prawo, to musisz mu powiedzieć, żeby skręcił w lewo. I najlepsze - historia laski, która zabiła żmiję w ogrodzie, powiedziała o tym swojemu chłopakowi, przez co on poczuł się mało męski i nie mógł osiągnąć erekcji. Wniosek taki, żeby pod żadnym pozorem nie zmieniać przy facecie koła w samochodzie ani nawet żarówki, bo zagraża to delikatnemu męskiemu ego. Tak sobie teraz myślę, że praca na zgrzewarce musiała uczynić mnie kompletnie aseksualną. Ogólnie mężczyźni, których męskości zagraża każde gówno z gender i ciotami w rurkach na czele, kojarzą mi się z Kościołem w Polsce, który jest tak bardzo atakowany i zajebiście zagrożony przez randomowe artykuły w lewackich mediach.

Dalej moja ulubiona rada - chwalenie. I po raz kolejny traktowanie mężczyzn jak upośledzonych dzieci. Jeśli przyniesie kwiaty (motyw kwiatów jako podstawowego wyznacznika udanego związku przewija się non stop) albo wyświadczy ci przysługę, rozpływaj się w zachwytach. Udawaj słabą kobietkę i sraj żarem nad półką, którą powiesił krzywo i w złym miejscu. Jak twierdzi poradnik, nosząc spodnie, dajesz mu wyzwanie do walki i stajesz się jego PRZECIWNIKIEM, a tego bardzo nie chcemy. No kurwa, a jak jest przedstawiany facet , może jako równorzędny partner, lol. Sposób, jak sprawić, by on nie rozrzucał skarpetek - zrobić mu z kosza na pranie obręcz do koszykówki. Następnie następuje długa litania o tym, jacy mężczyźni są upośledzeni, ponieważ zachlapują łazienkę, używają ręczników do twarzy do wycierania podłogi, a w międzyczasie kilkakrotnie przewija się motyw oddawania czeku z wypłatą kobiecie (pochwal go, a potem przelicz, czy dobrze wypłacili nadgodziny).

Później następuje rozróżnienie dominacji symbolicznej i faktycznej (symboliczna jest wtedy, kiedy on wydaje polecenia kelnerom i otwiera ci drzwi, faktyczną sprawujesz ty). Dużo pierdolenia o tym, że mężczyźni rządzą światem, ale kobiety rządzą mężczyznami, i że równouprawnienie w związkach nie ma racji bytu. Stąd tylko krok do dawania dupy za awans, względnie za prezenty czy wykonywanie prac domowych. O ile z początku wydaje się, że książka przedstawia lukrowany świat amerykańskich seriali, o tyle później wychodzi na jaw, że de facto chodzi o stary dobry model dominacji i uległości, który sprawdza się w łóżku, a nie w życiu. Jeśli komuś pasują role jelenia i utrzymanki stosującej system kar i nagród, droga wolna. Ja się wypisuję z tego.

Na razie tyle, jak wrócę z onkologii, wezmę się za resztę.

środa, 7 października 2015

Miało być epicko, a wyszedł Moffat (spoilery) oraz jak Whithouse uratował Doktora

Jeśli nie widzieliście jeszcze nic z nowych odcinków Doktora, a chcecie obejrzeć - zacznijcie od trzeciego. Serio.

Dwa pierwsze odcinki dziewiątego sezonu okazały się - przynajmniej dla mnie - kolejnym rozczarowaniem pomysłami Moffata. Od razu zaznaczę, że nie śledziłam specjalnie newsów z planu, nie oglądałam trailerów poszczególnych odcinków, zasiadłam więc (a raczej zaległam) do oglądania bez jakichkolwiek oczekiwań. Początkowa scena rozbudziła we mnie niepotrzebne nadzieje, bo pomyślałam, że wow, że postapokalipsa, fajna wizja przyszłości, chciałabym zobaczyć całkiem nową historię osadzoną w tym świecie. A tu Moffat poleciał w totalne przegięcie, nadmiar motywów, które powinny pojawiać się stopniowo, bo w przeciwnym razie zamiast dramatyzmu i napięcia wychodzi przerost formy nad treścią, zmęczenie i rozczarowanie - i tak się stało w tym przypadku. Bo jest i Missy (która mimo wszystko ratuje nieco sytuację), i Dalekowie, i Skaro (chciałam zobaczyć Skaro w nowych sezonach, ale niekoniecznie w takich okolicznościach), zagadka z uratowanym dzieciakiem zostaje wyjaśniona zanim człowiek zdąży się porządnie nad tym zastanowić, bo Davros i w ogóle wtf - samo wyjaśnienie motywacji kierujących Davrosem nawet mnie przekonuje, ale późniejsze dramatyczne rozmowy z Doktorem wyszły jak wyszły, czyli nijako.

Cały motyw z testamentem Doktora - równie przekombinowany, ale domyślam się, że będzie kontynuowany i może uda się coś z niego wycisnąć. Doktor na czołgu grający na gitarze - równie dobrze scenarzyści mogliby zrobić do tej sceny podpis typu "patrzcie, to ma być epickie, patrzcie, jaki jestem zajebisty, poskładajcie się z wrażenia, róbcie memy, plis, plis". Clara pędząca na motorze na wezwanie UNIT-u - jeszcze gorzej. Mogła zaliczyć czołowe z drzewem na tym motorze, jako postać wypaliła się już totalnie i ciężko mi kupić jej relację z Doktorem - wiem, że prawdziwy Doktor nie wybrałby kogoś takiego (ok, prawdziwy Doktor to dość subiektywna sprawa, ale powiedzmy, że mam pewne kontakty).



Cała akcja poprowadzona jest błyskawicznie, a fabularne fajerwerki miały chyba w zamierzeniu przesłonić oczywiste niedostatki pomysłu. Bo jakim cudem Doktor mógł uznać, że intencje Davrosa są szczere i dać się wmanewrować w sytuację ze Zwojem? Czemu, do chuja pana, nie mógł mu otworzyć tych oczu ręcznie? Energia regeneracji, największa potęga Władców Czasu, przekazana śmiertelnemu wrogowi ze względu na jakieś śmieszne sentymenty, really? Rozumiem wrażliwość Doktora, mimo że Dwunasty jak dotąd pozował na badassa, ale bez przesady.

Gwoli sprawiedliwości - Doktor zdaje się odczuwać specyficzną więź z Missy i Davrosem, co jest całkiem ciekawe i o tyle prawdopodobne psychologicznie, że są to postacie na jego poziomie - zawsze wrogowie, ale w przeciwieństwie do Clary interesujący i stanowiący wyzwanie. A swoją drogą Dwunasty wydaje się nieco zblazowany, zmęczony ziemskimi sprawami, pragnie czegoś więcej, a nie mogąc mieć Gallifrey, wybiera ryzyko. Ponadto dobry był pomysł z umieszczeniem Clary we wnętrzu Daleka, chociaż z różnych względów uważam, że było to zbyt mało inwazyjne i zbyt łatwo odwracalne.

Po tych wszystkich atrakcjach nie chciało mi się oglądać kolejnego odcinka, nie chciało mi się nawet kończyć tej notki. Ale w miejsce Moffata przyszedł Toby Whithouse i wszystko wróciło do normy... Znowu kocham Doktora.



Odcinek nieco przypomina "Impossible Planet", chociaż jest szalenie ciekawy i absolutnie nie można go nazwać kalką starych pomysłów - supernowoczesna łódź podwodna z przyszłości oraz coś absolutnie oldschoolowego, czyli duchy. Czy ktoś jeszcze jara się duchami w dzisiejszych czasach? Ja tak, jeśli zabijają ludzi i mają naukowe uzasadnienie. I to by było na tyle, jeśli chodzi o główny motyw odcinka - tajemnica jednak pozostaje tajemnicą, w porównaniu z poprzednimi dwoma trzyma w napięciu mocno, aż nie mogę się doczekać kolejnego... Od momentu, gdy załoga znajduje na dnie jeziora tajemniczy, opuszczony statek kosmiczny i postanawia ściągnąć go na pokład, robi się coraz dziwniej i mroczniej. Jest klaustrofobicznie jak na statku kosmicznym po pojawieniu się Xenomorpha.

Jak to zwykle bywa w politycznie poprawnym BBC, ekipa z przyszłości zawiera ludzi we wszystkich kolorach tęczy (spoiler - Murzyn ginie pierwszy), ale tym razem pojawiło się coś nowego - głuchoniema bohaterka, która jednak po pierwsze posiada wyrazisty charakter, po drugie - niepełnosprawność nie jest motywem z dupy, tylko odgrywa w odcinku znaczącą rolę.
Aha - Capaldi jest po prostu boski, jest takim skrzyżowaniem egzorcysty z podstarzałym rockmanem. Kocham tego starego skurwiela, aktualnie w moim prywatnym rankingu zajmuje drugie miejsce ex aequo z Czwartym. Po przerażającym zakończeniu czekam tak bardzo na kolejny odcinek, że chyba aż się przemęczę i wezmę kompa w delegację. Dwunasty po prostu wybitnie łączy nieumienie w social skills z dziecięcą ciekawością świata i żądzą przygód - stąd bierze się siła tego wcielenia Doktora.

Taki cytacik na koniec:
The Doctor: Do you know what you need? You need a hobby.
Clara: Oh, I really don't.
The Doctor: Or even better, another relationship. Come on, you lot, you're bananas about relationships. You're always writing songs about them, or go to war, or gettin' tattooed.

Mam nadzieję, że nie był to dialog z dupy mający pokazać, że Doktor jest mimo wszystko kosmitą, tylko doprowadzi do pozostawienia Clary na Ziemi.

poniedziałek, 7 września 2015

Nagły atak barszczu Sosnowskiego - "Dzień tryfidów"

Obojętnie, czy mam fazę na science-fiction, kryminały czy cokolwiek innego, i tak zawsze jestem z klasyką do tyłu i boję się, że ktoś mi powie "OMG jak mogłaś tego nie czytać to absolutna klasyka". Staram się nadrabiać sukcesywnie i tak oto sięgnęłam po "Dzień tryfidów" Johna Wyndhama, postapokaliptyczną historię o tym, jak może się skończyć dalsza ekspansja barszczu Sosnowskiego.

W tej książce jest naprawdę mnóstwo dobra. Zabójcze rośliny, które nauczyły się chodzić i komunikować. Zimnowojenny klimat i broń masowej zagłady umieszczona na satelitach. Postapokalipsa, ślepcy błądzący ulicami miasta, potem wyludniony Londyn, walka o przetrwanie zahaczająca o najniższe instynkty. Główny bohater to biolog badający tryfidy - nietypowe rośliny wyhodowane prawdopodobnie w ZSRR jako wysoce wydajna i przydatna dla przemysłu roślina (czyli taka sama historia jak z barszczem Sosnowskiego), których nasiona zostały wykradzione z komunistycznego kraju i rozprzestrzeniły się na cały świat. Chociaż kto wie, może tryfidy przybyły tak naprawdę z kosmosu. Jest jeden problem - tryfidy wydzielają zabójczą parzącą substancję, a także umieją chodzić. Badacz wysuwa hipotezę, że jedyną przewagą ludzi nad tryfidami jest wzrok, ale oczywiście każdy ma na to wywalone. Tak działa wolny rynek.

Dopóki tryfidy są upalowane i ma ich kto pilnować, problemu nie ma. Pewnego dnia nad Ziemią pojawia się jednak tajemnicza kometa, następnego dnia ludzie wstają, a tu psikus - wszyscy, którzy ją oglądali, czyli zdecydowana większość ludzkości, stracili wzrok. Czy jest to zjawisko naturalne, czy nieudany eksperyment z bronią, nie wiadomo - pewna enigmatyczność jest zresztą dużym plusem książki. Główny bohater przebywa wówczas w szpitalu z zabandażowaną głową po oparzeniu witką barszczu tryfida, w związku z czym zachowuje wzrok i staje się z jednej strony cennym towarem dla krążących po mieście grup hultajów, z drugiej jednak może ich bardzo łatwo przechytrzyć. Ratuje więc dziewczynę robiącą za oczy jednej z ekip, po czym wyrusza z nią na wieś w poszukiwaniu lepszego życia.



Od roku 1951, kiedy wydano "Dzień tryfidów", postapokalipsa została wyeksploatowana na maksa, przemielona i przewałkowana na milion bardziej i mniej (szczególnie mniej) udanych sposobów. Mimo to wizje Wyndhama nie straciły świeżości, przede wszystkim ze względu na skupienie na człowieku, jego wyborach, chciwości, okrucieństwie i desperacji - tryfidy, chociaż zajebiste, są tylko pretekstem, równie dobrze mogłaby być to inna forma zagrożenia. Sam pomysł ma duży potencjał, który wydaje się nie do końca wykorzystany, ogólnie można by dorobić do tego sequele, prequele i alternatywne zakończenia aż miło. Z drugiej strony jest to niejako specyfika starszych książek - autor nie tworzy fabularnych fajerwerków, nie epatuje przemocą, mimo to czytelnik może odczuć grozę całej sytuacji. "Dzień tryfidów" jest również niewielki objętościowo w porównaniu ze współczesnymi pozycjami, mimo to zawiera mnóstwo materiału do przemyśleń.

Jak więc reagują ludzie w obliczu upadku dawnego świata? Część oślepionych od razu popełnia samobójstwo, część ginie wskutek wypadków, chorób i głodu, reszta chcąc nie chcąc musi zdać się na nielicznych widzących, nieraz padając ofiarą przemocy, a nieraz trafiając do wspólnot, z których większość wprowadza bezwzględne zasady oparte na przemocy i hierarchii. Ponieważ oprócz zdobycia żywności i schronienia priorytetem jest odbudowanie ludności, konserwatywni fanatycy wprowadzają wielożeństwo, by wykorzystać niewidome kobiety do rodzenia. Do takiego miejsca trafia początkowo bohater wraz z uratowaną dziewczyną Josellą, która jest znaną autorką bestsellerowej powieści erotycznej (really), co bywa nieco problematyczne dla obojga. W wielu książkach pisanych w tamtych czasach (chociażby u Bradbury'ego) kobiety stanowią tło dla męskich bohaterów, tutaj na szczęście poza tym, że są śliczne, mają własny charakter i poglądy. W dialogach między bohaterami pojawiają się zresztą ciekawe rozważania dotyczące równouprawnienia, mianowicie o tym, że niesie ze sobą również odpowiedzialność i obowiązki.

Generalnie Wyndham był jednym z prekursorów postapokalipsy i w wielu późniejszych utworach można znaleźć mniej lub bardziej świadome inspiracje "Dniem tryfidów". Polecam nie tylko w ramach klasyki, ale również jako świetne połączenie dobrej rozrywki z bardzo uniwersalną refleksją dotyczącą gatunku ludzkiego. Obejrzę chyba zresztą jeszcze film... oczywiście w wersji z 1962 roku ;)

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Niebezpieczne głębiny mózgu - "Palindrom" w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie

Robert Kuśmirowski jako artysta słynie głównie z tworzenia imitacji rzeczywistości - czasem po prostu przeniesionych z innego miejsca czy czasu, jak domek Unabombera z Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, czasami chyba z innych światów - jak w instalacji UHER.C, którą nawiedzałam co czwartek w ramach darmowego wejścia do CSW. Tym razem Kuśmirowski jako kurator wystawy "Palindrom" również prowadzi rodzaj gry z widzem. Otóż umieścił obok siebie, bez oznaczenia autora, prace uznanych artystów oraz osób chorych psychicznie wykonanych w ramach zajęć terapeutycznych. Czy nie czytając opisu wystawy, widz sam by wpadł na takie rozwiązanie? Wydaje mi się, że niekoniecznie.

Niestety sama załapałam się na ostatni dzień wystawy i nie można już jej oglądać - załączam foteczki.



Powyżej charakterystyczny styl Moniki Mausolf.



Jak widać prace były bardzo różnorodne - coś z malarstwa, z rzeźby, z instalacji, plus całkiem nietypowe obiekty:



To akurat Kuśmirowski, o czym poinformowała mnie konspiracyjnym tonem pani z ochrony, i jego książkowe fejki z innego świata.



Niepokoją mnie deformacje twarzy i ciała, rzucające się w oczy na większości obrazów.



Paweł Hajncel moim nowym idolem, w pozornie naiwnym, prostym stylu tworzy trafne komentarze do rzeczywistości, sięgając do języka potocznego, utartych sloganów, stereotypów, mediów.







Sztuka z recyklingu, kojarzy się oldskulowo ze starymi okładkami książek Lema.



Na sam koniec - naprawdę wielka makieta surrealistycznego miasta, zrobiona z zabawek, klocków, śmieci itp. Jestem ciekawa, czy pracowało nad nią więcej osób.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Spiski kiedyś i dziś - "Z archiwum X"/"Mr Robot"

Nie przesadzając mogę stwierdzić, że "Z archiwum X" to jeden z najlepszych seriali, jakie widziałam. Zaskakująca i trzymająca w napięciu fabuła praktycznie w każdym odcinku, niesamowita atmosfera, złożone postacie oraz różnorodność antagonistów - od pedalskich wampirów i zmiennokształtnych po klasyczne, roswellowskie szaraki - to wszystko sprawia, że chyba każdy poza antyfanami gatunku znajdzie coś dla siebie. Przyznaję, że po latach ilość odcinków nieco mnie przytłoczyła, na początek obejrzałam dwa sezony - nieco naiwne, takie se jeśli chodzi o efekty specjalne i obfitujące w poduszki na ramionach oraz workowate marynary, co dla mnie stanowi jednak plus ze względu na klimat retro - potem oglądałam to, co dawali akurat na kanale weeb.tv, na skutek czego obejrzałam przez przypadek finał ostatniego sezonu. Potem zlikwidowali kanał, obejrzałam więc odcinki z różnych list typu Top 10, potem większość szóstego sezonu, który jest naprawdę zajebisty i jakoś tak to leci. Ale naprawdę szanuję ludzi, którzy obejrzeli wszystko po kolei, a tym bardziej ogarnęli całą mitologię.

Lata dziewięćdziesiąte i dwutysięczne dały nam coś, co ktoś ładnie określił jako ukąszenie daenikenowskie. Książki Daenikena były u mnie w chacie, w sumie nie wiem czemu (podobnie jak "Święty Graal, święta krew", książka, która zainspirowała Dana Browna) i uznałam wówczas starożytnych kosmitów za bardziej prawdopodobną opcję niż pierdy, które sprzedawano na lekcjach religii. Biedronka nie była taka jak teraz, że ciecierzyca, krewetki, świeże warzywka, chuje muje dzikie węże - pośród brudnych kartonów i pasztetów z psa sprzedawano tam gazetkę o znamiennym tytule "Prawda" (ktoś to pamięta? bo nie znalazłam żadnej wzmianki w necie, a szkoda), w której było dużo o UFO, samozapłonach i seryjnych mordercach. Na MTV była muzyka, na Cartoon Network Chojrak, a Discovery dawało co wieczór programy o mumiach i oczywiście UFO - piękne czasy.



Ogólnie chciałabym być jak Scully - zawsze opanowana, kulturalna, elokwentna i z wielką klasą. Mam trochę problem z jej katolicyzmem, ale Amerykanie chyba postrzegają katolicyzm jakoś dziwnie. Ulubione odcinki Archiwum? Póki co: "Home", który swego czasu wywołał skandal jako zbyt brutalny i szokujący, jednak współczesny widz zaznajomiony z produkcjami typu "Piła" może odbierać go bardziej jako kamp. "Ice", genialna reinterpretacja "The Thing" Carpentera. Seria "Anasazi"/"Blessing Way"/"Paper Clips" - dochodzenie do prawdy o UFO ukrywanej przez rząd z udziałem ekipy nerdów (genialni bohaterowie, muszę kiedyś obejrzeć spin-off) oraz Indian. "Bad blood" - komediowy odcinek o wampirach, but still better than Twilight. "Triangle" z wątkiem Trójkąta Bermudzkiego i statku uwięzionego w dziurze czasoprzestrzennej. "Dreamland", zamiana ciał, dużo akcji, elementy komediowe plus spory kawałek x-filowskiej mitologii. "Monday", czyli dzień świstaka, "Arcadia" - odcinek udowadniający, że mili ludzie to zaraza, w którym Moulder i Scully podszywają się pod parę nowożeńców w idyllicznej społeczności osiedla domków jednorodzinnych, wreszcie "Field trip" - kraina grzybów w hardkorowej wersji z halucynogennymi grzybami trawiącymi ludzi.

Niestety lata mijają, tracimy niewinność, oglądam filmik z autopsji kosmity, zrobiłam się bardziej Scully i myślę sobie, że wtf, kto normalny robi tak słabą dokumentację z badania istoty pozaziemskiej, w dodatku na kawałku obsranego stołu w laboratorium niewyglądającym na szczyt techniki i bez kombinezonu zakrywającego szczelnie ciało. Kupuję bardziej wersję Sagana niż Daenikena, spisek ukrywający odwiedziny istot pozaziemskich nie istnieje i bardzo mnie to martwi. Co innego złe korporacje rządzące światem. O tym jest właśnie "Mr Robot".

Żeby nie było - nie uważam, że grupa panów w czarnych garniturach ustala nieoficjalnie, co ma się zdarzyć i po co, nie wierzę w rząd światowy, NWO i całą resztę tym podobnego crapu (w "Archiwum" panowie w czarnych garniturach celowo byli mocno groteskowi, co strasznie mi się podoba, obecnie noszą ciuchy od projektantów). Niemniej jednak korporacje są obecnie równie potężne jak państwa, a co gorsza - chuja można im zrobić. Praca za miskę ryżu, inwigilacja w internecie, banksterka, lobbing, nawet taki banał jak sprzedaż gówna z syropem g-f zwanym dla niepoznaki jedzeniem, by następnie sprzedać niedziałające środki na odchudzanie - to są realne problemy, które nie dotykają nas jeszcze w tym stopniu co Amerykanów - plus zamieszkiwania peryferii Europy. Po prostu to wszystko nie jest scentralizowane, co lubią sugerować zwolennicy teorii spiskowych.



"Mr Robot" opowiada historię aspołecznego programisty z dziwną mordą imieniem Eliot, który pracując dla korporacji zabezpieczającej sieci komputerowe, nawiązuje jednocześnie kontakt z podziemiem hakerskim. Generalnie jakoś nie kupuję tych jego zaburzeń, ma sporo znajomych jak na zaburzonego typa, a objawy typu niechęć do dotyku to mam i ja i jakoś nie uważam się za chorą. Mniejsza z tym. Akcja rozwija się dynamicznie dzięki fajnie prowadzonym wątkom pobocznym - są dragi, zdrady, wycieki nagich fotek i ciężkie dylematy moralne. Eliot - mimo prób prowadzenia ustabilizowanego, zwyczajnego życia - czuje, że ze światem jest coś nie tak. Inwigilując ludzi w sieci, odkrywa ich najciemniejsze tajemnice i cały moralny gnój skrywany skrzętnie pod maską normalności.

W takiej sytuacji zastaje go tajemniczy Mr Robot, enigmatyczny przywódca hakerskiej organizacji, który nic nie mówi wprost, tylko wygłasza wyjątkowo wkurwiające teksty mające zapewne dać nam do myślenia. Spoko. Jest kilka teorii na jego temat, ja wstrzymam się przynajmniej do końca sezonu. Ogląda się naprawdę dobrze, więc polecam ogarnąć zanim zrobi się mainstreamowe i wszyscy zaczną przeżywać.

Aha - Martin Wallström w roli korpo-kurwy z wszechpotężnego Evil Corp jest przegenialny, dla mnie jest współczesnym American Psycho, który co prawda nie morduje, niemniej jednak ma swoje za uszami. Mocny wątek.

Jeśli chcesz mnie inwigilować na fejsie, zapraszam do polubienia.

piątek, 14 sierpnia 2015

Smutny kosmita w czasach zimnej wojny, czyli "Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia"

W 1951 roku - mimo, że minęły trzy lata od incydentu w Rosswell - szaraki nie były jeszcze szczególnie popularne. Filmowe wizje kosmitów były różnorodne, od Bloba po przemalowanych na srebrno ludzi. Twórcy "Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia" postawili na prostotę, jednocześnie tworząc film o jednoznacznie pacyfistycznym charakterze, z optymistyczną wizją życia pozaziemskiego niezagrażającego nam inwazją.

Czytając streszczenie filmu i oglądając zdjęcia, spodziewałam się naprawdę srogiego paździerzu i beki porównywalnej z "Robot Monster". "Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia" okazał się natomiast nieco naiwnym, mocno amerykańskim i osadzonym w duchu epoki filmem ze świetną fabułą, dobrymi jak na owe czasy efektami specjalnymi oraz ujęciami kojarzącymi się z kinem noir czy nawet niemieckim ekspresjonizmem.



W Waszyngtonie (jakżeby inaczej) ląduje dizajnerski statek kosmiczny, z którego wychodzi odziany w kombinezon humanoidalny kosmita wraz z asystującym robotem. Traktuję to w sumie już jako konwencję - Robot Monster również samodzielnie podbija Ziemię, Slytheeni robią to w pięć osób, po co komu większa ekipa, jeśli jest się kosmitą dysponującym zajebistą technologią. Przybysz zwany Klaatu wyjmuje super teleskop, mający być podarunkiem dla Ziemian, co zostaje mylnie zinterpretowane i dostaje kulkę w ramię, po czym trafia do szpitala. Pragnie zwołać zebranie przedstawicieli wszystkich narodów świata, aby ostrzec ich przed dalszym rozwojem broni jądrowej, jako że Ziemia zaczyna stanowić zagrożenie i pozaziemskie organizacje pokojowe rozważają jej zniszczenie. W dobie zimnej wojny zorganizowanie spotkania okazuje się jednak niemożliwe. Zniecierpliwiony ucieka ze szpitala i wynajmuje pokój u starszej pani (tak, brzmi to głupio), szukając rozwiązania sytuacji. Poznaje lokatorkę Helen, która na czas randkowania zostawia mu pod opieką dzieciaka. Prosi go o pokazanie miasta, na co dzieciak zabiera go na grób swojego poległego na wojnie ojca (tak, brzmi jeszcze głupiej). Dodajmy, że po zdjęciu kombinezonu kosmita jest normalnym, mówiącym po angielsku typem. Chyba lepsze to, niż silenie się na wymyślne kostiumy.



W ramach ciekawostki muszę wspomnieć o tym, że po raz pierwszy zetknęłam się z postacią kobiecą w filmie z lat 50., która nie jest bezwolnym cielakiem ani tępą dzidą. Samotna matka pracująca jako sekretarka w korporacji, umiejąca postawić na swoim, w miarę rozwoju akcji ujawniająca odwagę i szlachetność - gdzie tam do niej jakimś głupim dziuniom z "Zabójczych ryjówek" czy właśnie "Robot Monster". Duży plus dla filmu. Kolejnym jest konsekwencja i logika fabuły, czego na próżno szukać we współczesnych produkcjach.

Klaatu nawiązuje kontakt z przedstawicielami świata nauki, podczas gdy rząd organizuje na niego obławę - i tak oto genialny, dysponujący zaawansowaną technologią kosmita ukrywa się na Ziemi, próbując pokojowymi środkami przekonać do swoich racji zaślepionych ludzi. Zadanie na kreatywność - co byście zrobili w takiej sytuacji, by wywołać na świecie poważny, dający do myślenia kryzys i przeprowadzić demonstrację siły, jednocześnie nikogo nie krzywdząc i nie niszcząc niczego? Klaatu taki kryzys wywołuje, za wsparcie mając Helen, irytującego dzieciaka (który średnio co minutę mówi entuzjastycznie "OK") oraz wybitnego naukowca, a mimo to samotny niczym zesłany na Ziemię Władca Czasu. Ogólnie mimo dynamicznej fabuły "Dzień..." ma melancholijny klimat, podkreślany jeszcze przez czarno-białe, kontrastowe ujęcia. Jak widać na załączonych obrazkach, bywają naprawdę piękne (dobra opcja na zdjęcie w tle).



"Dzień...", jak na owe czasy zrobiony z zajebistym rozmachem, dzisiaj sprawia kameralne wrażenie - szczególnie sceny we wnętrzach, które nijak nie sugerują, że mamy do czynienia z science fiction. Mimo prostego, pacyfistycznego przesłania i naiwnego happy endu jak przystało w amerykańskich filmach, współczesny widz może wyciągnąć dużo więcej. Dla mnie jest to opowieść o samotności, idealizmie i niezrozumieniu w świecie ogarniętym szaleństwem. Jeśli ktoś lubi klimaty retro, jak najbardziej polecam - na pewno jest bardziej przystępne w odbiorze niż np. "Metropolis".

P.S. Jednego nie mogę przeżyć. W końcowej scenie Klaatu wyciąga do Helen rękę, zapraszając ją na pokład statku kosmicznego. Skojarzenie z Doktorem jest dla mnie nieuniknione. Jednak Helen owo zaproszenie odrzuca. Dlaczego?

czwartek, 23 lipca 2015

Nephilim, klony smoleńskie i deski przepełnione miłością

Wspominałam już kiedyś, że lubię oszołomów? Fascynują mnie, a im bardziej odjechana faza, tym lepiej. Kuc, którego złe państwo okrada z pieniędzy (chyba kurwa ze stypendium socjalnego), a geje próbują zgwałcić na każdym kroku, to banał i zasługuje raczej na pogardę. Za to ludzie, którzy np. widzą wszędzie jaszczury z kosmosu, wierzą, że Ziemia jest pusta w środku czy mają implanty wszczepione przez obcych to moi idole. Nie wnikam, gdzie przebiega granica między oderwaniem od rzeczywistości i nadmiaru filmów z żółtymi napisami a chorobą psychiczną. Niektóre teorie spiskowe poziomem ułańskiej fantazji wygrywają z kinem akcji, a przy okazji są nieszkodliwe w przeciwieństwie np. do antyszczepionkowców.
Ponieważ miałam ochotę na solidną dawkę odmóżdżenia, ściągnęłam sobie "Ręce precz od tej książki" - analiza już wkrótce, póki co wrzucam post zamieszczony kilka lat temu na starym blogu, a tyczący się skromnych rozmiarów książeczki, którą otrzymałam od randomowego gościa na toruńskiej Starówce. Nadal stoi u mnie na półce w towarzystwie zakupionych w antykwariacie pozycji o zjawiskach paranormalnych, Trynkiewiczu i poradników o seksie z lat 60. Dopisane fragmenty zaznaczyłam kursywą. Enjoy.



Nasze prowincjonalne miasto seksu i biznesu nabiera powoli cech wielkomiejskich, nie dość że pocisnęli z ostatnimi wystawami w CSW (drugie piętro urywa dupę - o ile dobrze pamiętam, była to wystawa "Nie śpią tylko duchy"), to dorobiliśmy się oficjalnie czegoś takiego jak w amerykańskich filmach, gdzie w NY na ulicy stoi ślepy koleś i przepowiada koniec świata.
Oczywiście nie do końca. Mianowicie idąc Szeroką, zostałam zaczepiona przez faceta, który zapytał, czy lubię poezję (prawdopodobnie dostrzegł wokół mnie świetlistą aurę, ale o tym dowiedziałam się później). Ja, że jo. On, że jest pisarzem, literatem (czerwona lampka - ludzie przedstawiający się jako literaci to zazwyczaj poezjozenki z ZLP) i że mogę za dychę kupić jego książkę o miłości i rozwoju duchowym (czerwona lampka 2 - rozwój duchowy=Coelho). Ja że podziękuję, a on, że dla mnie za darmo, z dedykacją, że jak się nazywam, całuję rączki i w ogóle och ach. Czyli pozornie klasyczny poezjozenek, taki, co to dużo pierdoli o pięknych kobietach i wydaje książki za kasę ustukaną z firmy założonej jakoś tak na początku lat 90., na co wskazywała również niezwykłej urody okładka z serduszkami wyrysowanymi na piasku. O ile jednak początek książki faktycznie pasuje do tego schematu, dalej zaczyna się jazda bez trzymanki.

Gwoli wyjaśnienia - skrót ZLP oznacza Związek Literatów Polskich, stowarzyszenie skupiające ludzi tworzących takie same nijakie pseudowiersze o dupie Maryni, wąsie Stalina i pięknie przyrody od pięćdziesięciu lat.

Żebyście nie musieli czytać, streszczę dla was to wiekopomne dzieło. W pierwszych dwóch rozdziałach autor opisuje swoje rozmowy z członkami rodziny i randomowymi ludźmi na ulicy, dając się poznać jako:
* świadomy buntownik ("-Oj dzieciaku, ty z tymi książkami. Wiesz, jak to jest dzisiaj, jeszcze cię do więzienia zamkną. - Wiem, co robię, babciu. Co by to było za życie, gdyby nie można było mówić, co się myśli?")
* człowiek praktyczny, niepozbawiony jednak nutki romantyzmu ("Dom z drewna na sześćdziesiąt-siedemdziesiąt metrów kwadratowych można sobie zbudować już za trzydzieści tysięcy złotych. Dom, który oddycha, gdzie każda deska i drzazga będą przepełnione miłością.")
* miłośnik zwierząt (standardowa historyjka o przygarniętych psach i kotach)
* outsider ("Od dziecka byłem inny. Czułem za bardzo, widziałem za dużo. Niekiedy używałem słów, których znaczenie nie do końca znałem, a jednak zawsze pasowały." - btw to ostatnie zdanie szczególnie mnie urzekło :D)
* genialny konstruktor ("Rozpocząłem produkcję generatorów energii przetwarzających negatywną energię na pozytywną.")
* tytan pracy ("Moje najmłodsze dziecko, wynik dwudziestu siedmiu dni pracy, w tym kilku nieprzespanych nocy. Prawie piętnaście kilogramów schudłem." - to o książce)
* terapeuta i cudotwórca (kilka motywów, jak ludzie mu się zwierzają z problemów, a on mówi, że wszystko się ułoży).

O ile początek da się łatwo podpiąć pod zwykłą grafomanię z niewielkim wpływem teorii spiskowych i sporą dawką megalomanii, o tyle później robi się o wiele ciekawiej. By nie być gołosłowną - cytaty.

"Według potwierdzonych informacji, w Stanach Zjednoczonych ludzi klonuje się od blisko pół wieku, kiedy to doszło do podpisania pierwszych tajnych umów z formami inteligencji pozaziemskiej. W ciągu ostatnich lat, w związku z rosnącym zapotrzebowaniem, produkcja wzrosła kilkakrotnie.

Jako wynik niedoskonałego, pozbawionego miłości tworzenia [klony] nie wiedzą, co to miłość. Nigdy nie zaznali piękna tego uczucia, przepełniającego najgłębsze obszary istoty, nie są więc w stanie samodzielnie go wytworzyć.(...) Mimo zaawansowanej technologii (na przykład bomby implodujące), nie są w stanie odtworzyć pamięci. Posiadają również bioroboty, (są nieco niższe od nas, ich średni wzrost to około stu sześćdziesięciu centymetrów - kurwa, wydało się, że jestem biorobotem) pozwalające im dosłownie "wejść w czyjąś skórę".

Przyspieszanie procesu klonowania niesie ze sobą ryzyko uzyskania niepełnowartościowych kopii. Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku nephilim, słynnych gigantów opisanych w Biblii. Próby odtworzenia ich gatunku na dużą skalę, mimo olbrzymich wysiłków ze strony reptilian, zakończyły się fiaskiem.

Nie będzie walki, nie mają żadnych szans. W ubiegłym roku przegrali bitwę galaktyczną, poza tym wiedzą, że jako istoty jesteśmy dużo silniejsi. (...) Mamy po swojej stronie służby mundurowe, wojsko, policję. Oni wszyscy są ludźmi, tak jak my."

Duży plus dla autora za oryginalność. Większość zwolenników teorii spiskowych jest zdania, że jesteśmy skazani na zagładę, jeśli się nie przebudzimy i nie stawimy oporu jaszczurom z kosmosu - tutaj mamy do czynienia z niespotykanym optymizmem.

Potem następuje najlepsza część, czyli pisemko do prokuratury (na podstawie 1, 4, 30 i 31 artykułu Konstytucji, a co tam, jak szaleć, to szaleć). W skrócie: przed 10 kwietnia br. podczas delegacji zagranicznych Tusk i Komorowski zostali zamordowani i podmienieni na klony, co widać po tym, że ci uprzednio sympatyczni i budzący zaufanie ludzie zaczęli się nagle zachowywać zupełnie inaczej ("zmieniły się ich pola energetyczne" i "zaczęli być drapieżnikami idącymi na żywioł"). Bezpośrednim skutkiem podmianki była katastrofa smoleńska. W podsumowaniu autor pisze:
"W imieniu 38 milionów obywateli domagam się jak najszybszego zatrzymania osób podszywających się pod Prezydenta i Premiera RP, a przede wszystkim ujawnienia prawdy na temat wzmiankowanej zbrodni."

Dalej mamy co nieco o tym, jak to na Śląsku powstała forma życia będąca doskonale piękną kompilacją dwunastu inteligentnych ras pozaziemskich (jakakolwiek sensowna kompozycja tekstu została zepchnięta na margines przez ważkość treści) i porady dla przygodnie spotkanego gościa, żeby się nie przejmował mocno przedruchalnym wiekiem swojej dziewczyny, bo przecież panie panie, tera małolaty takie rzeczy robio, że hoho. Taki lekko niesmaczny akcent na zakończenie jakże poruszającego wywodu.

EDIT: Tak swoją drogą - dlaczego ludzie, którzy nawiązują bezpośredni kontakt z przyjaznymi obcymi, zawsze rozmawiają z nimi o totalnych pierdołach? Czemu zamiast podzielić się z nami technologią albo przeprowadzić matematyczny dowód, nad którym od wielu lat męczą się ziemscy naukowcy, ufoki pieprzą coś o pięknie, prawdzie i ochronie środowiska? Czemu każą budować schrony za ciężki hajs, zamiast teleportować wyznawców bezpośrednio na swój statek? Wydaje mi się, że jest to podobna sytuacja jak z Bogiem/Maryją, którzy zazwyczaj pojawiają się na totalnym zadupiu, przemawiając ustami nieletnich wiejskich wypasaczy knurów.

czwartek, 2 lipca 2015

Matrix kraju kwitnącej cebuli - "Robot"

Ogarnijcie to - dopiero niedawno obejrzałam w całości "Matriksa". Klasyk, na którego w momencie premiery byłam jeszcze za mała, by cokolwiek zrozumieć, a potem jakoś tak zawsze chciałam obejrzeć, ale wszyscy już widzieli i nie zebrałam się aż do zeszłego tygodnia. Ma to niewątpliwą zaletę - mogę ocenić film z perspektywy czasu (realizacja i efekty specjalne absolutnie nie wypadają oldskulowo) i z większą znajomością szeroko pojętego science fiction, nie mówiąc już o teoriach dotyczących sztucznej inteligencji. Generalnie jest to chyba jedyna rzecz z cyber punku (nie licząc anime), która do tego stopnia zadomowiła się w mainstreamie. Zachwyt nad nowatorstwem scenariusza brał się prawdopodobnie z tego, że recenzenci w dupie byli i gówno widzieli, "Matrix" łączy bowiem pomysły pojawiające się wcześniej wielokrotnie - ale łączy je z rozmachem. Teorie konspiracyjne, myślące maszyny, życie przeniesione do wirtuala, szara maź, a do tego wschodnia filozofia i sztuki walki - to wszystko jest naprawdę zajebiste i dobrze oddające klimat epoki, niemniej jednak nie lubię tych wszystkich motywów z wybrańcami, nie lubię Endera, nie lubię Paula Atrydy, nie lubię Jezusa Chrystusa. Wolałabym również, żeby Neo zginął na końcu fizycznie i stał się wyłącznie formą wirusa w matriksie, ale mniejsza z tym.

Później wyczytałam, że spadkobiercy polskiego autora science fiction Adama "Snerga" Wiśniewskiego wytoczyli twórcom "Matriksa" proces o plagiat, który oczywiście przegrali, niemniej jednak wydało mi się to interesujące. I tak trafiłam na książkę "Robot", która w zasadzie dorównuje poziomem dziwaczności powieściom Dukaja - niestety niczym więcej.



Typowa okładka z dupy starego polskiego sf.

Wśród autorów polskiej fantastyki mamy do czynienia z nieproporcjonalnie dużą ilością oszołomów. O ile współcześnie zazwyczaj ogranicza się to do banalnego prawactwa, o tyle Snerg stworzył własną szalenie niepokojącą koncepcję filozoficzną z lekką nutą schizofrenii i teorii spiskowych. Wyszczególnił mianowicie cztery klasy istnień - minerały, rośliny, zwierzęta i umysły, przy czym każdy z nich wykorzystuje ten znajdujący się niżej w hierarchii jako pożywienie, a każdy stojący w hierarchii niżej nie jest zdolny postrzegać swojego poprzednika. Tak więc rośliny chłoną materię nieożywioną, która nie posiada żadnej umiejętności postrzegania, zwierzęta odżywiają się roślinami itd. Człowiek znajduje się między klasą trzecią i czwartą, będąc uwiązany do zwierzęcego świata poprzez biologiczne ciało, umysłem jednak plasując się o klasę wyżej - jednak ze względu na biologię nie jest w stanie postrzegać czystych umysłów.

Moim zdaniem rozważania te wykrzaczają się nieco w starciu z logiką - dla zainteresowanych po wygooglaniu można poczytać w necie eseje Snerga, momentami dość mocno odjeżdża mu peron, strasznie jedzie po powszechnej edukacji, która jego zdaniem indoktrynuje i niszczy młode umysły itp. Fascynują mnie tacy ludzie. Na koncepcji czwartej generacji istnień, która jest obecna w naszym życiu, a nie możemy jej dostrzec, opiera się powieść "Robot". Bohater niczym Neo budzi się nagi w szklanej windzie, nie posiadając żadnych wspomnień, dowiaduje się jednak, że istota zwana Mechanizmem nakazuje mu infiltrację środowiska ludzi żyjących pod ziemią. Mechanizm jednak dość słabo się stara i nie jest aż tak wpływowy jak sam sądzi, bohater bowiem przez większość czasu błądzi tu i ówdzie, podszywając się pod różne osoby, starając się uniknąć zdemaskowania i nie wiedząc za bardzo, czego się od niego oczekuje. Przez większość książki czytelnik jest równie zagubiony.

Tak mniej więcej do trzech czwartych powieści akcja ciągnie się niemiłosiernie, autorowi chodziło jednak raczej o przedstawienie swojej teorii w fabularnej formie niż o barwne opisy. Ktoś gdzieś tam chodzi, przed kimś ucieka, kogoś spotyka - bez większego sensu i wpływu na fabułę, za to atmosfera jest maksymalnie duszna i niepokojąca. Wreszcie bohater odkrywa miasto znajdujące się za lustrem, w którym prawa fizyki uległy zmianie, czas zwolnił, skrajnie zwiększyła się masa obiektów, a wszystko zmierza ku katastrofie po eksplozji tajemniczej kuli na niebie. Jest to alternatywna czasoprzestrzeń ludzi żyjących pod ziemią, sterowana przez Mechanizm. Bohater ze zdumieniem odkrywa własnego sobowtóra, siedzącego za kierownicą auta pędzącego prosto na mur - wszystko w zwolnionym tempie alternatywnej fizyki. Od tej pory stawia sobie dwa cele - dowiedzieć się, czy jest człowiekiem czy robotem i uratować samego siebie przed śmiercią w wypadku.

W sumie jak to opisałam, to brzmi nawet lepiej, niż sądziłam. Jeśli wpadnie wam kiedyś w ręce "Robot", polecam się zapoznać. Są to totalne pogranicza kultury popularnej, miejsce, w którym Wachowscy spotykają Zajdla i wspólnie raczą się LSD. Mam nadzieję, że nikt mnie po tej notce nie pozwie za naruszenie dóbr osobistych.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...