Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 czerwca 2015

Spiskowa teoria samorozwoju # 6 - jak dostać pracę po studiach humanistycznych

Tak się składa, że skończyłam jeden z kierunków studiów zwanych humanistycznymi, po których zgodnie z tym co piszą w internetach smaży się frytki w macu, ewentualnie siedzi na kasie w tesco. O poziom niżej od administracji/ekonomii/zarządzania jest kulturoznawstwo, historia sztuki i socjologia. I w ogóle OMG co za debile przecież trzeba było iść na inżynierkę i trzepać pięć tysi w pierwszej pracy zaraz po studiach, już w trakcie przecież firmy same się po ciebie zgłaszają, darwinizm społeczny, korwin itp. Szczególnie jeśli skończyło się inżynierię budowy klatek dla chomików na Wyższej Szkole Otwierania Parasola w Dupie, a w ramach zajęć praktycznych czyściło maszyny u szwagra we firmie.

Wszyscy absolwenci kierunków humanistycznych, o ile nie odnaleźli swojej niszy w trakcie studiów (trener crossfitu, rękodzieło, kierownik sklepu, whatever - naprawdę są różne przypadki), poszukują mitycznej pracy biurowej. Obojętnie jakiej - ważne, aby była biurowa. Szczytem marzeń jest etat w budżetówce, a ten jak wiadomo można dostać tylko po znajomości, jak pani Krysia pójdzie na emeryturę, za to potem można od razu zajść w ciążę i pójść na L4, a potem na macierzyński. Do tego czasu warto siedzieć przy pani Krysi na bezpłatnych praktykach. Znajomej skończyła się umowa na zastępstwo w jednej instytucji państwowej, poszła do kolejnej. Umowa-zlecenie, 1200 zł, potencjalna możliwość dojazdów godzinę w jedną stronę po przeniesieniu działu. Pytam się, czemu nie poszuka czegoś innego, skoro w głupim outsourcingu przy sprawdzaniu faktur można zarobić więcej, a praca również rozwojowa co wypełnianie non stop tych samych papierów po osiem godzin dziennie. Ale budżetówka przecież! Jeśli o mnie chodzi, to dość miałam do czynienia z betonem w firmach prywatnych, by chcieć się przekonać, jak to wygląda w instytucjach państwowych.

Czasami aż ciężko uwierzyć, jakie plany na przyszłość miewają ludzie. Hitem jest powszechne przekonanie, że ukończenie bezpieczeństwa wewnętrznego może zapewnić pracę w policji (teraz jakaś prywatna uczelnia w Toruniu otwiera kierunek kryminologia - już widzę, jak wszyscy się rzucają), ale to jeszcze nic. UMK otworzyło niegdyś bardzo przyszłościowy kierunek - wojskoznawstwo - co generalnie miało na celu zapewnienie odpowiedniej ilości godzin lekcyjnych i chronienie etatów pracowników uczelni. Nie wiem, czy kierunek dalej jest prowadzony, ale moja koleżanka z liceum była nim maksymalnie zajarana. Trochę się zdziwiłam, bo jakoś nigdy nie interesowała się bronią, zapytałam więc o co chodzi. Otóż po wojskoznawstwie jak sama nazwa wskazuje można iść do wojska (oczywiście do BIURA), a dzięki temu na wczesną emeryturę.

Z kolei koleżanka ze studiów stwierdziła kiedyś, że nic nie szkodzi, że jest mało etatów w budżetówce, skoro jej znajomi po
naszym kierunku mają pracę. I do tego w zawodzie. To się pytam, gdzie? No w firmach. Ale jaką pracę? HR, księgowość, obsługa prawna? A nie wiem, w firmie. W biurze pracują. Aha. Teoretycznie rzecz biorąc telemarketing również jest pracą biurową.

Jeszcze w temacie - rozpierdalają mnie ludzie w wieku 20+ czy 30+, którzy z upodobaniem używają określenia "prywaciarz". Tzn. ja rozumiem, że chodzi zazwyczaj o pewien specyficzny typ przedsiębiorcy zwany Januszem biznesu, no ale heloł, samo pojęcie przywodzi na myśl czasy, kiedy do wyboru była praca u straszliwego prywaciarza bądź w postkomunistycznym, stabilnym jak cholera molochu.

No spoko, ale skoro nam tak źle po humanistycznych studiach, załóżmy własną działalność. Postulat ten pojawia się w dwóch wersjach:
1. "Nie ma pracy dla ludzi z twoim wykształceniem? To bądź przedsiębiorczy i załóż własną działalność!" (działa, możesz zostać kurierem DPD lub konsultantem Cyfrowego Polsatu)
2. "Pracodawcy mało płacą? To załóż własną działalność jak jesteś taki mądry i zobacz, jakie to koszty!" (nie wątpię, ale bynajmniej nie oznacza to, że można kazać ludziom zapierdalać za miskę ryżu)

Mit własnej działalności trzyma się mocno, warto przypomnieć tylko, że większość małych biznesów pada gdy tylko może sobie na to pozwolić bez utraty dotacji, co więcej - nie tworząc żadnych miejsc pracy. Ale statystyki bezrobocia spadają.

Tak więc nie zdążyłam co prawda założyć działalności, dostać etatu w skarbówce i zrobić sobie dziecka, ale za to zdążyłam założyć bloga, skończyć studia i po kilkuletnim bujaniu się w obsłudze klienta dostać pracę we firmie. Nie jestem tylko pewna, czy laskom zainteresowanym pracą we firmie pasiłaby opcja zmieniania szpilek na buty robocze i siedzenia w biurze bez okien w towarzystwie zaolejonych kartonów i menadżera-kosmity posługującego się dziwnym dialektem.

czwartek, 28 maja 2015

Janusze biznesu

W latach 90. drobny biznes miał zdecydowanie lepsze warunki rozwoju niż obecnie, zasadniczo można było sprzedawać radioaktywne zapiekanki z azbestem albo wybuchające magnetowidy przemycone zza wschodniej granicy, a pracowników domagających się wypłaty wywieźć do lasu w czarnym worku i nikt tego nie pilnował. Jest o tym książka Witkowskiego "Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej" (Witkowski to pajac, ale pisarzem jest naprawdę świetnym). Obecnie państwo ma zdecydowanie więcej wpływu na przedsiębiorców, ale i tak zawsze znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że jakie umowy dla pracowników i w ogóle czemu nie można mieć zamkniętego obiegu wody w małej gastronomii.

Jakiś czas temu byłam u koleżanki, która pokazał mi socjologiczną ciekawostkę ze swojego osiedla: kebab, który praktycznie nie funkcjonował. Nie funkcjonował w tym sensie, że otwarty był przez 2-3 godziny w ciągu dnia i nie widać było w nim bynajmniej ludzi jedzących kebaby, co najwyżej kilku facetów o niezbyt wysublimowanej aparycji z piwem i fajkami. Po dłuższej obserwacji zaczęły się nasuwać podejrzenia: a co, jeśli ten kebab to pralnia pieniędzy?

Po przeprowadzce wyczaiłam na osiedlu małą pizzerię. Szukałam opinii na jej temat w necie i nie znalazłam, po czym znowu zaobserwowałam identyczną sytuację: nikt nic nie je, za to przed pizzerią siedzą Janusze w typie dresiarskim i żywo nad czymś dyskutują. Sprawdźcie - może u siebie też znajdziecie taką ciekawostkę. Mimo wszystko gdybym miała prać pieniądze, otworzyłabym punkt ksero.

Z kolei w moim poprzednim miejscu zamieszkania pewnego dnia na pustym lokalu pojawiła się kartka: już wkrótce otwarcie saloniku prasowego, gazety papierosy bilety mzk, kupuj kupuj kupuj.
Otworzyli się, zero wystawy, drzwi zamknięte, ale twardo wchodzę, ponieważ naiwnie spodziewałam się biletów mzk. W środku pięć gazet na krzyż, jakieś fajki, dwóch Sebów w wieku maks 20 lat w bluzach z napisami typu "wielka Polska od Uralu po Atlantyk" i główny punkt programu - automaty. Generalnie wiele spożywczaków, pubów i kiosków stanowi wyłącznie obudowę dla automatów, przed którymi Janusze niebędące rekinami biznesu przepierdalają tygodniówkę z budowy. Janusze biznesu trzepią hajs, a jak mają zezwolenie na sprzedaż alkoholu, to już w ogóle baja.



Automaty, amfetamina, palenie gumy i imprezy typu Crazy Club Gołębiewo albo Viva Wapno = najbardziej patolskie rozrywki ever.

Inną sprawą są bary osiedlowe. Miałam kiedyś takie hobby, że zwiedzałam jakieś takie meliny - o ile u Kaduka jest w miarę spoko, nie wspominając już o Pameli, to wbijając do jakiegoś bezimiennego lokalu w obszczanej bramie można poczuć się mniej więcej jak Moulder i Scully w małym miasteczku, gdzie na twarzach ludzi widać chów wsobny, a tajemniczych zaginięć nikt nie zgłasza na policję, bo i po co. Piwo co prawda kosztuje dwa złote, ale od wejścia mierzy cię grupa trolii grających w bilard jajkami i kijami od miotły.

Kiedyś z koleżanką wbiłyśmy do takiego baru typu kiosk i kilka parasoli, średnia wieku 60 lat, w środku automat z orzeszkami, a nad automatem... zdjęcie Hitlera. Przyjrzałam się bliżej: to była płyta DVD w kartonowym opakowaniu z filmem z Discovery. Tak czy inaczej WTF.

wtorek, 26 maja 2015

Spiskowa teoria samorozwoju # 5 - pochwała pesymizmu

Politycznie poprawne w dzisiejszych czasach jest tryskanie entuzjazmem, optymizm i parcie do przodu niczym pancernik Potiomkin. Pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie, że żyjemy w terrorze optymizmu, który w najmniej inwazyjnej formie przejawia się łagodnym napominaniem, żeby myśleć pozytywnie, a w najbardziej - przekonaniem, że samo pozytywne myślenie może spełnić marzenia. Absolutnym hiciorem jest książka "Sekret", której nie czytałam i nie zamierzam, ale z tego co widzę, wśród targetu Piw z Sokiem o IQ krewetki cieszy się większym powodzeniem niż "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy". Po pobieżnym zapoznaniu się ze streszczeniem, cytatami i zwymiotowaniu wybrałam poniższą złotą myśl:

Twoje życie jest w Twoich rękach. Bez względu na to, kim jesteś i co się wydarzyło w Twoim życiu, możesz zacząć świadomie wybierać swoje myśli i tym samym zmienić życie. Nie ma czegoś takiego jak beznadziejna sytuacja. Każda okoliczność Twoje życia może się zmienić!


Od jutra zaczynam wizualizować Bentleya, 100-kilogramową torbę White Widow, nową kolekcję Comme des Garcons i Jamajczyka z pałą do kolan. Wszystkie wymienione fanty prędzej czy później pojawią się pod blokiem koło żabki. Dokładnie tak to działa, kochani.

Ktoś powie, że no dobra, że nie popadajmy w skrajności i że będąc pesymistą, człowiek nastawia się z góry na porażkę, nie ma marzeń i takie tam. Otóż nie - ja nie mam marzeń, ja mam ewentualnie plany (i to raczej krótkoterminowe). I nie mam podejścia typu "na pewno się uda, musi się udać", jeżeli nie musi. Bo nic nie musi, świat jest przypadkowy, niesprawiedliwy i bynajmniej nie dostosowuje się do naszych pragnień. Założyciele małych firm też pewnie myślą, że musi się udać, a później miażdży ich statystyka i rynek (chociaż to już inna kwestia). Powtórzę za to jeszcze raz - nic nie musi.

Często zdarza mi się za to następująca sytuacja: przygotowuję coś na studia/do pracy/organizuję imprezę/whatever. Staram się i daję z siebie wszystko, nie myślę jednak, że będzie zajebiście, tylko że będzie lipa, a w najlepszym razie przeciętnie. Czekam w napięciu na ocenę i słyszę, że zajebisty projekt, że jest mega, że jak ja to zrobiłam w ogóle. Takie miłe zaskoczenia zdarzają mi się często - zazwyczaj stwierdzam wtedy, że ocaliła mnie inteligencja oraz negatywne podejście, które zaowocowało wzmożonym staraniem i że jednak jestem zajebista. Gdybym nastawiła się od razu entuzjastycznie, zlałabym pewnie sprawę, stwierdzając, że jestem zajebista z góry.

Generalnie podsumowałabym swoje podejście jako pesymistyczny realizm, chociaż osoby z zewnątrz widzą to pewnie jako czarnowidztwo. Z moim pesymizmem jest trochę jak z ateizmem - czasami przeszkadza mi w życiu i wolałabym myśleć inaczej. Spoko, z tym że to nie był mój wybór. I żaden poradnik nie zmieni mojego toku myślenia.

piątek, 15 maja 2015

O słoikach i e-paleniu

Miałam ostatnio okazję pooglądać TV - w przerwie między reklamami środków na niespanie, niesranie oraz zdrowych cukrowych przekąsek dla dzieci z cukrową polewą w pysznej cukrowej posypce pojawił się program pt. "Słoiki". Jest to kolejny pseudodokument typu "Trudne sprawy", marketingowo genialny w swej prostocie - nie trzeba płacić aktorom ani scenarzystom, ludzie pracują za sześciopak i miskę ryżu, a oglądalność rośnie.

"Słoiki" opowiadają o ludziach z małych miejscowości szukających szczęścia w Warszawie i standardowo powalają realizmem - biedne studentki mieszkają w odjebanych apartamentach i dostają pracę tylko i wyłącznie po znajomości, w sumie nie przeglądając nawet ogłoszeń. Lachon (26 l.) będący głównym bohaterem odcinka dołącza do koleżanki mieszkającej w Warszawie i poznaje szefa agencji reklamowej, profesjonalistę w każdym calu, który proponuje jej posadę - oczywiście bez doświadczenia, nie widząc CV i nie zadając ani jednego merytorycznego pytania, bo i po co. Laska (26 l.) cała uradowana, nie podpisując umowy, stwierdza, że ma pracę, po czym w ramach nowych obowiązków udaje się na korpo imprezę dla bananów. Następnie bzyka się z nowym szefem (30 l.), zostaje nakryta przez jedną z pracownic (28 l.), na drugi dzień przychodzi do pracy i dziwi się, że nikt jej nie lubi, a umowy niet. Smuteczek.

Była kiedyś taka reklama (nie pamiętam czego, ale obstawiam, że jakichś supli) o straszliwie zapracowanej korpo kobiecie biznesu, która przedstawiała swój napięty grafik, składający się z lunchu z przyjaciółmi i kolacji z Tomkiem. Tak mniej więcej wygląda praca biurowa w "Słoikach", jak również w większości polskich programów TV.

Powróćmy jednak do naszego lachona (26 l.). Po porażce w agencji reklamowej poznaje chłopaka swojej współlokatorki, który jest - jakże by inaczej - szefem fundacji. Pracuje dla niego przez jakiś czas, a w międzyczasie pojawia się przypadkowy wątek rodem z The Room - matka (49 l.) głównej bohaterki (26 l.) odwiedza ją i oznajmia, że ma raka piersi. Bohaterka zwierza się swojemu szefowi, który odprowadza ją do domu, zaczynają się całować na klatce schodowej i w tym momencie - voila - wychodzi jej współlokatorka. Wywala ją z mieszkania i jest zmuszona wracać do siebie na wieś. Bez kitu laska musiała być z Golubia-Dobrzynia.

Pierwsza myśl po obejrzeniu to "wtf, nie ma takich głupich ludzi". Druga myśl - "o kurwa, przecież są".



Mój ulubiony typ człowieka ever - taki, który coś odjebie, a potem udaje niewiniątko. Kręcisz z facetem koleżanki/dziewczyną kolegi/szefem/szefową? Zdziw się, że ktoś ma pretensje. Przecież to on zaczął i w ogóle o co chodzi.

Druga sprawa: za każdym jebanym razem, kiedy temat rozmowy schodzi na e-papierosy, znajdzie się jakiś przychlast, który z pełnym przekonaniem wygłasza tezę, że są bardziej szkodliwe od analogów. Zaciągając się z lubością viceroyem albo jakimś perfumowanym gównem stwierdza, że umrzesz od e-fajka, bo przecież to CHEMIA. A w ogóle to jego dziadek palił całe życie i zmarł w wieku stu sześćdziesięciu lat. W sumie patrząc na Japończyków to również można stwierdzić, że tytoń konserwuje, co nie zmienia faktu, że jest to dowód anegdotyczny i tłumaczyć to dorosłym ludziom to trochę żena. Oto skład dymu tytoniowego - trochę tego syfu jest, c'nie? Liquid e-papierosa zawiera natomiast "dobrze oczyszczoną nikotynę w bezpiecznym stężeniu (od 0% do maksymalnie 3.6%) i substancje tworzące mgiełkę, przeważnie glikol propylenowy (PG, Propylene Glycol) i/lub glicerynę roślinną (VG, Vegetable Glycerol)" (źródło). Tutaj badania, ale chuj, są bardziej trujące, bo przecież chemia. Na kwejku napisali.

poniedziałek, 16 marca 2015

Spiskowa teoria samorozwoju # 4 - jak kłamać w CV

Po pierwsze: trzy czwarte ogłoszeń dotyczących pracy biurowej to fejki i jak najbardziej możemy się spodziewać telefonu/maila z odpowiedzią, z tym że nie od rekruterów, tylko od sprzedawców ubezpieczeń od niczego albo wysokooprocentowanych kredytów. W końcu jeśli jesteś bezrobotny, to pewnie nie masz ubezpieczenia i potrzebujesz hajsu, logiczne.

Po drugie: prawdopodobieństwo, że ogłoszenie jest fejkiem wzrasta wykładniczo wraz z pojawieniem się słów "branża finansowa".

Po trzecie: są kłamstwa i kłamstwa. Na szczęście większość gównianych stanowisk posiada dobrze brzmiące nazwy i typowo studenckie fuchy nazywają się np. specjalista ds. obsługi klienta zamożnego albo artysta kanapkowy. Dodatkowo polecam wpisywać zakres obowiązków, ponieważ mało ambitne zajęcia można opisać w pięknych słowach. I tak przy okazji sprzedaży garnków można zajmować się prowadzeniem bazy teleadresowej w systemie CRM, a pracując w klubie ze striptizem - obsługiwać klienta anglojęzycznego.

Bez problemu przejdzie również ściema dotycząca rzekomej pracy przy kelnerowaniu/wykładaniu towaru/sprzedaży bezpośredniej/whatever. Gorzej, jeśli wymogi są nieco bardziej wyśrubowane/weryfikowalne. Ostatnio czytałam, że kobiety zazwyczaj wysyłają CV tylko, gdy spełniają 100% wymienionych w ogłoszeniu warunków, mężczyznom natomiast wystarczy spełnienie połowy. Jak się to kończy? Różnie. Czasem warto zaryzykować, szczególnie jeśli ogłoszenie zawiera pińcet wymogów łącznie z językiem aafrikans i prawem jazdy na ciężarówki. Ale bywa inaczej. Poniżej autentyczny przykład.

Kierownik działu chciał zatrudnić chłopaka, żeby dział stał się koedukacyjny i nie było samych lasek. Przyszły cefałki, wszyscy mieli wpisany płynny angielski (english level: swimming). Po czym ziomki przychodzą na rozmowę.

- So why do you want to work in our company?
- Yyyyy my name is potato.

Ostatecznie zatrudniono dziewczynę.

piątek, 6 marca 2015

Spiskowa teoria samorozwoju # 3 - Co? Gówno, MBO.

Jak podaje wikipedia, MBO czyli management by objectives, czyli zarządzanie przez cele, jest to proces definiowania celów wewnątrz organizacji, na skutek którego pracownicy oraz menadżerowie mają zadumać się nad możliwością poprawy i zacząć działać, tak aby poprawić organizację organizacji. Czy jakoś tak. W praktyce jest to taka śmieszna tabelka z procentami określającymi wagę poszczególnych mierzalnych wskaźników, które musisz spełnić, żeby cię nie wyjebali.

Mierzalne wskaźniki brzmią spoko, w końcu mamy wolny rynek i nagradza się wyniki pracy, bo komuna się skończyła i już nie ma, że czy się stoi czy się leży itp. Stąd też polskie firmy rzuciły się na coachów wprowadzających ten jakże nowoczesny (opisany w 1954) system zarządzania jakością. W końcu nie opiera się on na uznaniowości, jak to bywało kiedyś, tylko na realnych parametrach oceny pracy, ustalanych w oparciu o metodę SMART, czyli że cele realne do osiągnięcia, konkretne i takie tam. Swoją drogą zawsze miałam bekę, kiedy po coachingu dziunia zatrudniona na stanowisku coacha z wielką powagą dawała mi do podpisania pseudoumowę, w której zobowiązywałam się zrealizować cele. Gdzie oni ich tego uczą, na pedagogice?

Dajmy na to, że pracujesz jako blacharz w fabryce akordeonów, a dodatkowo w okresach wzmożonej produkcji wspierasz sąsiednią linię produkującą fujarki. W arkuszu MBO zobowiązujesz się do dziennej produkcji dziesięciu akordeonów, co stanowi 50% twojego MBO. Pozostałe wskaźniki są rozłożone na jakość wyrabianych akordeonów, prawidłową konserwację maszyny do wyrobu akordeonów oraz trzeźwość w miejscu pracy. Skupiasz się więc głównie na ilości (gorzej, jeśli magazyn da dupy i nie dostaniesz danego dnia wystarczającej ilości blachy), ponieważ jakość jest mniej doceniana, zlewasz natomiast trzeźwość, która posiada tylko dziesięcioprocentową wagę. Zmieniają ci więc cel, nadając większą wagę jakości, pojawia się chaos i walisz focha na kierownictwo. Tymczasem na linii fujarek ludzie zapieprzają jak dzikie osły, ale masz na nich wylane, bo musisz realizować swoje indywidualne cele.

Generalnie ustalanie celów nie motywuje do dobrej pracy. Ustalanie celów motywuje do realizowania celów. Premia za wyniki nie motywuje do dobrej pracy, tylko do robienia wyników. Głośno było o pracownikach empiku, którzy sami kupowali kalendarze Chodakowskiej, żeby wyrobić cele. A co powiecie na zmienianie faktur papierowych na elektroniczne na rozwiązanych umowach za telefon/internet? Póki co nikt się nie kapnął i działa, a że jest w MBO, to nieaktywne konta są na wagę złota.

A co jeśli w danym miesiącu nie ma wielu zamówień na akordeony i robisz tylko pięć dziennie, a resztę czasu spędzasz robiąc fujarki? MBO ponownie jest modyfikowane. Albo i nie, bo w końcu teoretycznie nie powinno się zmieniać wskaźników, więc zlewasz całość od góry do dołu, bo skoro nie wyrobisz głównego celu, cała reszta automatycznie przestaje się liczyć. Albo ze względu na słaby popyt ręcznie podwyższają MBO po zakończeniu miesiąca rozliczeniowego, więc ponownie zlewasz sprawę, bo w końcu i tak ci podciągną. I tak to się kręci. Hajs robią coache i managerowie, a firma traci.

sobota, 21 lutego 2015

Spiskowa teoria samorozwoju # 2 - rozmowy kwalifikacyjne

Jest kilka pytań, które padają na rozmowach kwalifikacyjnych często, a im bardziej gówniane stanowisko, tym większa szansa, że zostaną zadane - w szczególności dotyczy to zatrudnienia w sprzedaży. Najlepiej przygotować sobie zawczasu odpowiedź, która zależnie od wybranej wersji może zachwycić HR-owca albo zrujnować nasze szanse na otrzymanie pracy.

1. Z jakim zwierzęciem się utożsamiasz?

Prawidłowa odpowiedź: Z mrówką, korporacja jest dla mnie wszystkim, a jednostka niczym. Ponadto nie posiadam własnego zdania.
Błędna odpowiedź: Cóż, myślę, że mam w sobie coś z leniwca.

2. Gdzie widzisz siebie za pięć lat?

Prawidłowa odpowiedź: Myślę, że stanowisko młodszego sprzedawcy ubezpieczeń od niczego zapewnia mi ogromne możliwości rozwoju i tym samym za pięć lat mogę zostać starszym sprzedawcą i cisnąć sprzedaż. Mogę również zostać koordynatorem i za sto złotych więcej cisnąć ludzi, żeby sprzedawali.
Błędna odpowiedź: Widzę siebie na Bali z drinkiem po tym jak zrobię przekręt z ubezpieczeniami od niczego i wypierdolę do Indonezji.

3. Proszę sprzedać mi ten długopis.

Prawidłowa odpowiedź: OMG JAKI ZAJEBISTY DŁUGOPIS WEŹ ZOBACZ TO BARDZO DOBRY DŁUGOPIS DZIAŁA I MA LOGO FIRMY KUPUJ KUPUJ KUPUJ
Błędna odpowiedź: No co pan, ja nie lubię takich zabaw. (autentyk, usłyszałam od rekrutera)

4. Proszę wymienić swoje wady.

Prawidłowa odpowiedź: Jestem pracoholikiem, moim problemem jest również perfekcjonizm oraz nadmierne wymagania wobec siebie.
Błędna odpowiedź: Moją wadą jest nadmierna szczerość, ponadto jestem leniwą szmatą bez ambicji i próbuję zaczepić się gdziekolwiek na umowę o pracę, żeby od razu iść na macierzyński.

5. Dlaczego zrezygnowałeś z poprzedniej pracy?

Prawidłowa odpowiedź: Sprzedawanie garnków nie było dla mnie wystarczająco rozwojowe i szukam nowych wyzwań.
Błędna odpowiedź: Praca była nudna i stresująca, więc zapaliłam sobie blanta w toalecie i włączył się alarm.(również autentyk)

Zupełnie inaczej wygląda rekrutacja do japońskiej firmy. Nie ma głupich pytań, nie ma sprawdzania umiejętności miękkich, których nie posiadam, a udowadnianie, że jest inaczej zawsze stanowiło największy problem. Japończycy sadzają kandydata koło hali produkcyjnej, gdzie hałasują maszyny i przewalają się stada ludzi, a następnie dają arkusz pokryty gęsto drobnymi znaczkami. Należy policzyć, ile razy dany znaczek pojawia się w każdym rzędzie i zsumować rzędy bez żadnej pomyłki. W międzyczasie obok siada grupka pracowników, dyskutując z ożywieniem przy kawie i kanapkach. Po liczeniu znaczków otrzymuje się listę zadań matematycznych do rozwiązania, potem testy na inteligencję typu dorysuj pasujący symbol (w końcu zaprocentowały godziny spędzone w pracy na gierkach point & click), a wszystko to przy akompaniamencie pracujących maszyn. Później jeszcze tylko test z excela i ze znajomości angielskiego.

Pozostaje mieć nadzieję, że wiedzą co robią i że było to bardziej miarodajne niż rozmowa o niczym z dziunią po specjalności HR w Wyższej Szkole Couchingu i Ucierania Pyr. Innymi słowy mam nadzieję, że ogarnę.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...