Tak jak nie było co robić, tak przyszedł październik, a wraz z nim nowe sezony seriali (w tej chwili oprócz Doktora - American Horror Story i The Knick), studenciaki i dobre imprezy na mieście. W listopadzie spodziewamy się m.in. imprezy depeszowej (dawno nie było), natomiast jeśli chodzi o październik, było tak...
1. Koncert GusGus - hala Międzynarodowych Targów Poznańskich
Mieszkając na Islandii można pracować w przetwórstwie rybnym albo być muzykiem. Stężenie dobrej muzy na kilometr kwadratowy jest nieproporcjonalne do liczby ludności, a oprócz Sigur Ros i Bjork na tym kamienisto-rybno-wulkanicznym gruncie wykluł się również GusGus. Wg wikipedii jest to muzyka elektroniczna z elementami trip-hopu, house, techno i jazzu. Jeśli o mnie chodzi, to nic mi nie robi dobrze tak bardzo jak połączenie dobrego pierdolnięcia z emocjonalnym wokalem oraz opcjonalnie seksownym skandynawskim wokalistą z dziwną mordą (mój ulubiony typ, jak Eskil z Covenanta i Daniel z GusGus, w Polsce nie ma takich facetów). Obecny skład zespołu to Daniel, drugi wokalista-wyking oraz didżej w szpilkach i makijażu, który robi jakieś 80% show, ale i tak wszyscy się jarają wokalistami, bo za konsoletą nie da się tak zajebiście ruszać itd. Życie. Z powodów logistycznych (bifor) nie załapałam się na support, na palarni zastałam gęstą mgławicę bakłażana niczym na Pendulum w Bydgoszczy i zaraz potem zaczął się show. Kilkunastominutowe, didżejskie wersje utworów, światła, lasery. Jak na bis zagrali "Add this song", to było takie pierdolnięcie, że dach się zawalił i tuzin osób nie żyje.
2. Electro Moustache - Dwa Światy (Toruń)
Dymy i lasery. Dużo dymu i laserów. Darmowe wąsy dla każdego i kiczowata muza, italo-disco-horror-electro-synth-space-chicago-house. Impreza cykliczna ostatnio reaktywowana, kiedyś było w Bunkrze, ale Bunkier się spalił, co nadal uważam za moją prywatną tragedię, i aktualnie jest organizowane w piwnicy Dwóch Światów - jednego z ciekawszych klubów w mieście. Wejście jedynie za piątkę, dobre pierdolnięcie w retro klimacie i wizualizacje z dużym udziałem He-Mana. Aha, proszę nie tańczyć na tym podwyższeniu dla didżeja, bo was wyjebią, na przyszłość będę wiedziała.
3. Die Antwoord Night - NRD (Toruń)
Coś, czego nikomu nie trzeba szczególnie polecać. Kolejny z moich ulubionych klubów i impreza w klimacie zef-rapu. Byłam na koncercie Die Antwoord przy okazji Euro 2012, ale co to za koncert na środku rynku, godzina i nara. Tym razem pełny wygryw, darmowe wejściówki i cały wieczór wg schematu - godzina tańczenia - browar na ogródku - powrót na parkiet.
4. Halloween w Hadesie (Toruń)
Hades to bardzo bezpretensjonalna, sympatyczna miejscówka, trochę kucowo-studencka, ale przynajmniej nie przyklejasz się do podłogi i nikt się nie bzyka po kiblach jak w Kotle (chyba). Tanie szociki, tani browar w przyzwoitym wyborze (jest porter, specjal z rokitnikiem, żywiec biały), muza totalnie jak w liceum, czasami trafi się Kazik, ale chyba rzadziej niż kiedyś, tak to Marilyn Manson, Limp Bizkit i dużo innego dobra. Tak po północy zaludnia się parkiet. Tym razem impreza była przebierana i przez cały wieczór mieliśmy wkręt, że jesteśmy w jakimś amerykańskim filmie - no bo normalnie w Polsce nie ma takich imprez. Chciałabym się przebrać, a tu chuj, mogę zrobić domówkę jedynie. Ogólnie przy użyciu żelatyny, chusteczek, barwników spożywczych i standardowych kosmetyków można stworzyć cuda na ryju, było dużo zombie, wampirów, poza tym lalka z Piły, Joker, uroczy koleś przebrany za irlandzkiego skrzata, a nawet jedna gnijąca panna młoda oprócz mnie, ale i tak nie miała niebieskich włosów :P
Taka mała dygresja - koleżanka pracowała w jednym z modniejszych klubów studenckich z selekcją, gdzie nie wejdziesz w bluzie z kapturem (ostatnio mnie nie wpuścili, w sumie nie wiem czemu i mam ich w dupie), parkiet roi się od odpicowanych bananowych lasek i chłopaczków w koszulkach polo i butach od komunii, na bramce stoją tęgie kafary, a regularnie ktoś dostaje wpierdol, kiedyś nawet ktoś wbił dziewczynie nóż w plecy. I chuj, tak jak odwiedzam bardziej alternatywne miejscówki, gdzie co najwyżej sprawdzają dowód, a na imprezie wszyscy są naćpani łącznie z didżejem, tak nigdy nie widziałam potencjalnie groźnej sytuacji, mało tego - nie ma jakichś dużych problemów z zarywającymi namolami. Z innych niusów to zamknęli pedałownię na Szerokiej koło Empiku, podobno było słabo, ale i tak szkoda, że się nie wybrałam. Natura nie znosi próżni, więc można mieć nadzieję, że wkrótce powstanie jakiś lepszy klub gejowski z czymś ciekawszym niż karaoke.
A w piątek widziałam coś dziwnego, koło 19 niebo zrobiło się nagle niebieskie jak w dzień i przez pół nieba przeleciał mega jasny meteor. Tyle wygrać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 2 listopada 2015
sobota, 8 sierpnia 2015
Weekend game i dwie buły na dziesięć godzin - relacja z koncertu HIM
Trzynaście lat to taki wiek, kiedy dziewczyna marzy o wielkiej miłości, chłopak natomiast preferuje grę w gałę i wali sobie nawet do stron z bielizną w katalogu Neckermanna. Na odsiecz rusza wówczas popkultura, która karmi wyobraźnię fantazjami o tragicznych romansach i przygotowuje nas na miłość, która przetrwa wszystko porażki i złamane serce. Kiedy miałam trzynaście lat, wyszedł album HIMa Love Metal - w tamtych czasach VIVA i MTV puszczały jeszcze muzykę różnych nurtów, ściągnięcie pliku mp3 trwało jakieś dwa dni, za to na miejskim targowisku można było nabyć w przystępnej cenie płyty i koszulki od dziwnych ludzi, którzy nigdy nie słyszeli o prawach autorskich. I tak wraz z kawałkiem Funeral of Hearts (chyba, nie jestem pewna) zaczęła się moja miłość do rocka - dopiero po jakichś dziesięciu latach definitywnie miejsce gitar zajęły w moim sercu syntezatory. Niemniej jednak pozostało tam również miejsce dla Villego Valo i reszty ekipy Finów.
W gruncie rzeczy tekst utworu jest totalnie przegięty i nie ma wiele sensu, szczególnie mam problem z fragmentem "the heretic seal beyond divine" (ktoś po anglistyce?). Ogólnie cała stylistyka, teksty i wizerunek zespołu jest niepowtarzalna, szczególnie jeśli chodzi o starsze utwory łączące mroczny romantyzm i elementy okultystyczne w celu wywołania taniej kontrowersji. Konsekwentnie trzymając się rock'n'rollowo-nekrofilskich klimatów HIM utrzymał się na scenie i nie pozostał gwiazdą jednego przeboju. Mimo gotyckiej stylistyki prywatnie muzycy wydają się zajebiście wesołymi ludźmi.


Coverowali m.in. Backstreet Boys i Turbonegro (!), w międzyczasie realizując projekty poboczne tworzone dla zwały:

Wieczór przed koncertem spędzony w towarzystwie melona, wina i lodów o smakubarszczu Sosnowskiego wasabi (przepyszne). Następnego dnia z rana wyruszyłyśmy polskim busem do Gdańska i bez problemu dotarłyśmy do hostelu - mimo bliskości centrum miasta okolica prezentowała się jak poniżej (przepiękne pejzaże):


W samym hostelu bardzo sympatyczna atmosfera, ładnie urządzone pokoje z balkonem i wspaniały widok z okna na zdjęciu poniżej (jeszcze nigdy nie widziałam wózków widłowych Toyoty).

Po dotarciu na miasto obkurwiłyśmy pyszny obiad w Biowayu (kofta serowa, lazania ze szpinakiem, zapiekanka francuska z warzywami plus woda imbirowa - polecam), odwiedziłyśmy Jarmark Dominikański, na którym nie było nic związanego z HIMem ani Doktorem, Stare Miasto, po czym udałyśmy się na teren stoczni...

Powyżej nadajnik, przy pomocy którego świadomość Nestene kontroluje Autonów, niestety nie mogłam się tym zająć, ponieważ nie chciałam przegapić koncertu. Po wykonaniu tego zdjęcia padła mi bateria w aparacie.
Tereny stoczni łącznie z samym klubem B90 urządzone są fantastycznie i aż żal dupę ściska, że nikt nie miał pomysłu ani dobrej woli na zagospodarowanie Tormięsu czy Merinoteksu w Toruniu. Ponieważ parę lat temu sprzedałam gotyckie szmaty, które zamieniłam na panterkę i koszulki oversize z dziwnymi nadrukami, ubrałam się w krótkie spodenki z cekinów i koszulkę Jagermeistera, jednak w obfitej kolejce ustawionej pod klubem niewiele było gotek, dominowały piwa z sokiem ubrane w czarne koszulki, dżinsy i trampki, a w skrajnych przypadkach w sukienki w kwiatki. Wiele z nich tachało ze sobą średnio zainteresowanych misiów, którzy potem zajmowali miejsce pod sceną i zasłaniali widok, mając totalnie wyjebane na koncert.
Patrząc, jak jakieś głupie pizdy przepychają się pod wejściem do klubu godzinę przed otwarciem (JA TU STOJĘ OD PIĄTEJ RANO - w przyszłości te laski zostaną babciami autobusowymi), odechciało nam się walczyć o miejscówkę i poszłyśmy po piwo. W trakcie konsumpcji w pobliżu pojawił się pan ochroniarz, kafar rozmiarów szafy gdańskiej, którego mina wyrażała skrajną desperację, w ręku natomiast dzierżył uroczą siateczkę - niebieską w białe groszki. Prowadził przez telefon monolog, który brzmiał mniej więcej:
- Ja się zajebię, ja tu zdechnę kurwa, tylko dwie bułki na dziesięć godzin! Jeszcze ten nierób siedzi w domu dwa tygodnie i nawet jedzenia nie zrobi! Dwie bułki, co to kurwa jest, ja umrę stary...
Bardzo współczułyśmy panu ochroniarzowi, gdyby nie koncert to zrobiłybyśmy mu buły i przyniosły, no ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Zastanawiamy się mimo to, czy przeżył te dziesięć godzin, czy nie zasłabł w międzyczasie i takie tam. O godzinie 18 bramy klubu zostały otwarte i dziki tłum naparł na wejście - osoby stojące od piątej rano zaczęły się tłoczyć pod sceną i tłoczyły się tak przez kolejne półtorej godziny, ponieważ tradycyjnie rozpoczęto z lekką obsuwą, a każdy dźwiękowiec wychodzący w celu podłączenia kabli witany był zbiorowym piskiem, a następnie jękiem rozczarowania.
W końcu jednak na scenę wkroczył Ville, jak zwykle noszący czapkę pomimo naprawdę kurewskiego upału, w mocno wyciętej koszulce i z różańcem na szyi, a wraz z nim nowy perkusista (też gruby), Lily Lazer ze swoimi wspaniałymi dredami i miną, jakby dochodził przy każdym riffie, enigmatyczny klawiszowiec Zoltan Pluto, popalający fajki podczas grania (niedoceniana postać - klawisze dodają tajemniczy klimat do muzyki HIMa) oraz Mige, który zawsze był dziwny, ale teraz już popłynął ostro. Na głowie miał zwiniętą arafatkę, która wyglądała jak korona cierniowa, sam zaś przedstawiał widok czegoś, co mogłoby wyjść z ciemnego lasu w pobliżu akademików politechniki, zajmując przy tym połowę sceny. Ville zawsze wyglądał fajnie, teraz zaś nieco przypakował, wyhodował lekki zarost i ogólnie się wyrobił. Chciałabym być ręczniczkiem, którym wycierał się przez cały koncert.

Zdjęcie robione bakłażanem, ale przynajmniej mam dowód, że oni istnieją xD
Mimo że darowałyśmy sobie walkę o miejsca z ekipą lasek stojących pod klubem od piątej rano, miałyśmy bardzo dobry widok na scenę. Koncert zaczął się od Buried Alive by Love - "to cry is to know that you're alive, but my river of tears has been dried"... Power jak chuj, ogólnie to jak nie śpiewają pierdół o aniołach płaczących krwią na cmentarzu poronionych płodów, to teksty miewają naprawdę życiowe i poruszające. Potem czysty orgazm ze skakaniem, śpiewaniem wszystkich kawałków (znam teksty tak mniej więcej do 2007): Pretending (power), Your sweet six six six (jeden z moich ulubionych klasyków z tekstem głupim jak stado gwoździ, mózg cofnięty w rozwoju o dziesięć lat), Join me in death (hicior, płacz, wzruszenie). Osobiście byłam zadowolona, że nie była to trasa promująca nową płytę - odnoszę wrażenie, że ostatnie albumy robione są trochę na jedno kopyto, w bezpiecznej sprawdzonej stylistyce z lekkimi odchyłami w stronę doom metalu, z odejściem od popowego kiczu.
Nie zabrakło również Heartache every moment (jeden z moich ulubionych kawałków, aczkolwiek ciężko mi się zdecydować na mój number one - pewnie byłby to któryś pochodzący z demówek czy bonusów), Rip out the wings of the butterfly, She'll be right here in my arms, Poison girl (mała zmiana w tekście - zamiast poison on her lips było poison on her hips), In joy and sorrow - ogólnie bardzo dobra proporcja między starymi hitami wywołującymi lanie po nogach i kawałkami z nowych płyt oraz między tymi ostrzejszymi a balladami. Było oczywiście również Gone with the sin - najbardziej nekrofilski i psychodeliczny kawałek, będący dla mnie od zawsze kwintesencją romantycznej gotyckiej ballady. Proszę zwrócić uwagę na barszcz Sosnowskiego w teledysku.
W pewnym momencie, jako że było strasznie hot zarówno dosłownie jak i w przenośni, mózg chyba wypłynął mi gdzieś dołem i popłynął po nogach. Z pewną taką nieśmiałością wpisuję koncert HIMa na listę rzeczy lepszych niż seks. Ogólnie można nieco przypierdolić się do nagłośnienia czy rozmów na scenie między członkami zespołu, niemniej jednak dla mnie HIM nigdy nie był cukierkowym i mega profesjonalnym zespołem, lecz na zawsze zachowuje klimat garażowej kapeli - popowej, względnie łatwej w odbiorze, ale jednak rock'n'rollowej, gotyckiej, robiącej swoje bez gwiazdorzenia.
Z wielką niecierpliwością czekałyśmy na Weekend game, imprezowy kawałek, który zapewnił zespołowi popularność. Wypadł fantastycznie, energetycznie, romantycznie, poruszająco, chociaż na koniec Ville pokręcił bekę.
What weekend game to play to make me feel this way
What weekend thing to do to let me drink with you
Myślałam, że zagrają to na bis, ale padło na Rebel yell, co również było świetnych wyborem, ponieważ mimo braku oficjalnej wersji (same koncertówki) stało się już klasykiem. Ogólnie plan był taki, że rzucę stanik na scenę (specjalnie wzięłam taki, który już nie pasuje), ale nie udało się dopchać wystarczająco blisko. Niemniej jednak koncert uważam za bardzo udany i cieszę się, że spełniłam swoje marzenie z gimbazy. Dzięki takim eventom czuję, że żyję. Teraz napalam się na Gus Gus w październiku.
W gruncie rzeczy tekst utworu jest totalnie przegięty i nie ma wiele sensu, szczególnie mam problem z fragmentem "the heretic seal beyond divine" (ktoś po anglistyce?). Ogólnie cała stylistyka, teksty i wizerunek zespołu jest niepowtarzalna, szczególnie jeśli chodzi o starsze utwory łączące mroczny romantyzm i elementy okultystyczne w celu wywołania taniej kontrowersji. Konsekwentnie trzymając się rock'n'rollowo-nekrofilskich klimatów HIM utrzymał się na scenie i nie pozostał gwiazdą jednego przeboju. Mimo gotyckiej stylistyki prywatnie muzycy wydają się zajebiście wesołymi ludźmi.


Coverowali m.in. Backstreet Boys i Turbonegro (!), w międzyczasie realizując projekty poboczne tworzone dla zwały:
Wieczór przed koncertem spędzony w towarzystwie melona, wina i lodów o smaku
W samym hostelu bardzo sympatyczna atmosfera, ładnie urządzone pokoje z balkonem i wspaniały widok z okna na zdjęciu poniżej (jeszcze nigdy nie widziałam wózków widłowych Toyoty).
Po dotarciu na miasto obkurwiłyśmy pyszny obiad w Biowayu (kofta serowa, lazania ze szpinakiem, zapiekanka francuska z warzywami plus woda imbirowa - polecam), odwiedziłyśmy Jarmark Dominikański, na którym nie było nic związanego z HIMem ani Doktorem, Stare Miasto, po czym udałyśmy się na teren stoczni...
Powyżej nadajnik, przy pomocy którego świadomość Nestene kontroluje Autonów, niestety nie mogłam się tym zająć, ponieważ nie chciałam przegapić koncertu. Po wykonaniu tego zdjęcia padła mi bateria w aparacie.
Tereny stoczni łącznie z samym klubem B90 urządzone są fantastycznie i aż żal dupę ściska, że nikt nie miał pomysłu ani dobrej woli na zagospodarowanie Tormięsu czy Merinoteksu w Toruniu. Ponieważ parę lat temu sprzedałam gotyckie szmaty, które zamieniłam na panterkę i koszulki oversize z dziwnymi nadrukami, ubrałam się w krótkie spodenki z cekinów i koszulkę Jagermeistera, jednak w obfitej kolejce ustawionej pod klubem niewiele było gotek, dominowały piwa z sokiem ubrane w czarne koszulki, dżinsy i trampki, a w skrajnych przypadkach w sukienki w kwiatki. Wiele z nich tachało ze sobą średnio zainteresowanych misiów, którzy potem zajmowali miejsce pod sceną i zasłaniali widok, mając totalnie wyjebane na koncert.
Patrząc, jak jakieś głupie pizdy przepychają się pod wejściem do klubu godzinę przed otwarciem (JA TU STOJĘ OD PIĄTEJ RANO - w przyszłości te laski zostaną babciami autobusowymi), odechciało nam się walczyć o miejscówkę i poszłyśmy po piwo. W trakcie konsumpcji w pobliżu pojawił się pan ochroniarz, kafar rozmiarów szafy gdańskiej, którego mina wyrażała skrajną desperację, w ręku natomiast dzierżył uroczą siateczkę - niebieską w białe groszki. Prowadził przez telefon monolog, który brzmiał mniej więcej:
- Ja się zajebię, ja tu zdechnę kurwa, tylko dwie bułki na dziesięć godzin! Jeszcze ten nierób siedzi w domu dwa tygodnie i nawet jedzenia nie zrobi! Dwie bułki, co to kurwa jest, ja umrę stary...
Bardzo współczułyśmy panu ochroniarzowi, gdyby nie koncert to zrobiłybyśmy mu buły i przyniosły, no ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Zastanawiamy się mimo to, czy przeżył te dziesięć godzin, czy nie zasłabł w międzyczasie i takie tam. O godzinie 18 bramy klubu zostały otwarte i dziki tłum naparł na wejście - osoby stojące od piątej rano zaczęły się tłoczyć pod sceną i tłoczyły się tak przez kolejne półtorej godziny, ponieważ tradycyjnie rozpoczęto z lekką obsuwą, a każdy dźwiękowiec wychodzący w celu podłączenia kabli witany był zbiorowym piskiem, a następnie jękiem rozczarowania.
W końcu jednak na scenę wkroczył Ville, jak zwykle noszący czapkę pomimo naprawdę kurewskiego upału, w mocno wyciętej koszulce i z różańcem na szyi, a wraz z nim nowy perkusista (też gruby), Lily Lazer ze swoimi wspaniałymi dredami i miną, jakby dochodził przy każdym riffie, enigmatyczny klawiszowiec Zoltan Pluto, popalający fajki podczas grania (niedoceniana postać - klawisze dodają tajemniczy klimat do muzyki HIMa) oraz Mige, który zawsze był dziwny, ale teraz już popłynął ostro. Na głowie miał zwiniętą arafatkę, która wyglądała jak korona cierniowa, sam zaś przedstawiał widok czegoś, co mogłoby wyjść z ciemnego lasu w pobliżu akademików politechniki, zajmując przy tym połowę sceny. Ville zawsze wyglądał fajnie, teraz zaś nieco przypakował, wyhodował lekki zarost i ogólnie się wyrobił. Chciałabym być ręczniczkiem, którym wycierał się przez cały koncert.

Zdjęcie robione bakłażanem, ale przynajmniej mam dowód, że oni istnieją xD
Mimo że darowałyśmy sobie walkę o miejsca z ekipą lasek stojących pod klubem od piątej rano, miałyśmy bardzo dobry widok na scenę. Koncert zaczął się od Buried Alive by Love - "to cry is to know that you're alive, but my river of tears has been dried"... Power jak chuj, ogólnie to jak nie śpiewają pierdół o aniołach płaczących krwią na cmentarzu poronionych płodów, to teksty miewają naprawdę życiowe i poruszające. Potem czysty orgazm ze skakaniem, śpiewaniem wszystkich kawałków (znam teksty tak mniej więcej do 2007): Pretending (power), Your sweet six six six (jeden z moich ulubionych klasyków z tekstem głupim jak stado gwoździ, mózg cofnięty w rozwoju o dziesięć lat), Join me in death (hicior, płacz, wzruszenie). Osobiście byłam zadowolona, że nie była to trasa promująca nową płytę - odnoszę wrażenie, że ostatnie albumy robione są trochę na jedno kopyto, w bezpiecznej sprawdzonej stylistyce z lekkimi odchyłami w stronę doom metalu, z odejściem od popowego kiczu.
Nie zabrakło również Heartache every moment (jeden z moich ulubionych kawałków, aczkolwiek ciężko mi się zdecydować na mój number one - pewnie byłby to któryś pochodzący z demówek czy bonusów), Rip out the wings of the butterfly, She'll be right here in my arms, Poison girl (mała zmiana w tekście - zamiast poison on her lips było poison on her hips), In joy and sorrow - ogólnie bardzo dobra proporcja między starymi hitami wywołującymi lanie po nogach i kawałkami z nowych płyt oraz między tymi ostrzejszymi a balladami. Było oczywiście również Gone with the sin - najbardziej nekrofilski i psychodeliczny kawałek, będący dla mnie od zawsze kwintesencją romantycznej gotyckiej ballady. Proszę zwrócić uwagę na barszcz Sosnowskiego w teledysku.
W pewnym momencie, jako że było strasznie hot zarówno dosłownie jak i w przenośni, mózg chyba wypłynął mi gdzieś dołem i popłynął po nogach. Z pewną taką nieśmiałością wpisuję koncert HIMa na listę rzeczy lepszych niż seks. Ogólnie można nieco przypierdolić się do nagłośnienia czy rozmów na scenie między członkami zespołu, niemniej jednak dla mnie HIM nigdy nie był cukierkowym i mega profesjonalnym zespołem, lecz na zawsze zachowuje klimat garażowej kapeli - popowej, względnie łatwej w odbiorze, ale jednak rock'n'rollowej, gotyckiej, robiącej swoje bez gwiazdorzenia.
Z wielką niecierpliwością czekałyśmy na Weekend game, imprezowy kawałek, który zapewnił zespołowi popularność. Wypadł fantastycznie, energetycznie, romantycznie, poruszająco, chociaż na koniec Ville pokręcił bekę.
What weekend game to play to make me feel this way
What weekend thing to do to let me drink with you
Myślałam, że zagrają to na bis, ale padło na Rebel yell, co również było świetnych wyborem, ponieważ mimo braku oficjalnej wersji (same koncertówki) stało się już klasykiem. Ogólnie plan był taki, że rzucę stanik na scenę (specjalnie wzięłam taki, który już nie pasuje), ale nie udało się dopchać wystarczająco blisko. Niemniej jednak koncert uważam za bardzo udany i cieszę się, że spełniłam swoje marzenie z gimbazy. Dzięki takim eventom czuję, że żyję. Teraz napalam się na Gus Gus w październiku.
poniedziałek, 4 maja 2015
W poszukiwaniu elektro
W piątek całkiem przypadkowo trafiłam na darmową imprezę, na której leciało Die Antwoord, Super Girl & Romantic Boys, hip-hop, lata 90., ogólnie wszystko co najlepsze, a dodatkowo puszczali pornole. Ale od początku.
Na pierwszym i drugim roku co tydzień byłam w Bunkrze. Imprezy trzymały poziom, było tanio, mogłam znieść nawet obecność kuców na rockotekach, a co najważniejsze - w miarę regularnie pojawiały się melanże hardcorowe i dark electro, te ostatnie prowadzone przez didżeja zwanego Aryjskim. Wbijałam do baru, brałam wściekłego, później Aryjski puszczał "Military fashion show", szłam na parkiet i rozkręcałam melanż. Ogólnie nosiłam wtedy furażerkę, dredloki i takie tam, a Bunkier był jedynym miejscem, gdzie można było zobaczyć cybergotów w większej ilości. Grubiej być nie mogło.
Potem Bunkier się spalił i od tej pory nieustannie trwały poszukiwania elektro.
Nienawidzę klubów z selekcją - sama nie miałam nigdy problemu z wejściem, głównie dlatego, że jestem dziewczyną. Natomiast jak już weszłam, okazywało się, że klientelę stanowią same piwa z sokiem oraz pewien specyficzny typ chłopaczków, którzy z okazji sobotniej biby przywdziali białe polo i buty z czubkami kupione na maturę. I weź tu kurwa poznaj kogoś ciekawego. Chodziło się więc do Czeskiego Snu, gdzie czasem puścili GusGus, atmosfera była luźna, ale ostatnio przychodzą totalne małolaty. Chodziło się do Hadesu, gdzie też było fajnie, zapodali Die Antwoord i takie tam, ale z kolei zdarzało się, że był Kazik i kuce (czego nie da się za bardzo uniknąć przy takich promocjach na alko).
Ostatnio byłam totalnie rozjebana koncert SG&RB w NRD. NRD to taki miły alternatywny lokal, gdzie wszyscy są naćpani łącznie z didżejem. Mimo godzinnej obsuwy zespołu było zajebiście, więc w piątek również chciałam iść do NRD, a tu psikus, wstęp za 30 zł. Koniec Świata był blisko, no to wpadliśmy, a tam porno wojna - impreza pod hasłem "art sex disco", czyli wszystko, co w życiu najlepsze. Oprócz didżejki wymienionej na plakacie po didżejowej konsolety dorwała się również toruńska artystka Liliana Piskorska, która odpowiadała za wizualną oprawę eventu.

Kiedy weszłam na salę, trafiłam na dyskotekową planetę, zobaczyłam gejowskie soft porno i wiedziałam, że będzie jeszcze grubiej niż zapowiadał plakat. Parkiet zaludnił się szybko, a jeśli chodzi o muzę, to dawno nie słyszałam tak dobrego zestawu w klubie. Wszyscy śmiali się i dokazywali, zrywając boki ze śmiechu. Porno (heteryckie również żeby nie było) zmiksowane było z takimi klasykami lat 90. jak np. "Titanic", a niegrzeczna muza z totalnym kiczem. Hamulce moralne niektórym puściły, zwieracze również, wróciłam o czwartej z siniakiem na szczęce i w ogóle wtf. Bardzo miło, że po zamknięciu Draży są jeszcze miejsca w mieście, gdzie szerzy się lewactwo i cywilizacja śmierci.
P.S. A teraz dowiaduję się, że planowane są kolejne edycje, a organizatorzy zachęcają do nadsyłania swoich filmików, które posłużą za oprawę wizualną xD
Na pierwszym i drugim roku co tydzień byłam w Bunkrze. Imprezy trzymały poziom, było tanio, mogłam znieść nawet obecność kuców na rockotekach, a co najważniejsze - w miarę regularnie pojawiały się melanże hardcorowe i dark electro, te ostatnie prowadzone przez didżeja zwanego Aryjskim. Wbijałam do baru, brałam wściekłego, później Aryjski puszczał "Military fashion show", szłam na parkiet i rozkręcałam melanż. Ogólnie nosiłam wtedy furażerkę, dredloki i takie tam, a Bunkier był jedynym miejscem, gdzie można było zobaczyć cybergotów w większej ilości. Grubiej być nie mogło.
Potem Bunkier się spalił i od tej pory nieustannie trwały poszukiwania elektro.
Nienawidzę klubów z selekcją - sama nie miałam nigdy problemu z wejściem, głównie dlatego, że jestem dziewczyną. Natomiast jak już weszłam, okazywało się, że klientelę stanowią same piwa z sokiem oraz pewien specyficzny typ chłopaczków, którzy z okazji sobotniej biby przywdziali białe polo i buty z czubkami kupione na maturę. I weź tu kurwa poznaj kogoś ciekawego. Chodziło się więc do Czeskiego Snu, gdzie czasem puścili GusGus, atmosfera była luźna, ale ostatnio przychodzą totalne małolaty. Chodziło się do Hadesu, gdzie też było fajnie, zapodali Die Antwoord i takie tam, ale z kolei zdarzało się, że był Kazik i kuce (czego nie da się za bardzo uniknąć przy takich promocjach na alko).
Ostatnio byłam totalnie rozjebana koncert SG&RB w NRD. NRD to taki miły alternatywny lokal, gdzie wszyscy są naćpani łącznie z didżejem. Mimo godzinnej obsuwy zespołu było zajebiście, więc w piątek również chciałam iść do NRD, a tu psikus, wstęp za 30 zł. Koniec Świata był blisko, no to wpadliśmy, a tam porno wojna - impreza pod hasłem "art sex disco", czyli wszystko, co w życiu najlepsze. Oprócz didżejki wymienionej na plakacie po didżejowej konsolety dorwała się również toruńska artystka Liliana Piskorska, która odpowiadała za wizualną oprawę eventu.

Kiedy weszłam na salę, trafiłam na dyskotekową planetę, zobaczyłam gejowskie soft porno i wiedziałam, że będzie jeszcze grubiej niż zapowiadał plakat. Parkiet zaludnił się szybko, a jeśli chodzi o muzę, to dawno nie słyszałam tak dobrego zestawu w klubie. Wszyscy śmiali się i dokazywali, zrywając boki ze śmiechu. Porno (heteryckie również żeby nie było) zmiksowane było z takimi klasykami lat 90. jak np. "Titanic", a niegrzeczna muza z totalnym kiczem. Hamulce moralne niektórym puściły, zwieracze również, wróciłam o czwartej z siniakiem na szczęce i w ogóle wtf. Bardzo miło, że po zamknięciu Draży są jeszcze miejsca w mieście, gdzie szerzy się lewactwo i cywilizacja śmierci.
P.S. A teraz dowiaduję się, że planowane są kolejne edycje, a organizatorzy zachęcają do nadsyłania swoich filmików, które posłużą za oprawę wizualną xD
środa, 4 lutego 2015
Dlaczego współczujemy Britney Spears, ale nie współczujemy Miley Cyrus
Zastanawiam się, jaka muzyka i jakie filmy będą wspominane z sentymentem przez dzisiejsze gimby. Rozmawialiśmy na angielskim o muzyce i wyszło na to, że o ile Nicky Minaj (zawsze odruchowo czytam to nazwisko jako "Mintaj") i Taylor Swift to gónwo, o tyle Britney i Spice Girls są super właśnie ze względu na sentyment. Co ciekawe, mile wspominają je również ludzie z Kolumbii i Indonezji, bo globalizacja. Każdy żałuje Britney, ale nikt nie żałuje Miley.


Było tak fajnie i tak się zjebało :<
Co jakiś czas na kwejkach i innych takich pojawiają się teksty o tym, jakie to lata 90. były fajne, bo nie siedziało się przed kompem, tylko biegało po podwórku, nadziewając na zardzewiałe gwoździe i nikt nie przejmował się tężcem, dzieci topiły się w gliniankach albo bawiły w pobliżu pracujących maszyn rolniczych. Plus zdjęcie kasety magnetofonowej i ołówka, gimby nie znajo, siedzą zapatrzone w ajfony i nie widują słońca. Poniekąd jest w tym racja, aczkolwiek szacowaną skalę zjawiska uważam za mocno przesadzoną, szczególnie kiedy wyglądam przez okno i widzę stada bachorów korzystające z dobrodziejstw zaśnieżonej górki.
Druga kwestia to ból dupy o nędzę i głupotę współczesnej muzyki oraz programów TV. Miałam okazję oglądać TV po raz pierwszy od długiego czasu i faktycznie mogę stwierdzić, że zmierzamy w kierunku idiokracji. W mainstreamowych mediach reklamy supli na niespanie, niesranie i zespół przeziębionej głowy (autentyk) przeplatane są programami, w których celebryci grają w bierki rozgotowanym makaronem pod wodą, a nastoletnie matki szukają męża rolnika. Nawet Discovery odchodzi od tematyki naukowej na rzecz odpicowywania samochodów, budowania domków na drzewie i nagiego surwiwalu. Z drugiej strony biedne anime, randki w ciemno i teleturnieje emitowane w latach 90. przez Polsat również nie były kierowane do tytanów intelektu, a kiedy w końcu założono nam kablówkę, namiętnie oglądałam "Bliźniaki Cramp", z kolei na Discovery interesowały mnie głównie programy o kosmitach.
Nie napiszę nic odkrywczego, ale wychodzi na to, że nawet kiepska muzyka i kiepskie programy bronią się po czasie, przepuszczone przez filtr wspomnień z czasów, kiedy nie wisiały na nami rachunki, kredyt czy widmo utraty pracy, martwiłyśmy się natomiast, czy ktoś poprosi nas do tańca na szkolnej dyskotece. Dlatego układając playlistę na domówkę, postaram się nie pominąć "Baby one more time".
P.S. Dzieciaki, które bawią się u mnie pod blokiem, są z przedszkola anglojęzycznego i rozmawiają z wychowawcą po angielsku. Nie da się ukryć, że pod pewnymi względami mają o wiele lepszy start od nas.


Było tak fajnie i tak się zjebało :<
Co jakiś czas na kwejkach i innych takich pojawiają się teksty o tym, jakie to lata 90. były fajne, bo nie siedziało się przed kompem, tylko biegało po podwórku, nadziewając na zardzewiałe gwoździe i nikt nie przejmował się tężcem, dzieci topiły się w gliniankach albo bawiły w pobliżu pracujących maszyn rolniczych. Plus zdjęcie kasety magnetofonowej i ołówka, gimby nie znajo, siedzą zapatrzone w ajfony i nie widują słońca. Poniekąd jest w tym racja, aczkolwiek szacowaną skalę zjawiska uważam za mocno przesadzoną, szczególnie kiedy wyglądam przez okno i widzę stada bachorów korzystające z dobrodziejstw zaśnieżonej górki.
Druga kwestia to ból dupy o nędzę i głupotę współczesnej muzyki oraz programów TV. Miałam okazję oglądać TV po raz pierwszy od długiego czasu i faktycznie mogę stwierdzić, że zmierzamy w kierunku idiokracji. W mainstreamowych mediach reklamy supli na niespanie, niesranie i zespół przeziębionej głowy (autentyk) przeplatane są programami, w których celebryci grają w bierki rozgotowanym makaronem pod wodą, a nastoletnie matki szukają męża rolnika. Nawet Discovery odchodzi od tematyki naukowej na rzecz odpicowywania samochodów, budowania domków na drzewie i nagiego surwiwalu. Z drugiej strony biedne anime, randki w ciemno i teleturnieje emitowane w latach 90. przez Polsat również nie były kierowane do tytanów intelektu, a kiedy w końcu założono nam kablówkę, namiętnie oglądałam "Bliźniaki Cramp", z kolei na Discovery interesowały mnie głównie programy o kosmitach.
Nie napiszę nic odkrywczego, ale wychodzi na to, że nawet kiepska muzyka i kiepskie programy bronią się po czasie, przepuszczone przez filtr wspomnień z czasów, kiedy nie wisiały na nami rachunki, kredyt czy widmo utraty pracy, martwiłyśmy się natomiast, czy ktoś poprosi nas do tańca na szkolnej dyskotece. Dlatego układając playlistę na domówkę, postaram się nie pominąć "Baby one more time".
P.S. Dzieciaki, które bawią się u mnie pod blokiem, są z przedszkola anglojęzycznego i rozmawiają z wychowawcą po angielsku. Nie da się ukryć, że pod pewnymi względami mają o wiele lepszy start od nas.
czwartek, 16 października 2014
"Life on Mars" w American Horror Story
Tak jak "Bękarty wojny" napędziły popularność kawałka "Cat people", tak po premierze nowego sezonu AHS zdecydowanie wzrosła liczba odsłon teledysku do "Life on Mars". I bardzo dobrze.
Powinno być jakieś specjalne słowo na moment, kiedy spotykają się ulubione dla konkretnego odbiorcy rzeczy w popkulturze, naprawdę fantastyczne uczucie, utwór Bowiego w AHS jest dla mnie typowym przykładem. Serial jest absolutnym fenomenem, nie rozpatruję go w ogóle w kategoriach kiczu, przesady, nie przeszkadza mi występujące momentami epatowanie przemocą i szokowanie widza. Dlaczego? Ponieważ to jest kwintesencja amerykańskiego horroru, wszystkie koszmary w pigułce. Jak dotąd najbardziej podobał mi się drugi sezon, który wiele osób uważa właśnie za przegięty, no ale naziści i kosmici <3 Bardzo podobają mi się też pojawiające się od czasu do czasu teledyski, które mimo musicalowego klimatu nie odzierają z powagi ciężkich tematów, lecz pozwalają niejako wejść do głowy bohaterów.
Poza pewną umownością opisaną powyżej AHS praktycznie od początku porusza sporo ważnych problemów, mówi o nietolerancji, odrzuceniu, sile kobiet, konfliktach społecznych, i wydaje mi się, że z każdym kolejnym sezonem ta tendencja staje się coraz bardziej widoczna. Ponadto gwiazdą całego serialu staje się - jakżeby inaczej - Jessica Lange, której wszystkie postacie po kolei to okrutne, zranione kobiety. We "Freak Show" jest właścicielką cyrku, która pragnie zostać gwiazdą, wystawiając na scenie ludzi z nietypowymi deformacjami, kreując się na dobrodziejkę, jako że w latach 50. takie osoby mogły liczyć jedynie na miejsce w publicznym przytułku. Sama jednak przyznaje, że robi to dla zysku. Swoje stałe miejsce w AHS znalazła również Cathy Bates - zanim w trzecim sezonie weszła w rolę okrutnej XIX-wiecznej właścicielki ziemskiej, uczynionej nieśmiertelną przez magię voodoo, była również świetną aktorką... jako Misery. AHS był w jej przypadku strzałem w dziesiątkę.
W końcowej scenie premierowego odcinka Lange wykonuje na scenie "Life on Mars", utwór, który powstał sporo lat po wydarzeniach dziejących się w serialu, ale świetnie pasujący do klimatu.
(wersja kręcona ziemniakiem, ale lepszej nie znalazłam)
Jest to jeden z moich ulubionych utworów Bowiego i zawsze mocno do mnie przemawiał. Każdy może interpretować tekst na swój sposób, dla mnie mówił niegdyś o buncie, aktualnie - o zwątpieniu i dystansie do świata.
It's a god-awful small affair
To the girl with the mousy hair
But her mommy is yelling "No"
And her daddy has told her to go
But her friend is nowhere to be seen
Now she walks through her sunken dream
To the seat with the clearest view
And she's hooked to the silver screen
But the film is a saddening bore
'Cause she's lived it ten times or more
She could spit in the eyes of fools
As they ask her to focus on
Sailors fighting in the dance hall
Oh man! look at those cavemen go
It's the freakiest show
Take a look at the lawman
Beating up the wrong guy
Oh man! Wonder if he'll ever know
He's in the best selling show
Is there life on Mars?
It's on America's tortured brow
That Mickey Mouse has grown up a cow
Now the workers have struck for fame
'Cause Lennon's on sale again
See the mice in their million hordes
From Ibiza to the Norfolk Broads
Rule Britannia is out of bounds
To my mother, my dog, and clowns
But the film is a saddening bore
'Cause I wrote it ten times or more
It's about to be writ again
As I ask you to focus on
Sailors fighting in the dance hall
Oh man! Look at those cavemen go
It's the freakiest show
Take a look at the Lawman
Beating up the wrong guy
Oh man! Wonder if he'll ever know
He's in the best selling show
Is there life on Mars?
Życie w schematycznym, uporządkowanym społeczeństwie, rozczarowania, które prędzej czy później powodują wycofanie na pozycję obserwatora. Inni ludzie są obcy, jak gdyby pochodzili z Marsa, społeczne relacje z punktu widzenia outsidera są szopką, teatrem, absurdalną pogonią za rzeczami niemającymi znaczenia. Przeładowanie pozbawionymi sensu bodźcami, Weltschmerz XXI wieku.
I na dokładkę jeszcze jeden świetny cover, absolutna klasyka gotyckiego rocka.
Powinno być jakieś specjalne słowo na moment, kiedy spotykają się ulubione dla konkretnego odbiorcy rzeczy w popkulturze, naprawdę fantastyczne uczucie, utwór Bowiego w AHS jest dla mnie typowym przykładem. Serial jest absolutnym fenomenem, nie rozpatruję go w ogóle w kategoriach kiczu, przesady, nie przeszkadza mi występujące momentami epatowanie przemocą i szokowanie widza. Dlaczego? Ponieważ to jest kwintesencja amerykańskiego horroru, wszystkie koszmary w pigułce. Jak dotąd najbardziej podobał mi się drugi sezon, który wiele osób uważa właśnie za przegięty, no ale naziści i kosmici <3 Bardzo podobają mi się też pojawiające się od czasu do czasu teledyski, które mimo musicalowego klimatu nie odzierają z powagi ciężkich tematów, lecz pozwalają niejako wejść do głowy bohaterów.
Poza pewną umownością opisaną powyżej AHS praktycznie od początku porusza sporo ważnych problemów, mówi o nietolerancji, odrzuceniu, sile kobiet, konfliktach społecznych, i wydaje mi się, że z każdym kolejnym sezonem ta tendencja staje się coraz bardziej widoczna. Ponadto gwiazdą całego serialu staje się - jakżeby inaczej - Jessica Lange, której wszystkie postacie po kolei to okrutne, zranione kobiety. We "Freak Show" jest właścicielką cyrku, która pragnie zostać gwiazdą, wystawiając na scenie ludzi z nietypowymi deformacjami, kreując się na dobrodziejkę, jako że w latach 50. takie osoby mogły liczyć jedynie na miejsce w publicznym przytułku. Sama jednak przyznaje, że robi to dla zysku. Swoje stałe miejsce w AHS znalazła również Cathy Bates - zanim w trzecim sezonie weszła w rolę okrutnej XIX-wiecznej właścicielki ziemskiej, uczynionej nieśmiertelną przez magię voodoo, była również świetną aktorką... jako Misery. AHS był w jej przypadku strzałem w dziesiątkę.
W końcowej scenie premierowego odcinka Lange wykonuje na scenie "Life on Mars", utwór, który powstał sporo lat po wydarzeniach dziejących się w serialu, ale świetnie pasujący do klimatu.
(wersja kręcona ziemniakiem, ale lepszej nie znalazłam)
Jest to jeden z moich ulubionych utworów Bowiego i zawsze mocno do mnie przemawiał. Każdy może interpretować tekst na swój sposób, dla mnie mówił niegdyś o buncie, aktualnie - o zwątpieniu i dystansie do świata.
It's a god-awful small affair
To the girl with the mousy hair
But her mommy is yelling "No"
And her daddy has told her to go
But her friend is nowhere to be seen
Now she walks through her sunken dream
To the seat with the clearest view
And she's hooked to the silver screen
But the film is a saddening bore
'Cause she's lived it ten times or more
She could spit in the eyes of fools
As they ask her to focus on
Sailors fighting in the dance hall
Oh man! look at those cavemen go
It's the freakiest show
Take a look at the lawman
Beating up the wrong guy
Oh man! Wonder if he'll ever know
He's in the best selling show
Is there life on Mars?
It's on America's tortured brow
That Mickey Mouse has grown up a cow
Now the workers have struck for fame
'Cause Lennon's on sale again
See the mice in their million hordes
From Ibiza to the Norfolk Broads
Rule Britannia is out of bounds
To my mother, my dog, and clowns
But the film is a saddening bore
'Cause I wrote it ten times or more
It's about to be writ again
As I ask you to focus on
Sailors fighting in the dance hall
Oh man! Look at those cavemen go
It's the freakiest show
Take a look at the Lawman
Beating up the wrong guy
Oh man! Wonder if he'll ever know
He's in the best selling show
Is there life on Mars?
Życie w schematycznym, uporządkowanym społeczeństwie, rozczarowania, które prędzej czy później powodują wycofanie na pozycję obserwatora. Inni ludzie są obcy, jak gdyby pochodzili z Marsa, społeczne relacje z punktu widzenia outsidera są szopką, teatrem, absurdalną pogonią za rzeczami niemającymi znaczenia. Przeładowanie pozbawionymi sensu bodźcami, Weltschmerz XXI wieku.
I na dokładkę jeszcze jeden świetny cover, absolutna klasyka gotyckiego rocka.
niedziela, 27 kwietnia 2014
Głupie serce ma takie DNA - analiza tekstu
Loka (świat, sfera) — w religiach dharmicznych rejon w zaświatach lub subtelny wymiar egzystencji zwyczajne niedostępny percepcji żyjących na Ziemi ludzi, lub też w syntetycznym ujęciu sfery jednocześnie psychiczne i kosmiczne.
Tyle wikipedia. Z kolei last.fm podaje, że Loka to rockandrollowa (WTF) grupa, łącząca taneczne rytmy z przebojowymi melodiami. Przebojowe są, nie da się ukryć, wystarczy że raz poleci w pracowym radiu i człowiek cały dzień śpiewa, że nanana za miłością gna, głupie serce ma takie DNA. Na potrzeby notki jeszcze raz skatowałam się tym gównem (sąsiedzi usłyszeli i teraz będę musiała wychodzić z workiem na głowie) i nadszedł czas, żeby się wyżyć na autorach.
Teledysk ewidentnie ściągnięty od Donatana, tyle że nieco mniej udany, bo o ile ubijanie masła i oblewanie się mlekiem budzi pewne interesujące skojarzenia, o tyle obieranie ziemniaków nie zalicza się do specjalnie erotycznych czynności, a w ogóle TO CO TAM KURWA ROBI KOLEŚ PRZEBRANY ZA HOT DOGA. Pan Hot Dog suszy sobie garnki na płocie, udaje kozła i jest karmiony z ręki przez uroczą Słowiankę, następnie wywołuje eksplozję kuchni węglowej przy użyciu dezodorantu, za co zostaje następnie potraktowany tzw. liściem. Czyli rozrywki jak na każdym polskim osiedlu.
Przejdźmy jednak do analizy tekstu.
Jesteś ulotna,jesteś marzeniem
Jak muza rzucasz zdania, nadajesz im znaczenie
Czyli mamy dharmiczny wymiar egzystencji oraz zapowiedź, że cały tekst prawdopodobnie nie będzie traktował totalnie o niczym. Być może muza autora nie nadała mu znaczenia lub nie jest ono dostępne poza sferą kosmiczną.
Mam Cię pod skórą, pod powiekami
To efekt jest motyla bo świat się zmienia cały
Anegdota o efekcie motyla odnosiła się pierwotnie do meteorologii i do tego, czemu nie da się zrobić dobrej prognozy pogody na okres dłuższy niż kilka dni. Po prostu jest za dużo zmiennych o pozornie małym znaczeniu, żeby przewidzieć wszystkie możliwe okoliczności. Na chwilę obecną pojęcie efektu motyla pełni mniej więcej taką samą funkcję jak cytat z Heraklita o niewchodzeniu dwa razy do tej samej rzeki - tj. tekstu powtarzanego tyle razy bez żadnego zrozumienia, że całkiem oderwał się od pierwotnego sensu. Ale jak przekonamy się przy okazji refrenu, autor nauki specjalnie nie poważa.
Gdy tylko mrugniesz czuje jak, jak ziemia mi ucieka pod nogami
Ucieka POD nogami. Aha.
gify z Tennantem zawsze na propsie
I wszyscy razem:
Cały czas za miłością gna, głupie serce ma takie DNA
Cały czas za miłością gna, głupie serce ma takie DNA
Cały czas za miłością gna, głupie serce ma takie DNA
itd.
Noż kurwa mać. Serce jako element ustroju ma takie samo DNA jak oko, ręka czy dupa. Nazwijcie mnie nerdem, ale cholernie mnie to razi. I wiem doskonale, że to metafora, ale za chuja nie przyjmę i nie zaakceptuję takiej metafory, bo to jest wiedza na poziomie bodajże wczesnej gimbazy i jak dla mnie to równie dobrze mogliby śpiewać np.
Cały czas krąży wokół Ziemi,
głupie Słońce na skutek sił ciążenia
Przejdźmy do kolejnej zwrotki.
Choć Twoja dusza jest nieśmiertelna
To strzała Cherubina dosięga Twego serca
Nie wiem, co ma jedno do drugiego. I po co w ogóle ten wtręt o nieśmiertelnej duszy, który ma się do całości tekstu jak pięść do jeża, pewnie tak napisali żeby się rymowało.
Czujesz jak boli zraniona duma
Jak się przelewa w myślach modlitwa nieuchwytna
Przelewać to się może w żołądku, pozostając przy fizjologicznych klimatach. Uczciwie jednak przyznaję, że głupie serce mimo niewątpliwego debilizmu jest o poziom wyżej od małej ściemniary.
Kochania tajemnica wieczna, tak nierozważnie romantyczna jesteś
I odniesienie do literatury zapodali, paczcie jakie oczytane chłopaki. Wracamy jednak do refrenu...
Cały czas za miłością gna, głupie serce ma takie DNA
Tak sobie myślę, że można to strawestować i nadać innym częściom ciała osobne DNA. Np.
Cały czas za dupami gna, głupi penis ma takie DNA
albo
Cały czas na żarcie czeka, głupi żołądek ma takie DNA
Na odtrutkę polecam:
Też się wkręca niemiłosiernie i potem cały dzień chodzisz i śpiewasz, że podałem ci rękę, kupiłem czteropak, tak to ja twój gwiezdny chłopak. Przynajmniej tekst jest bezpretensjonalny :D
Tyle wikipedia. Z kolei last.fm podaje, że Loka to rockandrollowa (WTF) grupa, łącząca taneczne rytmy z przebojowymi melodiami. Przebojowe są, nie da się ukryć, wystarczy że raz poleci w pracowym radiu i człowiek cały dzień śpiewa, że nanana za miłością gna, głupie serce ma takie DNA. Na potrzeby notki jeszcze raz skatowałam się tym gównem (sąsiedzi usłyszeli i teraz będę musiała wychodzić z workiem na głowie) i nadszedł czas, żeby się wyżyć na autorach.
Teledysk ewidentnie ściągnięty od Donatana, tyle że nieco mniej udany, bo o ile ubijanie masła i oblewanie się mlekiem budzi pewne interesujące skojarzenia, o tyle obieranie ziemniaków nie zalicza się do specjalnie erotycznych czynności, a w ogóle TO CO TAM KURWA ROBI KOLEŚ PRZEBRANY ZA HOT DOGA. Pan Hot Dog suszy sobie garnki na płocie, udaje kozła i jest karmiony z ręki przez uroczą Słowiankę, następnie wywołuje eksplozję kuchni węglowej przy użyciu dezodorantu, za co zostaje następnie potraktowany tzw. liściem. Czyli rozrywki jak na każdym polskim osiedlu.
Przejdźmy jednak do analizy tekstu.
Jesteś ulotna,jesteś marzeniem
Jak muza rzucasz zdania, nadajesz im znaczenie
Czyli mamy dharmiczny wymiar egzystencji oraz zapowiedź, że cały tekst prawdopodobnie nie będzie traktował totalnie o niczym. Być może muza autora nie nadała mu znaczenia lub nie jest ono dostępne poza sferą kosmiczną.
Mam Cię pod skórą, pod powiekami
To efekt jest motyla bo świat się zmienia cały
Anegdota o efekcie motyla odnosiła się pierwotnie do meteorologii i do tego, czemu nie da się zrobić dobrej prognozy pogody na okres dłuższy niż kilka dni. Po prostu jest za dużo zmiennych o pozornie małym znaczeniu, żeby przewidzieć wszystkie możliwe okoliczności. Na chwilę obecną pojęcie efektu motyla pełni mniej więcej taką samą funkcję jak cytat z Heraklita o niewchodzeniu dwa razy do tej samej rzeki - tj. tekstu powtarzanego tyle razy bez żadnego zrozumienia, że całkiem oderwał się od pierwotnego sensu. Ale jak przekonamy się przy okazji refrenu, autor nauki specjalnie nie poważa.
Gdy tylko mrugniesz czuje jak, jak ziemia mi ucieka pod nogami
Ucieka POD nogami. Aha.
gify z Tennantem zawsze na propsie
I wszyscy razem:
Cały czas za miłością gna, głupie serce ma takie DNA
Cały czas za miłością gna, głupie serce ma takie DNA
Cały czas za miłością gna, głupie serce ma takie DNA
itd.
Noż kurwa mać. Serce jako element ustroju ma takie samo DNA jak oko, ręka czy dupa. Nazwijcie mnie nerdem, ale cholernie mnie to razi. I wiem doskonale, że to metafora, ale za chuja nie przyjmę i nie zaakceptuję takiej metafory, bo to jest wiedza na poziomie bodajże wczesnej gimbazy i jak dla mnie to równie dobrze mogliby śpiewać np.
Cały czas krąży wokół Ziemi,
głupie Słońce na skutek sił ciążenia
Przejdźmy do kolejnej zwrotki.
Choć Twoja dusza jest nieśmiertelna
To strzała Cherubina dosięga Twego serca
Nie wiem, co ma jedno do drugiego. I po co w ogóle ten wtręt o nieśmiertelnej duszy, który ma się do całości tekstu jak pięść do jeża, pewnie tak napisali żeby się rymowało.
Czujesz jak boli zraniona duma
Jak się przelewa w myślach modlitwa nieuchwytna
Przelewać to się może w żołądku, pozostając przy fizjologicznych klimatach. Uczciwie jednak przyznaję, że głupie serce mimo niewątpliwego debilizmu jest o poziom wyżej od małej ściemniary.
Kochania tajemnica wieczna, tak nierozważnie romantyczna jesteś
I odniesienie do literatury zapodali, paczcie jakie oczytane chłopaki. Wracamy jednak do refrenu...
Cały czas za miłością gna, głupie serce ma takie DNA
Tak sobie myślę, że można to strawestować i nadać innym częściom ciała osobne DNA. Np.
Cały czas za dupami gna, głupi penis ma takie DNA
albo
Cały czas na żarcie czeka, głupi żołądek ma takie DNA
Na odtrutkę polecam:
Też się wkręca niemiłosiernie i potem cały dzień chodzisz i śpiewasz, że podałem ci rękę, kupiłem czteropak, tak to ja twój gwiezdny chłopak. Przynajmniej tekst jest bezpretensjonalny :D
poniedziałek, 2 grudnia 2013
Muzyczne dramaty mojego dzieciństwa
Zanim w gimbazie przerzuciłam się na Metallikę, Nirvanę, Black Sabbath i inne popularno-alternatywne gówna dla brudów, siedziałam w mainstreamie po uszy jak każde dziecko w podstawówce. Ostatnio obejrzałam ten skecz, przedstawiający świat, w którym muzyka poza popem została zakazana. Wspomnienia powróciły - wspomnienia straszliwych czasów rybaczek, oczojebnych kolorów, małych plecaczków, koszulek polo i czapek bejsbolówek. Tym samym powróciły wspomnienia, które zniszczyły mi dzieciństwo i nie był to bynajmniej kolejny odwyk Kevina Samego w Domu.
1. Enrique Iglesias i jego występ, który bezlitośnie obnażył brak jakiegokolwiek talentu do śpiewania. Obecnie dla każdego jest raczej jasne, że tego typu "artyści" nie wykonują sami utworów na koncertów, ale wtedy to był SZOK. Pamiętam, że koleżanka przyniosła do szkoły Tele Tydzień, gdzie ogromne nagłówki głosiły OMG ENRIQUE IGLESIAS OSZUSTEM! :D Poniżej można obejrzeć słynny występ:
Najgorsze jest to, że koleś żyje i ma się dobrze, a nawet nagrywa z gwiazdami typu Pitbull kawałki tak żenujące, tak maksymalnie gówniane, że nawet nie zalinkuję, możecie szukać na własną odpowiedzialność.
2. Lena Katina i Julia Wołkowa tworzące słynny swego czasu duet Tatu okazały się wbrew publicznym deklaracjom być całkowicie hetero. Ponownie - dorosły człowiek ogarnia, że takie zespoły są wybierane na castingu, a sama koncepcja starannie przemyślana przez marketingowców, niemniej jednak kiedyś wierzyłam w ich szczerość. Mało tego, na dyskotekę szkolną w szóstej klasie podstawówki przyszłyśmy z koleżanką przebrane w charakterystyczne spódniczki w kratkę, koszule i krawaty, na co pani polonistka poleciała do mojej mamy z oburzeniem, że CO ONE SOBO REPREZENTUJO. Piękne czasy.
Kiedyś dziewczyny wyglądały świetnie, teraz najwyraźniej coś poszło nie tak:
3. Sprawa nieco bardziej aktualna, ale wciąż bolesna. Kolejny idol dziewcząt, Ricky Martin, ujawnił swoją orientację seksualną. Wnikliwa lektura Pudla potwierdziła moje przypuszczenia - Ricky był przez wiele lat pod presją menadżerów, a homoseksualizm kłócił się z jego starannie wypracowanym scenicznym wizerunkiem. Ciekawe tylko, czy wieloletnia partnerka o tym wiedziała :P
A tak na serio, to czy on kiedykolwiek wyglądał na hetero?
1. Enrique Iglesias i jego występ, który bezlitośnie obnażył brak jakiegokolwiek talentu do śpiewania. Obecnie dla każdego jest raczej jasne, że tego typu "artyści" nie wykonują sami utworów na koncertów, ale wtedy to był SZOK. Pamiętam, że koleżanka przyniosła do szkoły Tele Tydzień, gdzie ogromne nagłówki głosiły OMG ENRIQUE IGLESIAS OSZUSTEM! :D Poniżej można obejrzeć słynny występ:
Najgorsze jest to, że koleś żyje i ma się dobrze, a nawet nagrywa z gwiazdami typu Pitbull kawałki tak żenujące, tak maksymalnie gówniane, że nawet nie zalinkuję, możecie szukać na własną odpowiedzialność.
2. Lena Katina i Julia Wołkowa tworzące słynny swego czasu duet Tatu okazały się wbrew publicznym deklaracjom być całkowicie hetero. Ponownie - dorosły człowiek ogarnia, że takie zespoły są wybierane na castingu, a sama koncepcja starannie przemyślana przez marketingowców, niemniej jednak kiedyś wierzyłam w ich szczerość. Mało tego, na dyskotekę szkolną w szóstej klasie podstawówki przyszłyśmy z koleżanką przebrane w charakterystyczne spódniczki w kratkę, koszule i krawaty, na co pani polonistka poleciała do mojej mamy z oburzeniem, że CO ONE SOBO REPREZENTUJO. Piękne czasy.
Kiedyś dziewczyny wyglądały świetnie, teraz najwyraźniej coś poszło nie tak:
3. Sprawa nieco bardziej aktualna, ale wciąż bolesna. Kolejny idol dziewcząt, Ricky Martin, ujawnił swoją orientację seksualną. Wnikliwa lektura Pudla potwierdziła moje przypuszczenia - Ricky był przez wiele lat pod presją menadżerów, a homoseksualizm kłócił się z jego starannie wypracowanym scenicznym wizerunkiem. Ciekawe tylko, czy wieloletnia partnerka o tym wiedziała :P
A tak na serio, to czy on kiedykolwiek wyglądał na hetero?
niedziela, 21 lipca 2013
Mały przycisk naciskamy i melodię wygrywamy
Kraftwerk? Coś kojarzę, oni wynaleźli techno. - komentarz znajomego.
Jakoś tak we wczesnej podstawówce stwierdziłam, że jestem robotem. Ta faza trwała dobrych parę lat, więc coś niewątpliwie musi być na rzeczy. W gimbazie natomiast, jako zadeklarowana fanka darcia mordy dla brudasów, uważałam, że nawet minimalna ilość elektronicznych brzmień dyskwalifikuje wykonawcę jako "techniawę". Jakiś czas później, przechodząc płynnie od smętów typu Deine Lakaien do innych wykonawców mniej lub bardziej gotyckich, w końcu doceniłam elektronikę. Poza tym z czysto estetycznego punktu widzenia kocham koncepcję człowieka-maszyny, piksele, statki kosmiczne i roboty. Szczególnie w stylistyce retro.
O koncercie Kraftwerk dowiedziałam się tydzień wcześniej, a że akurat jechałam na ten weekend do Poznania, uznałam to za przeznaczenie. Teoretycznie trochę dziwnie wydać dwieście złotych i przez dwie godziny patrzeć, jak czterech dziadów stoi jak koły przy syntezatorach. W praktyce jest to bardziej efektowny show niż jakikolwiek koncert rockowy.
Początki Kraftwerka są... dziwne. Flety, smęty, piętnastominutowe hymny na cześć ananasa z tesktem składającym się ze słowa "ananas", a do tego stylistyczna antycypacja Skrilleksa.
Beka.
Z biegiem czasu skład się pozmieniał, odszedł flet i dziwne smęty, aż w końcu Kraftwerk doszedł do powszechnie znanego etapu czterech dziadów przy syntezatorach. Wśród klasycznych hitów kwadratowej muzyki mamy również kilkunastominutowe hymny na cześć autostrad/witamin/pierwiastków radioaktywnych z tekstami prostymi jak konstrukcja futerału na cep.
I to jest magia. To jest oddany muzyką pejzaż, przestrzeń, światło, ruch, architektura, rosnące miasta i pędzące pociągi. Szczególnie słuchając albumu "Trans-Europa Express" mam niemal halucynacje. To jest tak czyste, proste i płynne, że każdy dźwięk gitary brzmi przy tym jak wyrzygany przez naćpanego Kurta Cobaina na zasyfioną podłogę w pubie.
Nie twierdzę oczywiście, że jest to jedyna słuszna muzyka, próbuję tylko oddać wrażenie, jakie wywiera przy bliższym wsłuchaniu.
Ralf Hütter z Kraftwerk w wywiadzie dla "Polityki" powiedział, że dopiero teraz mogą wykonywać swoją muzykę jak należy - że dopiero teraz dysponują odpowiednimi możliwościami technicznymi. Poza tym byli wizjonerami niczym Stanisław Lem, jako że w 1981, kiedy wyszedł album "Computerworld", nikomu nie śniły się randki przez internet ani powszechna inwigilacja.
Obecnie muzycy występują na scenie osobiście, nie ma więc ryzyka, że płacąc za bilet, przyjdzie nam oglądać roboty. Koncert był zorganizowany z imponującym rozmachem - mimo, iż odbywał się na wolnym powietrzu, nagłośnieniu nie można nic zarzucić. Po założeniu wręczanych na wejściu okularków 3D wszyscy westchnęli z zachwytu. Niby każdy wieśniak łącznie ze mną był z wycieczką szkolną w kinie 3D, ale tam nie oglądaliśmy cyferek i napisów. Muzycy wystąpili w charakterystycznych czarnych kombinezonach w paski - teoretycznie mają już swoje lata, w praktyce zajechany Ozzy czy inna legenda brudu mogłaby im pozazdrościć. Rowery zamaist dragów, ot co.
W sumie marzę o tym, aby Kraftwerk był wieczny. Aby w miarę utraty sił wymieniali się pomalutku na młodszych i działali np. przez sto lat. To by był ewenement, coś, na co jeszcze nikt nie wpadł.
Koncert zaczął się oczywiście od vocoderowego "ladies... and... gentlemen... tonight..." Następnie "The Robots" - i postacie robotów niemal wchodzące w publiczność, ramiona robotów przelatujące nad nami... Warto zobaczyć to na żywo. Wbrew pozorom "The Model" nie wywarło na mnie tak wielkiego wrażenia, jak się spodziewałam, być może dlatego, że mam ogromny sentyment do wersji niemieckojęzycznej. Ale "Man Machine", "Computer World", "Radioactivity", no bajka...
"Autobahn" jest o tyle ciekawy, że jest to mega monotonny utwór, który wciąga jak bagno. Za wizualizację posłużyła łąka z Windowsa przecięta niemiecką autostradą, po której jeździły same Volkswageny. Publiczność została zahipnotyzowana i wszyscy byli przekonani, że jadą samochodem, podśpiewując przez dwadzieścia minut non-stop "fahr fahr fahr auf dem Autobahn". Kiedy w końcu to się skończyło i ludzie otrząsnęli się z szoku, wskoczył nagle jakiś delikatnie ostrzejszy dalszy ciąg i podziwialiśmy wyprzedzanie Volkswagena Volkswagenem.
Oczywiście nie był to koniec, ponieważ przyszło mi się przejechać jeszcze pociągiem ("Trans Europe Express") i rowerem ("Tour de France").
Wizualizacje rzecz jasna nie zaskakują, nie zmieniają się bowiem w zależności od koncertu, niemniej jednak na żywo robią wrażenie. Hiciorem był oczywiście "Pocket calculator" z tekstem po polsku. Dla niezorientowanych brzmi on następująco:
Jestem operator i mam mini kalkulator,
ja dodaję, odejmuję, kontroluję,
mały przycisk naciskamy i melodię wygrywamy.
Prawda, że urocze? :)
Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi - oni mają osobowość sceniczną. Widać zaangażowanie, słychać drobne odchyły w porównaniu z wersją "płytową" (kto powiedział, że syntezator brzmi zawsze tak samo?), nie wspominając o wokalu, który siłą rzeczy zmienił się z biegiem lat - ale zyskał na charakterze. Miejska legenda głosi, że za ruszanie się na scenie można było wylecieć z zespołu, ale nie da się ukryć, że muzycy wystukują sobie rytm nóżkami, komunikują się gestami i uśmiechami, a schodząc ze sceny kłaniają się niczym dyrygent w filharmonii. A Hütter wydaje się strasznie sympatycznym facetem, mimo że od czterdziestu lat ma ten sam przedziałek :) Czyli roboty są de facto ludźmi.
Na koniec kilka luźnych uwag.
Nigdy w życiu nie widziałam tak kulturalnej imprezy masowej. Zero najebanych ludzi, zero syfu, czyste toi toie. Albo kwestia ceny biletów i średniej wieku (40-50 lat), albo przyszły same roboty.
Niwea jako support wypadła niestety bardzo blado. Cenię twórczość Bąkowskiego i chętnie posłuchałabym go w jakimś klubie, ale przed Kraftwerkiem niestety nie miał szans. Napiszę chyba do CSW, żeby go zaprosili, bo wszyscy mówili, że łe, że Niwea, a oni właśnie są świetni.
Piękne zagospodarowanie terenów nadrzecznych w Poznaniu, zanim władze Torunia zdecydują się stawiać przez kolejnych dziesięć lat kolejny drogi hotel, powinny puknąć się w łeb i zerknąć na takie Kontenery, Starą Gazownię itp.
Wracając z koncertu, pogadałam sobie z gościem, który słuchał go zza płotu. Opowiadał, że nie ma kasy, ale kocha koncerty i jeździ na wszystkie darmowe festiwale albo słucha zza płotu. I że gdzieś tam w Polsce odbywa się Festiwal Muzyki Nietolerancyjnej, gdzie grają głównie zespoły nazi techno :D I że można się wkręcić, bo szukają osób, które będą stać topless na scenie i dają 200 zł za godzinę. Szczegółów nie pamiętam, bo wylewałam krew i pot z butów (ulubione koturny, teoretycznie wygodne), koleś pewnie ściemniał, ale rozbawiło mnie to. Od razu przypomniała mi się scena z Salon Kitty.
P.S. Teraz tak sobie pomyślałam, że pracuję na Starówce w jednym z najbardziej popularnych miast turystycznych w kraju, a co za tym idzie widuję starych Niemców w ilościach hurtowych.
Ale nie takich starych Niemców :)
Jakoś tak we wczesnej podstawówce stwierdziłam, że jestem robotem. Ta faza trwała dobrych parę lat, więc coś niewątpliwie musi być na rzeczy. W gimbazie natomiast, jako zadeklarowana fanka darcia mordy dla brudasów, uważałam, że nawet minimalna ilość elektronicznych brzmień dyskwalifikuje wykonawcę jako "techniawę". Jakiś czas później, przechodząc płynnie od smętów typu Deine Lakaien do innych wykonawców mniej lub bardziej gotyckich, w końcu doceniłam elektronikę. Poza tym z czysto estetycznego punktu widzenia kocham koncepcję człowieka-maszyny, piksele, statki kosmiczne i roboty. Szczególnie w stylistyce retro.
O koncercie Kraftwerk dowiedziałam się tydzień wcześniej, a że akurat jechałam na ten weekend do Poznania, uznałam to za przeznaczenie. Teoretycznie trochę dziwnie wydać dwieście złotych i przez dwie godziny patrzeć, jak czterech dziadów stoi jak koły przy syntezatorach. W praktyce jest to bardziej efektowny show niż jakikolwiek koncert rockowy.
Początki Kraftwerka są... dziwne. Flety, smęty, piętnastominutowe hymny na cześć ananasa z tesktem składającym się ze słowa "ananas", a do tego stylistyczna antycypacja Skrilleksa.
Beka.
Z biegiem czasu skład się pozmieniał, odszedł flet i dziwne smęty, aż w końcu Kraftwerk doszedł do powszechnie znanego etapu czterech dziadów przy syntezatorach. Wśród klasycznych hitów kwadratowej muzyki mamy również kilkunastominutowe hymny na cześć autostrad/witamin/pierwiastków radioaktywnych z tekstami prostymi jak konstrukcja futerału na cep.
I to jest magia. To jest oddany muzyką pejzaż, przestrzeń, światło, ruch, architektura, rosnące miasta i pędzące pociągi. Szczególnie słuchając albumu "Trans-Europa Express" mam niemal halucynacje. To jest tak czyste, proste i płynne, że każdy dźwięk gitary brzmi przy tym jak wyrzygany przez naćpanego Kurta Cobaina na zasyfioną podłogę w pubie.
Nie twierdzę oczywiście, że jest to jedyna słuszna muzyka, próbuję tylko oddać wrażenie, jakie wywiera przy bliższym wsłuchaniu.
Ralf Hütter z Kraftwerk w wywiadzie dla "Polityki" powiedział, że dopiero teraz mogą wykonywać swoją muzykę jak należy - że dopiero teraz dysponują odpowiednimi możliwościami technicznymi. Poza tym byli wizjonerami niczym Stanisław Lem, jako że w 1981, kiedy wyszedł album "Computerworld", nikomu nie śniły się randki przez internet ani powszechna inwigilacja.
Obecnie muzycy występują na scenie osobiście, nie ma więc ryzyka, że płacąc za bilet, przyjdzie nam oglądać roboty. Koncert był zorganizowany z imponującym rozmachem - mimo, iż odbywał się na wolnym powietrzu, nagłośnieniu nie można nic zarzucić. Po założeniu wręczanych na wejściu okularków 3D wszyscy westchnęli z zachwytu. Niby każdy wieśniak łącznie ze mną był z wycieczką szkolną w kinie 3D, ale tam nie oglądaliśmy cyferek i napisów. Muzycy wystąpili w charakterystycznych czarnych kombinezonach w paski - teoretycznie mają już swoje lata, w praktyce zajechany Ozzy czy inna legenda brudu mogłaby im pozazdrościć. Rowery zamaist dragów, ot co.
W sumie marzę o tym, aby Kraftwerk był wieczny. Aby w miarę utraty sił wymieniali się pomalutku na młodszych i działali np. przez sto lat. To by był ewenement, coś, na co jeszcze nikt nie wpadł.
Koncert zaczął się oczywiście od vocoderowego "ladies... and... gentlemen... tonight..." Następnie "The Robots" - i postacie robotów niemal wchodzące w publiczność, ramiona robotów przelatujące nad nami... Warto zobaczyć to na żywo. Wbrew pozorom "The Model" nie wywarło na mnie tak wielkiego wrażenia, jak się spodziewałam, być może dlatego, że mam ogromny sentyment do wersji niemieckojęzycznej. Ale "Man Machine", "Computer World", "Radioactivity", no bajka...
"Autobahn" jest o tyle ciekawy, że jest to mega monotonny utwór, który wciąga jak bagno. Za wizualizację posłużyła łąka z Windowsa przecięta niemiecką autostradą, po której jeździły same Volkswageny. Publiczność została zahipnotyzowana i wszyscy byli przekonani, że jadą samochodem, podśpiewując przez dwadzieścia minut non-stop "fahr fahr fahr auf dem Autobahn". Kiedy w końcu to się skończyło i ludzie otrząsnęli się z szoku, wskoczył nagle jakiś delikatnie ostrzejszy dalszy ciąg i podziwialiśmy wyprzedzanie Volkswagena Volkswagenem.
Oczywiście nie był to koniec, ponieważ przyszło mi się przejechać jeszcze pociągiem ("Trans Europe Express") i rowerem ("Tour de France").
Wizualizacje rzecz jasna nie zaskakują, nie zmieniają się bowiem w zależności od koncertu, niemniej jednak na żywo robią wrażenie. Hiciorem był oczywiście "Pocket calculator" z tekstem po polsku. Dla niezorientowanych brzmi on następująco:
Jestem operator i mam mini kalkulator,
ja dodaję, odejmuję, kontroluję,
mały przycisk naciskamy i melodię wygrywamy.
Prawda, że urocze? :)
Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi - oni mają osobowość sceniczną. Widać zaangażowanie, słychać drobne odchyły w porównaniu z wersją "płytową" (kto powiedział, że syntezator brzmi zawsze tak samo?), nie wspominając o wokalu, który siłą rzeczy zmienił się z biegiem lat - ale zyskał na charakterze. Miejska legenda głosi, że za ruszanie się na scenie można było wylecieć z zespołu, ale nie da się ukryć, że muzycy wystukują sobie rytm nóżkami, komunikują się gestami i uśmiechami, a schodząc ze sceny kłaniają się niczym dyrygent w filharmonii. A Hütter wydaje się strasznie sympatycznym facetem, mimo że od czterdziestu lat ma ten sam przedziałek :) Czyli roboty są de facto ludźmi.
Na koniec kilka luźnych uwag.
Nigdy w życiu nie widziałam tak kulturalnej imprezy masowej. Zero najebanych ludzi, zero syfu, czyste toi toie. Albo kwestia ceny biletów i średniej wieku (40-50 lat), albo przyszły same roboty.
Niwea jako support wypadła niestety bardzo blado. Cenię twórczość Bąkowskiego i chętnie posłuchałabym go w jakimś klubie, ale przed Kraftwerkiem niestety nie miał szans. Napiszę chyba do CSW, żeby go zaprosili, bo wszyscy mówili, że łe, że Niwea, a oni właśnie są świetni.
Piękne zagospodarowanie terenów nadrzecznych w Poznaniu, zanim władze Torunia zdecydują się stawiać przez kolejnych dziesięć lat kolejny drogi hotel, powinny puknąć się w łeb i zerknąć na takie Kontenery, Starą Gazownię itp.
Wracając z koncertu, pogadałam sobie z gościem, który słuchał go zza płotu. Opowiadał, że nie ma kasy, ale kocha koncerty i jeździ na wszystkie darmowe festiwale albo słucha zza płotu. I że gdzieś tam w Polsce odbywa się Festiwal Muzyki Nietolerancyjnej, gdzie grają głównie zespoły nazi techno :D I że można się wkręcić, bo szukają osób, które będą stać topless na scenie i dają 200 zł za godzinę. Szczegółów nie pamiętam, bo wylewałam krew i pot z butów (ulubione koturny, teoretycznie wygodne), koleś pewnie ściemniał, ale rozbawiło mnie to. Od razu przypomniała mi się scena z Salon Kitty.
P.S. Teraz tak sobie pomyślałam, że pracuję na Starówce w jednym z najbardziej popularnych miast turystycznych w kraju, a co za tym idzie widuję starych Niemców w ilościach hurtowych.
Ale nie takich starych Niemców :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)







