Tak jak nie było co robić, tak przyszedł październik, a wraz z nim nowe sezony seriali (w tej chwili oprócz Doktora - American Horror Story i The Knick), studenciaki i dobre imprezy na mieście. W listopadzie spodziewamy się m.in. imprezy depeszowej (dawno nie było), natomiast jeśli chodzi o październik, było tak...
1. Koncert GusGus - hala Międzynarodowych Targów Poznańskich
Mieszkając na Islandii można pracować w przetwórstwie rybnym albo być muzykiem. Stężenie dobrej muzy na kilometr kwadratowy jest nieproporcjonalne do liczby ludności, a oprócz Sigur Ros i Bjork na tym kamienisto-rybno-wulkanicznym gruncie wykluł się również GusGus. Wg wikipedii jest to muzyka elektroniczna z elementami trip-hopu, house, techno i jazzu. Jeśli o mnie chodzi, to nic mi nie robi dobrze tak bardzo jak połączenie dobrego pierdolnięcia z emocjonalnym wokalem oraz opcjonalnie seksownym skandynawskim wokalistą z dziwną mordą (mój ulubiony typ, jak Eskil z Covenanta i Daniel z GusGus, w Polsce nie ma takich facetów). Obecny skład zespołu to Daniel, drugi wokalista-wyking oraz didżej w szpilkach i makijażu, który robi jakieś 80% show, ale i tak wszyscy się jarają wokalistami, bo za konsoletą nie da się tak zajebiście ruszać itd. Życie. Z powodów logistycznych (bifor) nie załapałam się na support, na palarni zastałam gęstą mgławicę bakłażana niczym na Pendulum w Bydgoszczy i zaraz potem zaczął się show. Kilkunastominutowe, didżejskie wersje utworów, światła, lasery. Jak na bis zagrali "Add this song", to było takie pierdolnięcie, że dach się zawalił i tuzin osób nie żyje.
2. Electro Moustache - Dwa Światy (Toruń)
Dymy i lasery. Dużo dymu i laserów. Darmowe wąsy dla każdego i kiczowata muza, italo-disco-horror-electro-synth-space-chicago-house. Impreza cykliczna ostatnio reaktywowana, kiedyś było w Bunkrze, ale Bunkier się spalił, co nadal uważam za moją prywatną tragedię, i aktualnie jest organizowane w piwnicy Dwóch Światów - jednego z ciekawszych klubów w mieście. Wejście jedynie za piątkę, dobre pierdolnięcie w retro klimacie i wizualizacje z dużym udziałem He-Mana. Aha, proszę nie tańczyć na tym podwyższeniu dla didżeja, bo was wyjebią, na przyszłość będę wiedziała.
3. Die Antwoord Night - NRD (Toruń)
Coś, czego nikomu nie trzeba szczególnie polecać. Kolejny z moich ulubionych klubów i impreza w klimacie zef-rapu. Byłam na koncercie Die Antwoord przy okazji Euro 2012, ale co to za koncert na środku rynku, godzina i nara. Tym razem pełny wygryw, darmowe wejściówki i cały wieczór wg schematu - godzina tańczenia - browar na ogródku - powrót na parkiet.
4. Halloween w Hadesie (Toruń)
Hades to bardzo bezpretensjonalna, sympatyczna miejscówka, trochę kucowo-studencka, ale przynajmniej nie przyklejasz się do podłogi i nikt się nie bzyka po kiblach jak w Kotle (chyba). Tanie szociki, tani browar w przyzwoitym wyborze (jest porter, specjal z rokitnikiem, żywiec biały), muza totalnie jak w liceum, czasami trafi się Kazik, ale chyba rzadziej niż kiedyś, tak to Marilyn Manson, Limp Bizkit i dużo innego dobra. Tak po północy zaludnia się parkiet. Tym razem impreza była przebierana i przez cały wieczór mieliśmy wkręt, że jesteśmy w jakimś amerykańskim filmie - no bo normalnie w Polsce nie ma takich imprez. Chciałabym się przebrać, a tu chuj, mogę zrobić domówkę jedynie. Ogólnie przy użyciu żelatyny, chusteczek, barwników spożywczych i standardowych kosmetyków można stworzyć cuda na ryju, było dużo zombie, wampirów, poza tym lalka z Piły, Joker, uroczy koleś przebrany za irlandzkiego skrzata, a nawet jedna gnijąca panna młoda oprócz mnie, ale i tak nie miała niebieskich włosów :P
Taka mała dygresja - koleżanka pracowała w jednym z modniejszych klubów studenckich z selekcją, gdzie nie wejdziesz w bluzie z kapturem (ostatnio mnie nie wpuścili, w sumie nie wiem czemu i mam ich w dupie), parkiet roi się od odpicowanych bananowych lasek i chłopaczków w koszulkach polo i butach od komunii, na bramce stoją tęgie kafary, a regularnie ktoś dostaje wpierdol, kiedyś nawet ktoś wbił dziewczynie nóż w plecy. I chuj, tak jak odwiedzam bardziej alternatywne miejscówki, gdzie co najwyżej sprawdzają dowód, a na imprezie wszyscy są naćpani łącznie z didżejem, tak nigdy nie widziałam potencjalnie groźnej sytuacji, mało tego - nie ma jakichś dużych problemów z zarywającymi namolami. Z innych niusów to zamknęli pedałownię na Szerokiej koło Empiku, podobno było słabo, ale i tak szkoda, że się nie wybrałam. Natura nie znosi próżni, więc można mieć nadzieję, że wkrótce powstanie jakiś lepszy klub gejowski z czymś ciekawszym niż karaoke.
A w piątek widziałam coś dziwnego, koło 19 niebo zrobiło się nagle niebieskie jak w dzień i przez pół nieba przeleciał mega jasny meteor. Tyle wygrać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacja. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 2 listopada 2015
sobota, 8 sierpnia 2015
Weekend game i dwie buły na dziesięć godzin - relacja z koncertu HIM
Trzynaście lat to taki wiek, kiedy dziewczyna marzy o wielkiej miłości, chłopak natomiast preferuje grę w gałę i wali sobie nawet do stron z bielizną w katalogu Neckermanna. Na odsiecz rusza wówczas popkultura, która karmi wyobraźnię fantazjami o tragicznych romansach i przygotowuje nas na miłość, która przetrwa wszystko porażki i złamane serce. Kiedy miałam trzynaście lat, wyszedł album HIMa Love Metal - w tamtych czasach VIVA i MTV puszczały jeszcze muzykę różnych nurtów, ściągnięcie pliku mp3 trwało jakieś dwa dni, za to na miejskim targowisku można było nabyć w przystępnej cenie płyty i koszulki od dziwnych ludzi, którzy nigdy nie słyszeli o prawach autorskich. I tak wraz z kawałkiem Funeral of Hearts (chyba, nie jestem pewna) zaczęła się moja miłość do rocka - dopiero po jakichś dziesięciu latach definitywnie miejsce gitar zajęły w moim sercu syntezatory. Niemniej jednak pozostało tam również miejsce dla Villego Valo i reszty ekipy Finów.
W gruncie rzeczy tekst utworu jest totalnie przegięty i nie ma wiele sensu, szczególnie mam problem z fragmentem "the heretic seal beyond divine" (ktoś po anglistyce?). Ogólnie cała stylistyka, teksty i wizerunek zespołu jest niepowtarzalna, szczególnie jeśli chodzi o starsze utwory łączące mroczny romantyzm i elementy okultystyczne w celu wywołania taniej kontrowersji. Konsekwentnie trzymając się rock'n'rollowo-nekrofilskich klimatów HIM utrzymał się na scenie i nie pozostał gwiazdą jednego przeboju. Mimo gotyckiej stylistyki prywatnie muzycy wydają się zajebiście wesołymi ludźmi.


Coverowali m.in. Backstreet Boys i Turbonegro (!), w międzyczasie realizując projekty poboczne tworzone dla zwały:

Wieczór przed koncertem spędzony w towarzystwie melona, wina i lodów o smakubarszczu Sosnowskiego wasabi (przepyszne). Następnego dnia z rana wyruszyłyśmy polskim busem do Gdańska i bez problemu dotarłyśmy do hostelu - mimo bliskości centrum miasta okolica prezentowała się jak poniżej (przepiękne pejzaże):


W samym hostelu bardzo sympatyczna atmosfera, ładnie urządzone pokoje z balkonem i wspaniały widok z okna na zdjęciu poniżej (jeszcze nigdy nie widziałam wózków widłowych Toyoty).

Po dotarciu na miasto obkurwiłyśmy pyszny obiad w Biowayu (kofta serowa, lazania ze szpinakiem, zapiekanka francuska z warzywami plus woda imbirowa - polecam), odwiedziłyśmy Jarmark Dominikański, na którym nie było nic związanego z HIMem ani Doktorem, Stare Miasto, po czym udałyśmy się na teren stoczni...

Powyżej nadajnik, przy pomocy którego świadomość Nestene kontroluje Autonów, niestety nie mogłam się tym zająć, ponieważ nie chciałam przegapić koncertu. Po wykonaniu tego zdjęcia padła mi bateria w aparacie.
Tereny stoczni łącznie z samym klubem B90 urządzone są fantastycznie i aż żal dupę ściska, że nikt nie miał pomysłu ani dobrej woli na zagospodarowanie Tormięsu czy Merinoteksu w Toruniu. Ponieważ parę lat temu sprzedałam gotyckie szmaty, które zamieniłam na panterkę i koszulki oversize z dziwnymi nadrukami, ubrałam się w krótkie spodenki z cekinów i koszulkę Jagermeistera, jednak w obfitej kolejce ustawionej pod klubem niewiele było gotek, dominowały piwa z sokiem ubrane w czarne koszulki, dżinsy i trampki, a w skrajnych przypadkach w sukienki w kwiatki. Wiele z nich tachało ze sobą średnio zainteresowanych misiów, którzy potem zajmowali miejsce pod sceną i zasłaniali widok, mając totalnie wyjebane na koncert.
Patrząc, jak jakieś głupie pizdy przepychają się pod wejściem do klubu godzinę przed otwarciem (JA TU STOJĘ OD PIĄTEJ RANO - w przyszłości te laski zostaną babciami autobusowymi), odechciało nam się walczyć o miejscówkę i poszłyśmy po piwo. W trakcie konsumpcji w pobliżu pojawił się pan ochroniarz, kafar rozmiarów szafy gdańskiej, którego mina wyrażała skrajną desperację, w ręku natomiast dzierżył uroczą siateczkę - niebieską w białe groszki. Prowadził przez telefon monolog, który brzmiał mniej więcej:
- Ja się zajebię, ja tu zdechnę kurwa, tylko dwie bułki na dziesięć godzin! Jeszcze ten nierób siedzi w domu dwa tygodnie i nawet jedzenia nie zrobi! Dwie bułki, co to kurwa jest, ja umrę stary...
Bardzo współczułyśmy panu ochroniarzowi, gdyby nie koncert to zrobiłybyśmy mu buły i przyniosły, no ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Zastanawiamy się mimo to, czy przeżył te dziesięć godzin, czy nie zasłabł w międzyczasie i takie tam. O godzinie 18 bramy klubu zostały otwarte i dziki tłum naparł na wejście - osoby stojące od piątej rano zaczęły się tłoczyć pod sceną i tłoczyły się tak przez kolejne półtorej godziny, ponieważ tradycyjnie rozpoczęto z lekką obsuwą, a każdy dźwiękowiec wychodzący w celu podłączenia kabli witany był zbiorowym piskiem, a następnie jękiem rozczarowania.
W końcu jednak na scenę wkroczył Ville, jak zwykle noszący czapkę pomimo naprawdę kurewskiego upału, w mocno wyciętej koszulce i z różańcem na szyi, a wraz z nim nowy perkusista (też gruby), Lily Lazer ze swoimi wspaniałymi dredami i miną, jakby dochodził przy każdym riffie, enigmatyczny klawiszowiec Zoltan Pluto, popalający fajki podczas grania (niedoceniana postać - klawisze dodają tajemniczy klimat do muzyki HIMa) oraz Mige, który zawsze był dziwny, ale teraz już popłynął ostro. Na głowie miał zwiniętą arafatkę, która wyglądała jak korona cierniowa, sam zaś przedstawiał widok czegoś, co mogłoby wyjść z ciemnego lasu w pobliżu akademików politechniki, zajmując przy tym połowę sceny. Ville zawsze wyglądał fajnie, teraz zaś nieco przypakował, wyhodował lekki zarost i ogólnie się wyrobił. Chciałabym być ręczniczkiem, którym wycierał się przez cały koncert.

Zdjęcie robione bakłażanem, ale przynajmniej mam dowód, że oni istnieją xD
Mimo że darowałyśmy sobie walkę o miejsca z ekipą lasek stojących pod klubem od piątej rano, miałyśmy bardzo dobry widok na scenę. Koncert zaczął się od Buried Alive by Love - "to cry is to know that you're alive, but my river of tears has been dried"... Power jak chuj, ogólnie to jak nie śpiewają pierdół o aniołach płaczących krwią na cmentarzu poronionych płodów, to teksty miewają naprawdę życiowe i poruszające. Potem czysty orgazm ze skakaniem, śpiewaniem wszystkich kawałków (znam teksty tak mniej więcej do 2007): Pretending (power), Your sweet six six six (jeden z moich ulubionych klasyków z tekstem głupim jak stado gwoździ, mózg cofnięty w rozwoju o dziesięć lat), Join me in death (hicior, płacz, wzruszenie). Osobiście byłam zadowolona, że nie była to trasa promująca nową płytę - odnoszę wrażenie, że ostatnie albumy robione są trochę na jedno kopyto, w bezpiecznej sprawdzonej stylistyce z lekkimi odchyłami w stronę doom metalu, z odejściem od popowego kiczu.
Nie zabrakło również Heartache every moment (jeden z moich ulubionych kawałków, aczkolwiek ciężko mi się zdecydować na mój number one - pewnie byłby to któryś pochodzący z demówek czy bonusów), Rip out the wings of the butterfly, She'll be right here in my arms, Poison girl (mała zmiana w tekście - zamiast poison on her lips było poison on her hips), In joy and sorrow - ogólnie bardzo dobra proporcja między starymi hitami wywołującymi lanie po nogach i kawałkami z nowych płyt oraz między tymi ostrzejszymi a balladami. Było oczywiście również Gone with the sin - najbardziej nekrofilski i psychodeliczny kawałek, będący dla mnie od zawsze kwintesencją romantycznej gotyckiej ballady. Proszę zwrócić uwagę na barszcz Sosnowskiego w teledysku.
W pewnym momencie, jako że było strasznie hot zarówno dosłownie jak i w przenośni, mózg chyba wypłynął mi gdzieś dołem i popłynął po nogach. Z pewną taką nieśmiałością wpisuję koncert HIMa na listę rzeczy lepszych niż seks. Ogólnie można nieco przypierdolić się do nagłośnienia czy rozmów na scenie między członkami zespołu, niemniej jednak dla mnie HIM nigdy nie był cukierkowym i mega profesjonalnym zespołem, lecz na zawsze zachowuje klimat garażowej kapeli - popowej, względnie łatwej w odbiorze, ale jednak rock'n'rollowej, gotyckiej, robiącej swoje bez gwiazdorzenia.
Z wielką niecierpliwością czekałyśmy na Weekend game, imprezowy kawałek, który zapewnił zespołowi popularność. Wypadł fantastycznie, energetycznie, romantycznie, poruszająco, chociaż na koniec Ville pokręcił bekę.
What weekend game to play to make me feel this way
What weekend thing to do to let me drink with you
Myślałam, że zagrają to na bis, ale padło na Rebel yell, co również było świetnych wyborem, ponieważ mimo braku oficjalnej wersji (same koncertówki) stało się już klasykiem. Ogólnie plan był taki, że rzucę stanik na scenę (specjalnie wzięłam taki, który już nie pasuje), ale nie udało się dopchać wystarczająco blisko. Niemniej jednak koncert uważam za bardzo udany i cieszę się, że spełniłam swoje marzenie z gimbazy. Dzięki takim eventom czuję, że żyję. Teraz napalam się na Gus Gus w październiku.
W gruncie rzeczy tekst utworu jest totalnie przegięty i nie ma wiele sensu, szczególnie mam problem z fragmentem "the heretic seal beyond divine" (ktoś po anglistyce?). Ogólnie cała stylistyka, teksty i wizerunek zespołu jest niepowtarzalna, szczególnie jeśli chodzi o starsze utwory łączące mroczny romantyzm i elementy okultystyczne w celu wywołania taniej kontrowersji. Konsekwentnie trzymając się rock'n'rollowo-nekrofilskich klimatów HIM utrzymał się na scenie i nie pozostał gwiazdą jednego przeboju. Mimo gotyckiej stylistyki prywatnie muzycy wydają się zajebiście wesołymi ludźmi.


Coverowali m.in. Backstreet Boys i Turbonegro (!), w międzyczasie realizując projekty poboczne tworzone dla zwały:
Wieczór przed koncertem spędzony w towarzystwie melona, wina i lodów o smaku
W samym hostelu bardzo sympatyczna atmosfera, ładnie urządzone pokoje z balkonem i wspaniały widok z okna na zdjęciu poniżej (jeszcze nigdy nie widziałam wózków widłowych Toyoty).
Po dotarciu na miasto obkurwiłyśmy pyszny obiad w Biowayu (kofta serowa, lazania ze szpinakiem, zapiekanka francuska z warzywami plus woda imbirowa - polecam), odwiedziłyśmy Jarmark Dominikański, na którym nie było nic związanego z HIMem ani Doktorem, Stare Miasto, po czym udałyśmy się na teren stoczni...
Powyżej nadajnik, przy pomocy którego świadomość Nestene kontroluje Autonów, niestety nie mogłam się tym zająć, ponieważ nie chciałam przegapić koncertu. Po wykonaniu tego zdjęcia padła mi bateria w aparacie.
Tereny stoczni łącznie z samym klubem B90 urządzone są fantastycznie i aż żal dupę ściska, że nikt nie miał pomysłu ani dobrej woli na zagospodarowanie Tormięsu czy Merinoteksu w Toruniu. Ponieważ parę lat temu sprzedałam gotyckie szmaty, które zamieniłam na panterkę i koszulki oversize z dziwnymi nadrukami, ubrałam się w krótkie spodenki z cekinów i koszulkę Jagermeistera, jednak w obfitej kolejce ustawionej pod klubem niewiele było gotek, dominowały piwa z sokiem ubrane w czarne koszulki, dżinsy i trampki, a w skrajnych przypadkach w sukienki w kwiatki. Wiele z nich tachało ze sobą średnio zainteresowanych misiów, którzy potem zajmowali miejsce pod sceną i zasłaniali widok, mając totalnie wyjebane na koncert.
Patrząc, jak jakieś głupie pizdy przepychają się pod wejściem do klubu godzinę przed otwarciem (JA TU STOJĘ OD PIĄTEJ RANO - w przyszłości te laski zostaną babciami autobusowymi), odechciało nam się walczyć o miejscówkę i poszłyśmy po piwo. W trakcie konsumpcji w pobliżu pojawił się pan ochroniarz, kafar rozmiarów szafy gdańskiej, którego mina wyrażała skrajną desperację, w ręku natomiast dzierżył uroczą siateczkę - niebieską w białe groszki. Prowadził przez telefon monolog, który brzmiał mniej więcej:
- Ja się zajebię, ja tu zdechnę kurwa, tylko dwie bułki na dziesięć godzin! Jeszcze ten nierób siedzi w domu dwa tygodnie i nawet jedzenia nie zrobi! Dwie bułki, co to kurwa jest, ja umrę stary...
Bardzo współczułyśmy panu ochroniarzowi, gdyby nie koncert to zrobiłybyśmy mu buły i przyniosły, no ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Zastanawiamy się mimo to, czy przeżył te dziesięć godzin, czy nie zasłabł w międzyczasie i takie tam. O godzinie 18 bramy klubu zostały otwarte i dziki tłum naparł na wejście - osoby stojące od piątej rano zaczęły się tłoczyć pod sceną i tłoczyły się tak przez kolejne półtorej godziny, ponieważ tradycyjnie rozpoczęto z lekką obsuwą, a każdy dźwiękowiec wychodzący w celu podłączenia kabli witany był zbiorowym piskiem, a następnie jękiem rozczarowania.
W końcu jednak na scenę wkroczył Ville, jak zwykle noszący czapkę pomimo naprawdę kurewskiego upału, w mocno wyciętej koszulce i z różańcem na szyi, a wraz z nim nowy perkusista (też gruby), Lily Lazer ze swoimi wspaniałymi dredami i miną, jakby dochodził przy każdym riffie, enigmatyczny klawiszowiec Zoltan Pluto, popalający fajki podczas grania (niedoceniana postać - klawisze dodają tajemniczy klimat do muzyki HIMa) oraz Mige, który zawsze był dziwny, ale teraz już popłynął ostro. Na głowie miał zwiniętą arafatkę, która wyglądała jak korona cierniowa, sam zaś przedstawiał widok czegoś, co mogłoby wyjść z ciemnego lasu w pobliżu akademików politechniki, zajmując przy tym połowę sceny. Ville zawsze wyglądał fajnie, teraz zaś nieco przypakował, wyhodował lekki zarost i ogólnie się wyrobił. Chciałabym być ręczniczkiem, którym wycierał się przez cały koncert.

Zdjęcie robione bakłażanem, ale przynajmniej mam dowód, że oni istnieją xD
Mimo że darowałyśmy sobie walkę o miejsca z ekipą lasek stojących pod klubem od piątej rano, miałyśmy bardzo dobry widok na scenę. Koncert zaczął się od Buried Alive by Love - "to cry is to know that you're alive, but my river of tears has been dried"... Power jak chuj, ogólnie to jak nie śpiewają pierdół o aniołach płaczących krwią na cmentarzu poronionych płodów, to teksty miewają naprawdę życiowe i poruszające. Potem czysty orgazm ze skakaniem, śpiewaniem wszystkich kawałków (znam teksty tak mniej więcej do 2007): Pretending (power), Your sweet six six six (jeden z moich ulubionych klasyków z tekstem głupim jak stado gwoździ, mózg cofnięty w rozwoju o dziesięć lat), Join me in death (hicior, płacz, wzruszenie). Osobiście byłam zadowolona, że nie była to trasa promująca nową płytę - odnoszę wrażenie, że ostatnie albumy robione są trochę na jedno kopyto, w bezpiecznej sprawdzonej stylistyce z lekkimi odchyłami w stronę doom metalu, z odejściem od popowego kiczu.
Nie zabrakło również Heartache every moment (jeden z moich ulubionych kawałków, aczkolwiek ciężko mi się zdecydować na mój number one - pewnie byłby to któryś pochodzący z demówek czy bonusów), Rip out the wings of the butterfly, She'll be right here in my arms, Poison girl (mała zmiana w tekście - zamiast poison on her lips było poison on her hips), In joy and sorrow - ogólnie bardzo dobra proporcja między starymi hitami wywołującymi lanie po nogach i kawałkami z nowych płyt oraz między tymi ostrzejszymi a balladami. Było oczywiście również Gone with the sin - najbardziej nekrofilski i psychodeliczny kawałek, będący dla mnie od zawsze kwintesencją romantycznej gotyckiej ballady. Proszę zwrócić uwagę na barszcz Sosnowskiego w teledysku.
W pewnym momencie, jako że było strasznie hot zarówno dosłownie jak i w przenośni, mózg chyba wypłynął mi gdzieś dołem i popłynął po nogach. Z pewną taką nieśmiałością wpisuję koncert HIMa na listę rzeczy lepszych niż seks. Ogólnie można nieco przypierdolić się do nagłośnienia czy rozmów na scenie między członkami zespołu, niemniej jednak dla mnie HIM nigdy nie był cukierkowym i mega profesjonalnym zespołem, lecz na zawsze zachowuje klimat garażowej kapeli - popowej, względnie łatwej w odbiorze, ale jednak rock'n'rollowej, gotyckiej, robiącej swoje bez gwiazdorzenia.
Z wielką niecierpliwością czekałyśmy na Weekend game, imprezowy kawałek, który zapewnił zespołowi popularność. Wypadł fantastycznie, energetycznie, romantycznie, poruszająco, chociaż na koniec Ville pokręcił bekę.
What weekend game to play to make me feel this way
What weekend thing to do to let me drink with you
Myślałam, że zagrają to na bis, ale padło na Rebel yell, co również było świetnych wyborem, ponieważ mimo braku oficjalnej wersji (same koncertówki) stało się już klasykiem. Ogólnie plan był taki, że rzucę stanik na scenę (specjalnie wzięłam taki, który już nie pasuje), ale nie udało się dopchać wystarczająco blisko. Niemniej jednak koncert uważam za bardzo udany i cieszę się, że spełniłam swoje marzenie z gimbazy. Dzięki takim eventom czuję, że żyję. Teraz napalam się na Gus Gus w październiku.
poniedziałek, 4 maja 2015
W poszukiwaniu elektro
W piątek całkiem przypadkowo trafiłam na darmową imprezę, na której leciało Die Antwoord, Super Girl & Romantic Boys, hip-hop, lata 90., ogólnie wszystko co najlepsze, a dodatkowo puszczali pornole. Ale od początku.
Na pierwszym i drugim roku co tydzień byłam w Bunkrze. Imprezy trzymały poziom, było tanio, mogłam znieść nawet obecność kuców na rockotekach, a co najważniejsze - w miarę regularnie pojawiały się melanże hardcorowe i dark electro, te ostatnie prowadzone przez didżeja zwanego Aryjskim. Wbijałam do baru, brałam wściekłego, później Aryjski puszczał "Military fashion show", szłam na parkiet i rozkręcałam melanż. Ogólnie nosiłam wtedy furażerkę, dredloki i takie tam, a Bunkier był jedynym miejscem, gdzie można było zobaczyć cybergotów w większej ilości. Grubiej być nie mogło.
Potem Bunkier się spalił i od tej pory nieustannie trwały poszukiwania elektro.
Nienawidzę klubów z selekcją - sama nie miałam nigdy problemu z wejściem, głównie dlatego, że jestem dziewczyną. Natomiast jak już weszłam, okazywało się, że klientelę stanowią same piwa z sokiem oraz pewien specyficzny typ chłopaczków, którzy z okazji sobotniej biby przywdziali białe polo i buty z czubkami kupione na maturę. I weź tu kurwa poznaj kogoś ciekawego. Chodziło się więc do Czeskiego Snu, gdzie czasem puścili GusGus, atmosfera była luźna, ale ostatnio przychodzą totalne małolaty. Chodziło się do Hadesu, gdzie też było fajnie, zapodali Die Antwoord i takie tam, ale z kolei zdarzało się, że był Kazik i kuce (czego nie da się za bardzo uniknąć przy takich promocjach na alko).
Ostatnio byłam totalnie rozjebana koncert SG&RB w NRD. NRD to taki miły alternatywny lokal, gdzie wszyscy są naćpani łącznie z didżejem. Mimo godzinnej obsuwy zespołu było zajebiście, więc w piątek również chciałam iść do NRD, a tu psikus, wstęp za 30 zł. Koniec Świata był blisko, no to wpadliśmy, a tam porno wojna - impreza pod hasłem "art sex disco", czyli wszystko, co w życiu najlepsze. Oprócz didżejki wymienionej na plakacie po didżejowej konsolety dorwała się również toruńska artystka Liliana Piskorska, która odpowiadała za wizualną oprawę eventu.

Kiedy weszłam na salę, trafiłam na dyskotekową planetę, zobaczyłam gejowskie soft porno i wiedziałam, że będzie jeszcze grubiej niż zapowiadał plakat. Parkiet zaludnił się szybko, a jeśli chodzi o muzę, to dawno nie słyszałam tak dobrego zestawu w klubie. Wszyscy śmiali się i dokazywali, zrywając boki ze śmiechu. Porno (heteryckie również żeby nie było) zmiksowane było z takimi klasykami lat 90. jak np. "Titanic", a niegrzeczna muza z totalnym kiczem. Hamulce moralne niektórym puściły, zwieracze również, wróciłam o czwartej z siniakiem na szczęce i w ogóle wtf. Bardzo miło, że po zamknięciu Draży są jeszcze miejsca w mieście, gdzie szerzy się lewactwo i cywilizacja śmierci.
P.S. A teraz dowiaduję się, że planowane są kolejne edycje, a organizatorzy zachęcają do nadsyłania swoich filmików, które posłużą za oprawę wizualną xD
Na pierwszym i drugim roku co tydzień byłam w Bunkrze. Imprezy trzymały poziom, było tanio, mogłam znieść nawet obecność kuców na rockotekach, a co najważniejsze - w miarę regularnie pojawiały się melanże hardcorowe i dark electro, te ostatnie prowadzone przez didżeja zwanego Aryjskim. Wbijałam do baru, brałam wściekłego, później Aryjski puszczał "Military fashion show", szłam na parkiet i rozkręcałam melanż. Ogólnie nosiłam wtedy furażerkę, dredloki i takie tam, a Bunkier był jedynym miejscem, gdzie można było zobaczyć cybergotów w większej ilości. Grubiej być nie mogło.
Potem Bunkier się spalił i od tej pory nieustannie trwały poszukiwania elektro.
Nienawidzę klubów z selekcją - sama nie miałam nigdy problemu z wejściem, głównie dlatego, że jestem dziewczyną. Natomiast jak już weszłam, okazywało się, że klientelę stanowią same piwa z sokiem oraz pewien specyficzny typ chłopaczków, którzy z okazji sobotniej biby przywdziali białe polo i buty z czubkami kupione na maturę. I weź tu kurwa poznaj kogoś ciekawego. Chodziło się więc do Czeskiego Snu, gdzie czasem puścili GusGus, atmosfera była luźna, ale ostatnio przychodzą totalne małolaty. Chodziło się do Hadesu, gdzie też było fajnie, zapodali Die Antwoord i takie tam, ale z kolei zdarzało się, że był Kazik i kuce (czego nie da się za bardzo uniknąć przy takich promocjach na alko).
Ostatnio byłam totalnie rozjebana koncert SG&RB w NRD. NRD to taki miły alternatywny lokal, gdzie wszyscy są naćpani łącznie z didżejem. Mimo godzinnej obsuwy zespołu było zajebiście, więc w piątek również chciałam iść do NRD, a tu psikus, wstęp za 30 zł. Koniec Świata był blisko, no to wpadliśmy, a tam porno wojna - impreza pod hasłem "art sex disco", czyli wszystko, co w życiu najlepsze. Oprócz didżejki wymienionej na plakacie po didżejowej konsolety dorwała się również toruńska artystka Liliana Piskorska, która odpowiadała za wizualną oprawę eventu.

Kiedy weszłam na salę, trafiłam na dyskotekową planetę, zobaczyłam gejowskie soft porno i wiedziałam, że będzie jeszcze grubiej niż zapowiadał plakat. Parkiet zaludnił się szybko, a jeśli chodzi o muzę, to dawno nie słyszałam tak dobrego zestawu w klubie. Wszyscy śmiali się i dokazywali, zrywając boki ze śmiechu. Porno (heteryckie również żeby nie było) zmiksowane było z takimi klasykami lat 90. jak np. "Titanic", a niegrzeczna muza z totalnym kiczem. Hamulce moralne niektórym puściły, zwieracze również, wróciłam o czwartej z siniakiem na szczęce i w ogóle wtf. Bardzo miło, że po zamknięciu Draży są jeszcze miejsca w mieście, gdzie szerzy się lewactwo i cywilizacja śmierci.
P.S. A teraz dowiaduję się, że planowane są kolejne edycje, a organizatorzy zachęcają do nadsyłania swoich filmików, które posłużą za oprawę wizualną xD
niedziela, 21 lipca 2013
Mały przycisk naciskamy i melodię wygrywamy
Kraftwerk? Coś kojarzę, oni wynaleźli techno. - komentarz znajomego.
Jakoś tak we wczesnej podstawówce stwierdziłam, że jestem robotem. Ta faza trwała dobrych parę lat, więc coś niewątpliwie musi być na rzeczy. W gimbazie natomiast, jako zadeklarowana fanka darcia mordy dla brudasów, uważałam, że nawet minimalna ilość elektronicznych brzmień dyskwalifikuje wykonawcę jako "techniawę". Jakiś czas później, przechodząc płynnie od smętów typu Deine Lakaien do innych wykonawców mniej lub bardziej gotyckich, w końcu doceniłam elektronikę. Poza tym z czysto estetycznego punktu widzenia kocham koncepcję człowieka-maszyny, piksele, statki kosmiczne i roboty. Szczególnie w stylistyce retro.
O koncercie Kraftwerk dowiedziałam się tydzień wcześniej, a że akurat jechałam na ten weekend do Poznania, uznałam to za przeznaczenie. Teoretycznie trochę dziwnie wydać dwieście złotych i przez dwie godziny patrzeć, jak czterech dziadów stoi jak koły przy syntezatorach. W praktyce jest to bardziej efektowny show niż jakikolwiek koncert rockowy.
Początki Kraftwerka są... dziwne. Flety, smęty, piętnastominutowe hymny na cześć ananasa z tesktem składającym się ze słowa "ananas", a do tego stylistyczna antycypacja Skrilleksa.
Beka.
Z biegiem czasu skład się pozmieniał, odszedł flet i dziwne smęty, aż w końcu Kraftwerk doszedł do powszechnie znanego etapu czterech dziadów przy syntezatorach. Wśród klasycznych hitów kwadratowej muzyki mamy również kilkunastominutowe hymny na cześć autostrad/witamin/pierwiastków radioaktywnych z tekstami prostymi jak konstrukcja futerału na cep.
I to jest magia. To jest oddany muzyką pejzaż, przestrzeń, światło, ruch, architektura, rosnące miasta i pędzące pociągi. Szczególnie słuchając albumu "Trans-Europa Express" mam niemal halucynacje. To jest tak czyste, proste i płynne, że każdy dźwięk gitary brzmi przy tym jak wyrzygany przez naćpanego Kurta Cobaina na zasyfioną podłogę w pubie.
Nie twierdzę oczywiście, że jest to jedyna słuszna muzyka, próbuję tylko oddać wrażenie, jakie wywiera przy bliższym wsłuchaniu.
Ralf Hütter z Kraftwerk w wywiadzie dla "Polityki" powiedział, że dopiero teraz mogą wykonywać swoją muzykę jak należy - że dopiero teraz dysponują odpowiednimi możliwościami technicznymi. Poza tym byli wizjonerami niczym Stanisław Lem, jako że w 1981, kiedy wyszedł album "Computerworld", nikomu nie śniły się randki przez internet ani powszechna inwigilacja.
Obecnie muzycy występują na scenie osobiście, nie ma więc ryzyka, że płacąc za bilet, przyjdzie nam oglądać roboty. Koncert był zorganizowany z imponującym rozmachem - mimo, iż odbywał się na wolnym powietrzu, nagłośnieniu nie można nic zarzucić. Po założeniu wręczanych na wejściu okularków 3D wszyscy westchnęli z zachwytu. Niby każdy wieśniak łącznie ze mną był z wycieczką szkolną w kinie 3D, ale tam nie oglądaliśmy cyferek i napisów. Muzycy wystąpili w charakterystycznych czarnych kombinezonach w paski - teoretycznie mają już swoje lata, w praktyce zajechany Ozzy czy inna legenda brudu mogłaby im pozazdrościć. Rowery zamaist dragów, ot co.
W sumie marzę o tym, aby Kraftwerk był wieczny. Aby w miarę utraty sił wymieniali się pomalutku na młodszych i działali np. przez sto lat. To by był ewenement, coś, na co jeszcze nikt nie wpadł.
Koncert zaczął się oczywiście od vocoderowego "ladies... and... gentlemen... tonight..." Następnie "The Robots" - i postacie robotów niemal wchodzące w publiczność, ramiona robotów przelatujące nad nami... Warto zobaczyć to na żywo. Wbrew pozorom "The Model" nie wywarło na mnie tak wielkiego wrażenia, jak się spodziewałam, być może dlatego, że mam ogromny sentyment do wersji niemieckojęzycznej. Ale "Man Machine", "Computer World", "Radioactivity", no bajka...
"Autobahn" jest o tyle ciekawy, że jest to mega monotonny utwór, który wciąga jak bagno. Za wizualizację posłużyła łąka z Windowsa przecięta niemiecką autostradą, po której jeździły same Volkswageny. Publiczność została zahipnotyzowana i wszyscy byli przekonani, że jadą samochodem, podśpiewując przez dwadzieścia minut non-stop "fahr fahr fahr auf dem Autobahn". Kiedy w końcu to się skończyło i ludzie otrząsnęli się z szoku, wskoczył nagle jakiś delikatnie ostrzejszy dalszy ciąg i podziwialiśmy wyprzedzanie Volkswagena Volkswagenem.
Oczywiście nie był to koniec, ponieważ przyszło mi się przejechać jeszcze pociągiem ("Trans Europe Express") i rowerem ("Tour de France").
Wizualizacje rzecz jasna nie zaskakują, nie zmieniają się bowiem w zależności od koncertu, niemniej jednak na żywo robią wrażenie. Hiciorem był oczywiście "Pocket calculator" z tekstem po polsku. Dla niezorientowanych brzmi on następująco:
Jestem operator i mam mini kalkulator,
ja dodaję, odejmuję, kontroluję,
mały przycisk naciskamy i melodię wygrywamy.
Prawda, że urocze? :)
Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi - oni mają osobowość sceniczną. Widać zaangażowanie, słychać drobne odchyły w porównaniu z wersją "płytową" (kto powiedział, że syntezator brzmi zawsze tak samo?), nie wspominając o wokalu, który siłą rzeczy zmienił się z biegiem lat - ale zyskał na charakterze. Miejska legenda głosi, że za ruszanie się na scenie można było wylecieć z zespołu, ale nie da się ukryć, że muzycy wystukują sobie rytm nóżkami, komunikują się gestami i uśmiechami, a schodząc ze sceny kłaniają się niczym dyrygent w filharmonii. A Hütter wydaje się strasznie sympatycznym facetem, mimo że od czterdziestu lat ma ten sam przedziałek :) Czyli roboty są de facto ludźmi.
Na koniec kilka luźnych uwag.
Nigdy w życiu nie widziałam tak kulturalnej imprezy masowej. Zero najebanych ludzi, zero syfu, czyste toi toie. Albo kwestia ceny biletów i średniej wieku (40-50 lat), albo przyszły same roboty.
Niwea jako support wypadła niestety bardzo blado. Cenię twórczość Bąkowskiego i chętnie posłuchałabym go w jakimś klubie, ale przed Kraftwerkiem niestety nie miał szans. Napiszę chyba do CSW, żeby go zaprosili, bo wszyscy mówili, że łe, że Niwea, a oni właśnie są świetni.
Piękne zagospodarowanie terenów nadrzecznych w Poznaniu, zanim władze Torunia zdecydują się stawiać przez kolejnych dziesięć lat kolejny drogi hotel, powinny puknąć się w łeb i zerknąć na takie Kontenery, Starą Gazownię itp.
Wracając z koncertu, pogadałam sobie z gościem, który słuchał go zza płotu. Opowiadał, że nie ma kasy, ale kocha koncerty i jeździ na wszystkie darmowe festiwale albo słucha zza płotu. I że gdzieś tam w Polsce odbywa się Festiwal Muzyki Nietolerancyjnej, gdzie grają głównie zespoły nazi techno :D I że można się wkręcić, bo szukają osób, które będą stać topless na scenie i dają 200 zł za godzinę. Szczegółów nie pamiętam, bo wylewałam krew i pot z butów (ulubione koturny, teoretycznie wygodne), koleś pewnie ściemniał, ale rozbawiło mnie to. Od razu przypomniała mi się scena z Salon Kitty.
P.S. Teraz tak sobie pomyślałam, że pracuję na Starówce w jednym z najbardziej popularnych miast turystycznych w kraju, a co za tym idzie widuję starych Niemców w ilościach hurtowych.
Ale nie takich starych Niemców :)
Jakoś tak we wczesnej podstawówce stwierdziłam, że jestem robotem. Ta faza trwała dobrych parę lat, więc coś niewątpliwie musi być na rzeczy. W gimbazie natomiast, jako zadeklarowana fanka darcia mordy dla brudasów, uważałam, że nawet minimalna ilość elektronicznych brzmień dyskwalifikuje wykonawcę jako "techniawę". Jakiś czas później, przechodząc płynnie od smętów typu Deine Lakaien do innych wykonawców mniej lub bardziej gotyckich, w końcu doceniłam elektronikę. Poza tym z czysto estetycznego punktu widzenia kocham koncepcję człowieka-maszyny, piksele, statki kosmiczne i roboty. Szczególnie w stylistyce retro.
O koncercie Kraftwerk dowiedziałam się tydzień wcześniej, a że akurat jechałam na ten weekend do Poznania, uznałam to za przeznaczenie. Teoretycznie trochę dziwnie wydać dwieście złotych i przez dwie godziny patrzeć, jak czterech dziadów stoi jak koły przy syntezatorach. W praktyce jest to bardziej efektowny show niż jakikolwiek koncert rockowy.
Początki Kraftwerka są... dziwne. Flety, smęty, piętnastominutowe hymny na cześć ananasa z tesktem składającym się ze słowa "ananas", a do tego stylistyczna antycypacja Skrilleksa.
Beka.
Z biegiem czasu skład się pozmieniał, odszedł flet i dziwne smęty, aż w końcu Kraftwerk doszedł do powszechnie znanego etapu czterech dziadów przy syntezatorach. Wśród klasycznych hitów kwadratowej muzyki mamy również kilkunastominutowe hymny na cześć autostrad/witamin/pierwiastków radioaktywnych z tekstami prostymi jak konstrukcja futerału na cep.
I to jest magia. To jest oddany muzyką pejzaż, przestrzeń, światło, ruch, architektura, rosnące miasta i pędzące pociągi. Szczególnie słuchając albumu "Trans-Europa Express" mam niemal halucynacje. To jest tak czyste, proste i płynne, że każdy dźwięk gitary brzmi przy tym jak wyrzygany przez naćpanego Kurta Cobaina na zasyfioną podłogę w pubie.
Nie twierdzę oczywiście, że jest to jedyna słuszna muzyka, próbuję tylko oddać wrażenie, jakie wywiera przy bliższym wsłuchaniu.
Ralf Hütter z Kraftwerk w wywiadzie dla "Polityki" powiedział, że dopiero teraz mogą wykonywać swoją muzykę jak należy - że dopiero teraz dysponują odpowiednimi możliwościami technicznymi. Poza tym byli wizjonerami niczym Stanisław Lem, jako że w 1981, kiedy wyszedł album "Computerworld", nikomu nie śniły się randki przez internet ani powszechna inwigilacja.
Obecnie muzycy występują na scenie osobiście, nie ma więc ryzyka, że płacąc za bilet, przyjdzie nam oglądać roboty. Koncert był zorganizowany z imponującym rozmachem - mimo, iż odbywał się na wolnym powietrzu, nagłośnieniu nie można nic zarzucić. Po założeniu wręczanych na wejściu okularków 3D wszyscy westchnęli z zachwytu. Niby każdy wieśniak łącznie ze mną był z wycieczką szkolną w kinie 3D, ale tam nie oglądaliśmy cyferek i napisów. Muzycy wystąpili w charakterystycznych czarnych kombinezonach w paski - teoretycznie mają już swoje lata, w praktyce zajechany Ozzy czy inna legenda brudu mogłaby im pozazdrościć. Rowery zamaist dragów, ot co.
W sumie marzę o tym, aby Kraftwerk był wieczny. Aby w miarę utraty sił wymieniali się pomalutku na młodszych i działali np. przez sto lat. To by był ewenement, coś, na co jeszcze nikt nie wpadł.
Koncert zaczął się oczywiście od vocoderowego "ladies... and... gentlemen... tonight..." Następnie "The Robots" - i postacie robotów niemal wchodzące w publiczność, ramiona robotów przelatujące nad nami... Warto zobaczyć to na żywo. Wbrew pozorom "The Model" nie wywarło na mnie tak wielkiego wrażenia, jak się spodziewałam, być może dlatego, że mam ogromny sentyment do wersji niemieckojęzycznej. Ale "Man Machine", "Computer World", "Radioactivity", no bajka...
"Autobahn" jest o tyle ciekawy, że jest to mega monotonny utwór, który wciąga jak bagno. Za wizualizację posłużyła łąka z Windowsa przecięta niemiecką autostradą, po której jeździły same Volkswageny. Publiczność została zahipnotyzowana i wszyscy byli przekonani, że jadą samochodem, podśpiewując przez dwadzieścia minut non-stop "fahr fahr fahr auf dem Autobahn". Kiedy w końcu to się skończyło i ludzie otrząsnęli się z szoku, wskoczył nagle jakiś delikatnie ostrzejszy dalszy ciąg i podziwialiśmy wyprzedzanie Volkswagena Volkswagenem.
Oczywiście nie był to koniec, ponieważ przyszło mi się przejechać jeszcze pociągiem ("Trans Europe Express") i rowerem ("Tour de France").
Wizualizacje rzecz jasna nie zaskakują, nie zmieniają się bowiem w zależności od koncertu, niemniej jednak na żywo robią wrażenie. Hiciorem był oczywiście "Pocket calculator" z tekstem po polsku. Dla niezorientowanych brzmi on następująco:
Jestem operator i mam mini kalkulator,
ja dodaję, odejmuję, kontroluję,
mały przycisk naciskamy i melodię wygrywamy.
Prawda, że urocze? :)
Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi - oni mają osobowość sceniczną. Widać zaangażowanie, słychać drobne odchyły w porównaniu z wersją "płytową" (kto powiedział, że syntezator brzmi zawsze tak samo?), nie wspominając o wokalu, który siłą rzeczy zmienił się z biegiem lat - ale zyskał na charakterze. Miejska legenda głosi, że za ruszanie się na scenie można było wylecieć z zespołu, ale nie da się ukryć, że muzycy wystukują sobie rytm nóżkami, komunikują się gestami i uśmiechami, a schodząc ze sceny kłaniają się niczym dyrygent w filharmonii. A Hütter wydaje się strasznie sympatycznym facetem, mimo że od czterdziestu lat ma ten sam przedziałek :) Czyli roboty są de facto ludźmi.
Na koniec kilka luźnych uwag.
Nigdy w życiu nie widziałam tak kulturalnej imprezy masowej. Zero najebanych ludzi, zero syfu, czyste toi toie. Albo kwestia ceny biletów i średniej wieku (40-50 lat), albo przyszły same roboty.
Niwea jako support wypadła niestety bardzo blado. Cenię twórczość Bąkowskiego i chętnie posłuchałabym go w jakimś klubie, ale przed Kraftwerkiem niestety nie miał szans. Napiszę chyba do CSW, żeby go zaprosili, bo wszyscy mówili, że łe, że Niwea, a oni właśnie są świetni.
Piękne zagospodarowanie terenów nadrzecznych w Poznaniu, zanim władze Torunia zdecydują się stawiać przez kolejnych dziesięć lat kolejny drogi hotel, powinny puknąć się w łeb i zerknąć na takie Kontenery, Starą Gazownię itp.
Wracając z koncertu, pogadałam sobie z gościem, który słuchał go zza płotu. Opowiadał, że nie ma kasy, ale kocha koncerty i jeździ na wszystkie darmowe festiwale albo słucha zza płotu. I że gdzieś tam w Polsce odbywa się Festiwal Muzyki Nietolerancyjnej, gdzie grają głównie zespoły nazi techno :D I że można się wkręcić, bo szukają osób, które będą stać topless na scenie i dają 200 zł za godzinę. Szczegółów nie pamiętam, bo wylewałam krew i pot z butów (ulubione koturny, teoretycznie wygodne), koleś pewnie ściemniał, ale rozbawiło mnie to. Od razu przypomniała mi się scena z Salon Kitty.
P.S. Teraz tak sobie pomyślałam, że pracuję na Starówce w jednym z najbardziej popularnych miast turystycznych w kraju, a co za tym idzie widuję starych Niemców w ilościach hurtowych.
Ale nie takich starych Niemców :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



