Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 marca 2015

Skandynawski kryminał w klimacie Tarantino - "Jackpot" alias "Arme Viddere"

Jedno słowo: choinki.
Drugie słowo: gwoździarka.



Film pod norweskim tytułem "Arme Viddere" do Polski wszedł jako "Jackpot". Myślałam, że to tradycyjny przejaw inwencji polskich tłumaczy tytułów filmowych, ale okazało się, że oryginał znaczy tyle co "French toasts", czyli takie kanapki opiekane na patelni. Może to jakiś slang, jak ktoś się uczy norweskiego, to niech da znać. W każdym razie dobrze, że polscy tłumacze się za to nie wzięli, bo pewnie wyszłoby coś w stylu "Zakłady nie od parady" albo "Nie igraj z gwoździarką".

Główny bohater, Oscar, bardzo fajny zresztą z ryja, pracuje w zakładzie produkcyjnym zatrudniającym byłych więźniów. Koordynuje pracę wesołej ekipy składającej się z podstarzałego harleyowca Thora, Solora rudego jak rodowity Irlandczyk oraz świeżo zatrudnionego psychopatycznego pojeba z imponującą jak na młody wiek listą wyroków.



Na zdjęciu cała ekipa: Oscar, Psychopatyczny Pojeb, Irol i Stary Kuc. Zgadnijcie, kto ginie pierwszy, jeśli nie ma Murzyna.

Film zaczyna się sceną przesłuchania prowadzoną przez typowego Wallandera, który na miejscu zbrodni oprócz zwłok zastał jednego żywego kolesia przygniecionego grubą martwą prostytutką. Później mamy retrospekcję: Oscar wraz ze znajomymi kryminalistami wygrywa duży hajs (na polskie niecały milion) w zakładach sportowych. Złodzieje nie są zbyt błyskotliwi, niemniej jednak kminią, że im mniej osób do podziału, tym więcej przypada na głowę. W międzyczasie do akcji wkracza gangster, któremu jeden z zainteresowanych wisi kasę i zaczyna się jazda. Oscar mimowolnie zostaje wplątany w samonakręcającą się pętlę przemocy bez możliwości ucieczki.

Dawno nie bawiłam się tak dobrze, oglądając film. Wielowątkowa i zagmatwana kryminalna intryga doprawiona jest sporą dawką czarnego humoru w stylu Tarantino oraz starej dobrej ultraprzemocy. Jak powiedział kiedyś mój znajomy, upadki na ryj zawsze cieszą, a jeszcze bardziej cieszą rozbryzgi krwi na ścianach i rozwalone łby. Dodatkowo mamy mnóstwo smaczków nawiązujących do klasycznych skandynawskich kryminałów - sama postać ekscentrycznego policjanta stosującego osobliwe psychologiczne triki dezorientujące przesłuchiwanego oraz jego enigmatycznej asystentki zasługuje na własny serial. Plus świetnie dobrana muzyka i perfekcyjny, dezorientujący montaż.

W kontekście norweskich realiów, gdzie teoretycznie przy drugim zakupie wódki w ciągu tygodnia przychodzą smutne panie i pytają, czy masz jakiś problem, a przy trzecim zabierają ci gówniaka, urzekła mnie postać troskliwego tatusia-gangstera wychowującego dziecko na zapleczu burdelu, w którym dodatkowo sprzedaje się alko spod lady.

Ciekawostka: paluchy w scenariuszu maczał sam Jo Nesbo, co samo w sobie stanowi rekomendację. Jeśli podobali wam się "Łowcy głów", to "Jackpot" jest równie godny polecenia - w podobnym klimacie, tyle że bardziej komediowo i zdecydowanie mniej burżujsko. Obowiązkowa pozycja dla fanów czarnego humoru, wszelkiej maści Wallanderów i krwawej rozpierduchy.

środa, 11 grudnia 2013

Delfiny to chore skurwysyny

Taki rymowany tytuł mi się nasunął. Delfiny są promowane w społeczeństwie jako urocze, zabawne istoty - tego typu propaganda trwa przynajmniej od lat 90. i nie ustaje. Przeprowadziłam szybki rekonesans i okazało się, że wciąż powstają tego typu filmy familijne. Poza tym ludzie nadal kupują takie oto badziewia:


Że już nie wspomnę o tym:


Wszystko słodko i uroczo, sama miałam okazję odwiedzić delfinarium i zobaczyć, jak te chytre gnoje śpiewają, skaczą przez obręcze i wykonują drobne prace domowe. Pod tą uroczą powierzchownością kryje się straszna prawda. Zasadniczo delfiny przypominają ludzi nie tylko pod względem inteligencji. Przeciętny szympans jest mniej więcej na poziomie czteroletniego dziecka, delfiny natomiast plasują się zdecydowanie wyżej w tej hierarchii, gdzie dokładnie - nie wiemy ze względu na barierę językową. Kto wie, być może wizja Douglasa Adamsa opisana w "Cześć i dzięki za ryby" ziści się w przyszłości.


Zdumiewająco mało wiadomo o życiu w morzach. Mam nawet taką teorię, że jeżeli Bóg istnieje, to jest nim wielka kałamarnica. Jeżeli chodzi o delfiny, to do tej pory nie wykazują chęci przejęcia władzy nad światem, ale kto wie, co czeka nas w przeszłości.
Dosyć dużo się ostatnio słyszy o ich zwyczajach seksualnych, które pod każdym względem przypominają ludzkie. Homoseksualizm i masturbacja w świecie zwierząt to temat stary jak świat i stosunkowo lajtowy, nie słyszałam za to nigdy o przypadku wykorzystywania naturalnych otworów ciała do celów niezgodnych z przeznaczeniem u gatunków innych niż człowiek:


Że nie wspomnę o używaniu gadżetów:



Jak to u rozwiniętych ssaków bywa, wychowywanie młodych trwa dobrych kilka lat i w tym czasie samica nie jest zainteresowana seksem. Samce znalazły na to sposób. Łączą się w gangi, porywają płodne samice, sprzedają je w zamian za tereny łowieckie, a nawet posuwają się (hahaha) do dzieciobójstwa. Znane są też przypadki dokonywanych przez nie masakr morświnów, których geneza jest nieznana - może mylą je z młodymi delfinami, a może to jakaś podwodna wersja Tutsi i Hutu?

Zdarzają się również gwałty międzygatunkowe, i to nie tylko między butlonosymi a tropikalnymi:


Podsumowując, te pozornie przyjazne morskie ssaki mają z nami wiele wspólnego. Myślę, że wytwórnia Asylum powinna zainteresować się tym tematem. Rekin-duch i rekin-cyckojad to tak naprawdę żadne zagrożenie w porównaniu do delfiniego gangu, porywającego ludzi w celu seksualnego wykorzystania przez całe stado.

piątek, 6 grudnia 2013

Szatan nie dostał żarcia, czyli wspomnienia z pobytu w Areszcie Śledczym

Areszt śledczy w Toruniu to przepiękny historyczny budynek, jako jeden z trzech w Europie zbudowany na planie panoptykonu. W środku syf i mogiła, rezydenci nie mając możliwości udania się na most, kontynuują miejską tradycję w inny sposób.

Miałam okazję spędzić trochę czasu po drugiej stronie krat, w sumie to między jednymi a drugimi, w sumie to za bramą a przed kratami... mniejsza. Przyjmowaliśmy osadzonych na tzw. przejściówkę i zaprawdę powiadam wam - ostatnie zmiany w kodeksie karnym nie tylko były konieczne, ale byłyby pierwszym krokiem w stronę normalności, gdyby nie generalna praktyka pisania przepisów w domu na kiblu, bez planu, całościowego spojrzenia i takich tam. W każdym razie co się napatrzyłam na trzęsących się dziadków złapanych po raz trzeci za jazdę rowerem po pijaku, to moje. A jeżdżą po pijaku, bo są alkoholikami i wszystko robią po pijaku, po pijaku rąbią również drewno, stwarzając zdecydowanie większe zagrożenie, a jakoś nikt ich za to do więzienia nie wsadza. Podobnie alimenciarze - niby pozbawienie wolności jest taką ostateczną groźbą, ale z ekonomicznego punktu widzenia nie ma to żadnego sensu.

Podobnie zresztą 20-letni studenciak przyłapany z piętnastoma gramami na handel - nie wiem co prawda jak sytuacja się skończyła i biorę poprawkę na miejskie legendy o ludziach idących siedzieć za jednego skręta, ale nie wierzę, by pobyt w więzieniu miał w tym przypadku jakikolwiek pozytywny wpływ. Teoretycznie mogli go wsadzić, mam jednak nadzieję, że dostał zawiasy.


iluminacja z okazji Festiwalu Skyway 2010

Było natomiast kilka ciekawych przypadków z nieco innej, hm, półki? Chociażby pan byznesmen, który narobił przekrętów podatkowych plus jakieś tam wyłudzenia/oszukiwanie kontrahentów na łączną kwotę rzędu miliona. List gończy wisiał przez dwa lata, dwa lata facet się ukrywał i sądzono, że siedzi za granicą, tymczasem policja go zgarnęła, kiedy po pijanemu PRZEWRÓCIŁ SIĘ na samym środku Szerokiej. Kiedy przyprowadzono go z dołka do aresztu, płakał jak dziecko.

Ponieważ więzienia pozostają ostatnim bastionem tradycyjnych form korespondencji, niektórzy osadzeni zaczynają traktować pisanie jako hobby, co przybiera różne formy - jedni piszą do kilku dziewczyn jednocześnie (KOCHAM CIE BARDZO I TENSKNIE PSZYŚLIJ MI TELEWIZOR BO OCHUJENIA DOSTANE), inni uwielbiają składać skargi. Do tej drugiej grupy zaliczał się facet nazwiskiem Szatan, który codziennie pisał do administracji z problemami typu "czemu ktoś tam dostał dziś dyżur na kuchni a ja nie". Pewnego dnia do biura wpadł strażnik z okrzykiem, że "jest faza, Szatan nie dostał żarcia". Otóż Szatan jechał na sprawę do innego miasta, przed wyjazdem miał otrzymać prowiant na drogę i o ten właśnie prowiant chodziło. Szatan oczywiście dostał żarcie, chciał po prostu namącić, faza była, kucharz musiał pisać oświadczenie, że żarcie wydał. Takie są skutki nadmiaru wolnego czasu.

Jak wiadomo, Wietnamczycy są narodem przedsiębiorczym i pracowitym. Za czasów mojego pobytu w AŚ czekała na sprawę ekipa, która zajmowała się uprawą marihuany - trzeba przyznać, że mieli rozmach. W trakcie procesu wyszło na jaw, że dom wynajmowany był przez nich na cudze dokumenty, ponieważ wynajmujący i tak nie byli w stanie odróżnić jednego Azjaty od drugiego. Miałam niepowtarzalną okazję wypisywać im przepustki, z siedmiu facetów czterech nazywało się Nguyen, a podobno nie byli spokrewnieni, w dodatku na przepustkach trzeba wypisywać imię matki i ojca, które również były nie do odróżnienia. Na aktach znajdowała się informacja dla konwojentów, że osadzeni są szczególnie niebezpieczni, ponieważ znają KARATE i zaleca się kajadany na ręce i nogi. Autentycznie. Gdyby nie czujność stróżów prawa, byłaby szansa na lokalne Breaking Bad w stylu polsko-wietnamskim.

taka sytuacja

Większa akcja tego typu miała miejsce pod Włocławkiem - produkcja amfetaminy odbywała się w kotłowni, standardowo producenci wpadli przez zbyt duże rachunki za wodę. Obecnie całe laboratorium (działające) znajduje się w szkole policyjnej w Szczytnie, mam gdzieś zdjęcia, które postaram się zamieścić w którejś z kolejnych notek :)

wtorek, 15 października 2013

Dół jak Rów Mariański x 3

Tym razem chcę napisać o książkach, które są po prostu dołujące. Pozostanę oczywiście w kręgu literatury współczesnej i rozrywkowej, bo tak po prawdzie najbardziej chyba dołującą powieścią, jaką czytałam, był Germinal Zoli. Nie wspominając już o książkach całkowicie opartych na faktach.
Mój znajomy zaproponował kiedyś alternatywną imprezę pod hasłem "wszyscy chleją wódę, słuchają Toma Waitsa i płaczą". Nikt się nie pisał na taką formę rozrywki (ciekawe czemu), ale sama koncepcja nawet do mnie przemawia.


Jeżeli znudziły was skandynawskie kryminały, w których komisarz Cośtamson odkrywa mroczne powiązania pomiędzy światem prawicowych ekstremistów/emigrantów z byłej Jugosławii/hakerów a serią brutalnych morderstw, dochodząc aż do najwyższych szczebli władzy, chlejąc przy tym hektolitry kawy i użerając się z byłą żoną/patologiczną córką/upośledzonym synem, polecam powieści Karin Alvtegen. Mimo konkretnych wątków kryminalnych są to raczej thrillery psychologiczne. Powiedziałabym, że nawet bardzo psychologiczne.
Główną bohaterką "Zaginionej" jest Sybilla, kobieta z bogatej rodziny, która od 15 lat funkcjonuje jako bezdomna. Za książkę zabrałam się bez czytania recenzji i sam początek, opisujący ciekawe techniki zdobywania obiadu i noclegu na krzywy ryj, sprawił, że książka wciągnęła mnie od pierwszej strony. A potem zdołowała, bo ile można się bujać po dworcach i działkach. A potem znowu wciągnęła, bo Sybilla przez przypadek trafia tam, gdzie nie powinna i staje się najbardziej poszukiwaną osobą w kraju.
Książka do przeczytania w jeden dzień, co nie zmienia faktu, że może zdołować. Na każdej stronie jest zimno, ciemno, jest toksyczna rodzina albo miejskie podziemie, o którego istnieniu wolimy na co dzień nie myśleć. Ku refleksji.


Sama nie wiem, co mam sądzić o książkach Natsuo Kirino. Z jednej strony zaliczają się do tych nielicznych, które pragnę przeczytać, biorąc pod uwagę opis z okładki. Z drugiej zaś są ponure, brutalne i przedstawiają japońskie społeczeństwo (nie wiadomo, co gorsze). Po lekturze Ostatecznego wyjścia, gdzie bohaterki pracują w fabryce na nocną zmianę, mają w domu totalną patolę, a w końcu jedna z nich zabija męża i wspólnie pozbywają się ciała, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Oczywiście nikt w tej książce nie jest normalny. Ale to nic w porównaniu z kolejnych dziełem autorki - w "Grotesce" wszyskie główne postacie są ostro zaburzone. Mamy trzy narratorki, dwie siostry oraz ich koleżankę, które razem ukończyły bardzo prestiżową szkołę średnią, pragnęły iść na studia, zrobić karierę, ogólnie przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Oczywiście wszystkie skończyły marnie, dwie zostały prostytutkami i zostały zamordowane przez chińskiego imigranta, który również miał tragiczne, skrajnie ciężkie życie i również jest jebanym psychopatą.
"Groteska" to gruba cegła, nie ma jakiejś super spójnej fabuły, składa się głównie z retrospekcji i dygresji mających wyjaśnić, jak doszło do opisanych na samym początku morderstw. Narratorki - zabójczo piękna psychopatka, jej aspołeczna siostra pałająca nienawiścią do świata oraz neurotyczna, cierpiąca na zaburzenia odżywiania attention whore - wciągają nas w koszmarny, hierarchiczny i opresyjny system społeczny. Nie wiadomo, który punkt widzenia przedstawia prawdę. Zasadniczo "Groteska" wykańcza. Żadnego z bohaterów nie da się polubić, żaden nawet minimalnie nie cieszy się życiem, ich motywacje są dziwaczne, wynikają z psychicznych zaburzeń.


Ostatnia propozycja, jeżeli chodzi o dołujące książki, to "Jezioro krwi i łez" Jamesa Thompsona. Ponownie mamy tutaj konkretną fabułę kryminalną z nawiązaniem do drugowojennej historii Finlandii. Fabułę poprawną, przejrzystą i nieprzekombinowaną, do której sie jednak szczegółowo nie odniosę, bo ponownie chodzi mi o ciężki klimat. Bohaterowie mają depresję totalną, bo nie ma słońca, a lato jest czasami niegorące. Pan Komisarz cierpi na przeraźliwe migreny i ma problemy z kontrolowaniem gniewu, jego żona jest w ciąży i wszyscy się boją, że po raz kolejny poroni, a na dodatek odwiedza ich radosna rodzinka z Ameryki. Szwagier bohatera jest ćpunem, a szwagierka fanatyczką religijną. Jego partner w prowadzeniu śledztwa to pozbawiony uczuć socjopata z niebotycznym IQ, dziadek był prawdopodobnie nazistowskim kolaborantem i w ogóle jest słodko.
Jedynym jasnym punktem w tej książce jest miłość. Poza tym wszystko jest chujowe. Czyli zupełnie jak w życiu. Można się za to sporo dowiedzieć o fińskim społeczeństwie, które pod pewnymi względami (alko, nieufność, obsesja na punkcie historii i te rzeczy) niespodziewanie przypomina polskie. No i mają depresję totalną. Zaczęłam jakoś tak bez sensu od drugiego tomu trylogii, czekają na mnie "Anioły śniegu" oraz "Biel Helsinek", więc zobaczymy, co jeszcze ma do zaproponowania Pan Komisarz Boli-Mnie-Głowa-Więc-Ci-Wpierdolę.

Podsumowując - jeżeli lubicie sobie czasem w smutny listopadowy ranek albo w jeszcze smutniejszy listopadowy wieczór zapuścić "Mad world", na dobicie serdecznie polecam każdą z opisanych dzisiaj pozycji.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...