Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biomet niekorzystny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biomet niekorzystny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 marca 2015

Biomet niekorzystny # 9 - dzień, w którym wszystko się rozjebało

1. Wąż od pralki przecieka. Podejmij próbę naprawy przy pomocy silikonu wyciskanego z tuby bez użycia pistoletu. Rozpierdol tubę silikonu. Nałóż silikon łyżeczką i naciągnij na tubę prezerwatywę, żeby silikon nie wysechł. Trzymaj kciuki, żeby sposób z silikonem zadziałał (góra prania narasta).

2. Przepalona żarówka w kuchni. Kup jakąkolwiek i zdziw się, że nie pasuje.

3. Przy okazji farbowania włosów upierdol całą łazienkę na niebiesko i połam szczotkę. Szczotka tak czy inaczej była cała w silikonie.

4. Z powodu krzaka windowsa nie działały google, youtube ani blogger. Ściągnij jakiś randomowy rootkit i wykrzacz windowsa do końca.

5. Właśnie przestały działać latarnie na całej ulicy.



P.S. Dobrych parę miesięcy pracy na dziale technicznym. W tej chwili sama nie wiem, jak do tego doszło, ale robię w inżynierii produkcji. Trust me.

czwartek, 27 listopada 2014

Biomet niekorzystny # 9 - jak leczyć się na NFZ

Wychodzę z założenia, że skoro płaczę za każdym razem widząc kwotę brutto i netto na kwitku od wypłaty, to niech przynajmniej nędzny ułamek tej kwoty zwróci mi się w świadczeniach. Czyli wszystko co się da robię na NFZ. Stracić na mnie nie stracą, bo jestem raczej zdrowym człowiekiem, i pewnie z tego względu jakoś specjalnie nie narzekam. Ogarnęłam sobie przychodnię, gdzie dzwonisz, rejestrujesz się, dostajesz numerek i przychodzisz tego samego dnia na konkretną godzinę. Magia. Podobnie z ginem - po receptę na tabletki wystarczy zadzwonić i odebrać w dogodnym terminie, a raz do roku sami trują mi dupę, że mam zrobić cytologię i te inne. Tylko L4 dość niechętnie wypisują, co swoją drogą nawet im się chwali. Aczkolwiek raz dostałam od ogólnego dwa tygodnie zwolnienia i receptę na pramolan, a innym razem na escapelle. Grunt to trafić na ludzi dobrej woli.

Kiedyś potrzebowałam zrobić rehabilitację, obdzwoniłam kilka szpitali i już trzy dni później mogłam moczyć kończynę w wannie z hydromasażem za publiczne pieniądze. Wiadomo, że w większym mieście łatwiej idzie to ogarnąć, ale są rzeczy, których pojąć nie mogę. Przede wszystkim - dlaczego w większości przychodni obowiązuje system "kto pierwszy, ten lepszy"? Gdzieniegdzie takie cuda jak telefony czy internet chyba dotąd nie dotarły, a załatwienie czegokolwiek wymaga osobistego wstawiennictwa i pełnego zaangażowania. Do pewnego czasu uważałam za miejską legendę rodem z piekielni.pl historie o ludziach hobbystycznie przesiadujących od piątej rano w poczekalni i kłócących się o kolejność. Dopóki nie przyszło mi trafić do takiej przychodni i czekać dwie godziny w towarzystwie stada krzykaczy dzielących się dotychczasowymi przeżyciami. Co swoją drogą bywa pomocne, jako że każda przychodnia rządzi się swoimi prawami...

No właśnie. Wchodzę w jakieś takie kazamaty, gdzie gabinety prywatne sąsiadują z prywatnymi, każdy przyjmuje w innych godzinach, rejestracja odbywa się w kilku miejscach, architektura budynku gwarantuje, że nikt nie przeżyje w razie pożaru, a w wąziutkim korytarzyku czeka stado ludzi. Na nieśmiałe zapytanie, gdzie odbywa się rejestracja do konkretnej poradni, reagują zapowietrzeniem i tonem tak pobłażliwym, jakbym pytała o rzecz oczywistą, odpowiadają, że to przecież jasne: rejestracja do ogólnego odbywa się po drugiej stronie ulicy, ale od ósmej do dziesiątej jest przerwa śniadaniowa, poza tym trzeba samemu zanieść kartę do gabinetu na piąte piętro. Z kolei dentysta przyjmuje siedem pierwszych osób, chyba że jest ten drugi, który przyjmuje w każdy pierwszy wtorek miesiąca, wtedy trzeba się zapisać wcześniej. W czwartki tylko prywatnie, chyba że jesteś kombatantem w ciąży z honorowym dawcą krwi.



W przeciwieństwie do większości Polaków nie jestem specjalistką od finansowania służby zdrowia i nie mam cudownego pomysłu na rozwiązanie jej problemów. Zdaniem specjalistów (których można wysłuchać podczas otwartych wykładów, np. w komunikacji miejskiej albo poczekalni) rozwiązania są dwa: pierwsze to WOLNY RYNEK SPRYWATYZOWAĆ WSZYSTKO RURURURKOWCE, drugie natomiast brzmi ZŁODZIEJE NIECH DADZO KASE BO LUDZIE BIEDNI UMIERAJO NA ULICY. Jeśli chodzi o mnie, wprowadziłabym na początek jedną prostą rzecz: opłaty administracyjne za nieprzyjście na umówioną wizytę u specjalisty bez odwołania jej telefonicznie. Zadzwonisz dzień wcześniej, że niet - ok, rejestratorka obdzwania pacjentów i na twoje miejsce wskakuje kolejna osoba. Nie zadzwonisz - stówa w plecy. Plus ujednolicenie bazy danych - ostatnio dzieciak mojej znajomej trafił na pogotowie z silnym bólem ucha i gorączką, odprowadzony przez babcię. Na pogotowiu nie chcieli go przyjąć z tego względu, że upoważnienie do przyprowadzania dziecka zostało złożone tylko w przychodni. Kiedy okazało się, że dziadek dziecka znał którąś z lekarek i zrobił jazdę na izbie, jakimś cudem dziecko zostało przyjęte. Czyli w gruncie rzeczy sprawa rozbija się nie o system informacji, ale o biurokrację, brak elastyczności i złą wolę. A z tym ciężko walczyć za pomocą przepisów.

środa, 12 listopada 2014

Biomet niekorzystny # 8 - jak zgubić się w mieście

Praktycznie każde większe osiedle posiada kazamaty. Kazamaty składają się z siatki ulic bez charakterystycznych punktów typu place czy parki i o mylących nazwach. Mój znajomy notorycznie myli rzęsy z brwiami, ja mylę Dekerta, Mohna, Reymonta i całą resztę tych martwych ziomów. Dobrze, że ulice nie są numerowane jak w USA i że nie mieszkam na Nowej Hucie, bo codziennie bym błądziła godzinami przed powrotem do domu. Teoretycznie ze Starówki wracam jakieś piętnaście minut z buta, ale tylko w przypadku, kiedy idę którąś z bardziej charakterystycznych ulic i po drodze trafi się Filmar albo PKS. Kiedy postanowię przykozaczyć i skrócić sobie nocą drogę, zapuszczę się w kazamaty, moje szanse na szybki powrót spadają. Co gorsza - dziesiątki razy byłam w Kadrze, Przepompowni, Tratwie i Czeskim Śnie, ale jak nie idę od Szerokiej, również zdarza mi się błądzić.

Bardzo lubię pub Pamela i jak mi się nie chce iść na miasto, to jest super, bo mam tam pięć minut z buta. Problem w tym, że on się przemieszcza. Staram się zawsze iść tą samą drogą, ale i tak nie wiadomo, czy wyskoczy nagle zza rogu za kolejnym zakrętem, czy pojawi się na drugim końcu ulicy. Albo idę, mijam pięć żabek jedną po drugiej (a ostatnio były tylko dwie) i nagle widzę coś takiego:



blok, w którym mieszka Szatan

Rozkminiałyśmy ostatnio z koleżanką, co oznacza wyjście na miasto i jak ludzie to rozumieją. Jak mieszkałam w Grudziądzu, zawsze mówiło się, że jedziemy do miasta, mimo że teoretycznie w mieście mieszkaliśmy. Teraz z kolei wszyscy mieszkający w Toruniu mówią, że idą na miasto i w sumie ciężko wyczaić różnicę, ale wydaje mi się, że do miasta jedzie się na zakupy, do banku itp., a na miasto na imprezę. Ciekawe, czy ludzie mieszkający na Szerokiej również mówią, że idą na miasto.

Byłyśmy na zakupach w Plazie, niestety tramwaj się wykrzaczył na torach i podstawiono autobus zastępczy. Władował się do niego tłum ludzi, a kierowca zaczął przemawiać tonem DJ-a:
- Noo proszę państwa, zorganizowaliśmy taką prowizoryczną komunikację zastępczą, jak ktoś jedzie na miasto (lol), to proszę się przesiąść na tramwaj na Sienkiewicza, państwa bilety zachowują ważność! Jedziemy dalej! Dla tych z państwa, co się dosiedli...
W pewnym momencie ludzie zaczęli sobie kręcić bekę i sadzić teksty typu "tylne siedzenia, jak się bawicie?" Naradzamy się z kumpelą, gdzie najlepiej wysiąść, jakaś babka zasugerowała nam, że to już tutaj, zaraz. Bydgoskie, ciemno jak w dupie u szatana, ludzie wysiedli i rozeszli się w nieznanym kierunku. Jakiś przystanek niby jest, ale niepodpisany i na tramwaj się nie zanosi.

No to idziemy w tamtą stronę, tam na pewno jest Rapackiego. Na bank.
I tak weszłyśmy w kazamaty. Niby znałam te ulice, mało tego, mieszkałam w okolicy, ale nie sądziłam, że są tak cholernie długie i że krzyżują się z jakimiś ciemnymi uliczkami, których w życiu nie widziałam na oczy. Zero ludzi, zero taksówek, jakieś dziwne sklepy i firmy, których nie kojarzyłam.
- Myślisz, że tędy na Rapaka?
- Nie wiem, to ty tu mieszkałaś.

Najgorsze jest to, że cały czas byłyśmy naprawdę blisko, ale dopiero po jakichś dwudziestu minutach wyszłyśmy w parku na Rapaka. Obstawiam, że miejskie kazamaty to jakiś relikt starożytnej technologii władców czasu i są większe w środku.

wtorek, 4 listopada 2014

Biomet niekorzystny # 7 - jak przetrwać nockę

No elo, piszę z pracy, bo nareszcie dostałam dostęp do internetu. Koło drugiej w nocy padł system i z drżeniem serca czekałam na kontakt klienta w jakiejś zajebiście ważnej sprawie, np. żeby mnie opierdolił, bo nie mogę założyć blokady kradzieżowej czy coś. O trzeciej wpada połączenie. Na samym starcie koleś pyta, czy rozmowa jest nagrywana. Oho, myślę sobie, będzie grubo. A tu psikus.

Najpierw powiedział, żeby nie zrywać kontaktu, żeby absolutnie nie zrywać kontaktu na dwóch kartach sim. Kilkakrotnie podkreślił, że na dwóch. Następnie oznajmił, że jedzie na sprawę do Wrocławia i że oni wszyscy zapłacą - trzy razy i siedem razy. Że nie jest to jego wina, ani moja, ani firmy, on pracuje dla prezydenta Komorowskiego i mam absolutnie nie zrywać kontaktu i koniecznie nagrywać rozmowę. Bo oni wszyscy zapłacą, trzy razy i siedem razy, bo on na sto procent wygra sprawę. Następnie pozdrowił mnie cieplutko i życzył miłej nocy. Nie ma to jak schizofrenik wieczorową porą.



A propos jeszcze tych blokad kradzieżowych - jest taki typ klienta, który można określić jako JP na 100%. Pierwsze pytanie, które pada, to czy można namierzyć telefon. No można, ale tylko i wyłącznie na wniosek policji. Nie, przez policję to nie, on by chciał sam. Czy nie można tego obejść. No nie, nie ma opcji. Można włączyć usługę namierzania telefonu przez drugi numer zarejestrowany na ten sam podmiot, ale nie będzie to dokładność GPS-a - pokaże tylko, na jakiej stacji bazowej było logowanie. Jak jesteś w mieście, gdzie nadajników jest nasrane (nawet z mojego okna widzę w sumie dwa czy trzy) to jeszcze, gorzej jak jest to jakieś zadupie. Ale klient jest JP na 100% i bardzo chce. Karta SIM z dużym prawdopodobieństwem leży już gdzieś w rowie czy w śmieciach, ale on chce. Później traci kasę na smsy specjalne, ale za to ma poczucie, że wygrał z systemem.

P.S. Obejrzałam właśnie "Ewolucję planety małp" i jestem rozczarowana. Przekombinowane strasznie, słabe po prostu. Tzn. "Geneza" też była przekombinowana, ale jeszcze trzymała poziom. A teraz już poleciał na łeb na szyję. Klasyczna wersja broni się zajebiście mimo, że czterdzieści lat minęło jak jeden dzień.

niedziela, 26 października 2014

Biomet niekorzystny # 6 - jak nie mieć uczuć

Dzwoni baba, że nie dostała rachunku. Kocham takie rozmowy, szczególnie z ludźmi, którzy chcą dostawać wszystko w formie papierowej. Tłumaczę, że mail jest pewniejszą formą.

- Mnie to nie obchodzi, ja nie mam internetu, to wy nie wysyłacie blablablabla.
- Widzę, że ma pani u nas internet mobilny.
- Nie, ja nie mam internetu, a ten tablet to i tak nie działa, mnie nie obchodzi jak wy wysyłacie, to ma dojść blablabla.
- Problem leży po stronie dostawcy, mogę zmienić z Inpostu na Pocztę Polską.
- Nie wiem co to Inpost i nie chcę wiedzieć (?), pani nic tam nie zmienia, to wasza wina, nie wysyłacie itp. itd.
- Mogę zaproponować w tej sytuacji zmianę formy wysyłki i rekompensatę w kolejnej fakturze.
- Pani tam nic nie zmienia, mnie to nie obchodzi, nie chcę żadnej rekompensaty.

I tu się wkurwiłam, bo strasznie nie lubię niekonkretnych ludzi.
- W takim razie czego pani ode mnie oczekuje?
- Z wami to tak zawsze, nie wysyłacie, nic nie idzie załatwić, ja muszę mieć dla księgowej, hurr durr.
- Proszę pani, zaproponowałam konkretne rozwiązanie problemu, czego jeszcze pani ode mnie oczekuje?
- Pani jest niemiła, wszyscy inni konsultanci są mili, nawet mnie pani nie przeprosiła!
- Ale ja proponuję rozwiązanie...
- Pani nie ma uczuć, traktuje pani ludzi jak przedmioty!

Kurwa, wiem. Wiem, że mam z tym problem i staram się nad tym pracować. Generalnie nie wyczuwam nastrojów, nie rozumiem aluzji, muszę mieć wszystko mówione konkretnie. Jak ktoś mi mówi, że stół jest upierdolony, to nie wynika dla mnie z tego, że mam ów stół przetrzeć. Taka sytuacja. Facet mnie przez to zostawił, głupia babo, powiedz mi lepiej coś, czego nie wiem.

Tak jej chciałam powiedzieć. Zamiast tego powiedziałam:
- Cóż, to jest pani zdanie, myślę że w takim wypadku dalsza rozmowa jest bezprzedmiotowa.
I jeb słuchawką. Szkoda, że nie napisała skargi na mój brak empatii, powiesiłabym sobie na stanowisku pracy jako motywator.

środa, 8 października 2014

Biomet niekorzystny # 5 - Bunt maszyn

Z okazji jesiennej aury wracam do serii Biomet niekorzystny. Dzisiaj będzie o komputerach i o tym, jak próbują być mądrzejsze od nas.

Wbrew temu, co wmawia nam popkultura i media, stworzenie sztucznej inteligencji to ciężka sprawa. Nawet zajebiście ciężka sprawa. Nauczenie robota omijania przeszkód, czyli czegoś, co ludzkie dziecko robi instynktownie po krótkiej nauce, było ogromnym osiągnięciem. Podobnie z innymi kwestiami, które wydają się dosyć oczywiste - rysowanie linii krzywych, rozumienie komend głosowych, nie mówiąc już o tłumaczeniach. Każdy z tych skilli stawia na drodze programistów masę przeszkód nie do ogarnięcia. Więcej na ten temat można przeczytać w książce Michio Kauro "Fizyka rzeczy niemożliwych".

Czyli póki co komputery są głupie, i bardzo dobrze. Pod pewnymi względami jestem zresztą konserwą, z elektroniki posiadam laptop, telefon z klawiaturą, odtwarzacz mp3 i czytnik e-booków luksusowej marki Prestigio (nie chcę, żeby Apple wiedziało, co czytam, bo czasami wstyd się przyznać). Nadszedł jednak dzień, kiedy przyszło mi zmienić windowsa z jakiejś prostej, zmodyfikowanej wersji na ósemkę. I się zaczęło.

Komputery są głupie, ale i tak próbują być mądrzejsze od nas. Kiedyś odinstalowywanie programów wyglądało tak:
1. klikamy "uninstall"
2. "czy na pewno chcesz odinstalować program?" - klikamy "tak"
3. "program został pomyślnie odinstalowany"

Teraz wygląda to mniej więcej tak:
1. szukamy "uninstall", często problem występuje już na tym etapie i trzeba skorzystać z panelu sterowania/cc cleanera
2. "czy na pewno chcesz odinstalować program? stracisz tak wiele zajebistych możliwości!" - "TAK"
3. "czy jesteś pewien na 100%? będziemy za tobą tęsknić" - "TAK KURWA"
4. "uwaga, deinstalacja może spowodować zainfekowanie komputera i wybuch dysku twardego!" - "OK, MAM TO W DUPIE"
5. "opisz w co najmniej 1000 znaków trzy przyczyny, dla których rezygnujesz z naszego zajebistego programu, a następnie podaj swój numer karty kredytowej"



Mniej więcej tak samo wygląda wyrejestrowywanie się z portali. A najbardziej to mnie w ogóle wkurwia crm, chcesz szybko zrobić blokadę kradzieżową czy coś równie ważnego, a crm dochodzi do wniosku, że usługa x nie może być zainstalowana z usługą y. Po wyłączeniu x wyskakuje, że y jednak nie działa, bo klient nie ma czegoś tam, i tak do usranej śmierci. Zazwyczaj dzieje się to w momencie, kiedy np. o trzeciej w nocy dzwoni baba, że potrzebuje pilnie mieć odblokowany telefon, bo jej się samochód wykrzaczył na zadupiu czy coś. Kobieta umiera z zimna i głodu, podczas gdy ty od kilku godzin próbujesz zdjąć jebaną blokadę.

Avast z kolei stwierdził, że instalka don't starve jest wirusem. Żeby odpalić grę, trzeba w takim przypadku dodać ręcznie plik do listy wyjątków i przywrócić go z kwarantanny. Dzięki za chronienie mnie, avaście.



Wilson jest rozczarowany.

poniedziałek, 24 marca 2014

Biomet niekorzystny # 4 + ZWOW 51

Poniedziałki co do zasady są ciężkie. Dzisiaj wraz z deszczową aurą nadszedł wielki dzień dla oszołomów. Już mniejsza o dzisiejszych klientów, bo te słabe teksty typu "mój telefon został ZAIMPREGNOWANY oprogramowaniem typu spyphone i sprawa skończy się w prokuraturze" (autentyk) już mnie nie ruszają, ale powrót miałam zaiste epicki.
Czterdziestka i te inne mają genialną trasę wiodącą koło szpitala, szkół średnich i Radia Maryja. Stąd łatwo wpaść jak śliwka w kompot, wsiadając do autobusu zawierającego dwa wózki inwalidzkie, dwa dziecięce, ziomków wracających z mechanika, psy itp. W gratisie chora psychicznie babka, która przez całą trasę powtarzała non stop: "ja nie zapłacę... ja nie będę płacić... no i bardzo dobrze!" Obok mnie ziomki komentujące każde "ja nie zapłacę" słowami "co ona daje" i facet z maksymalnie zestresowanym psem. Na kolejnym przystanku i po kolejnym "ja nie zapłacę"/"co ona daje" z autobusu wylała się napierająca i miażdżąca wszystko na swej drodze fala emerytów, a pies się zrzygał. Koniec wycieczki.

Wycieczka zaś odbyła się z tego względu, że dziekanat wpisał mi niepotrzebnie przedmiot z dupy, który dumnie wisi w usosie jako niezaliczony. Dziekanat powiedział, że nie skasuje tego teraz i że mam iść do prowadzącej. Poszłam do prowadzącej, która poinformowała, że mam iść do dziekanatu. Który jest otwarty od 9 do 14, więc oczywiście każdy pracujący człowiek ma czas, żeby się wybrać. Tadaam.

Pomyślałam, że wraz z powrotem do ZWOWów będę je sobie opisywać na blogu. Trochę dla siebie, żeby wybrać coś na konkretną okazję (typu lepszy czy gorszy dzień), a może ktoś również skorzysta :)



Tone and stretch. Brzmi lajtowo i się skusiłam, bo bolał mnie ostatnio kręgosłup. It will be fine, they said...
Nie potrzeba sprzętu, nie ma też serii, więc nie ma wkurwiającego wewnętrznego odliczania typu "jeszcze tylko coś tam". Na początek i na koniec mamy serie stu mountain climbers w wersji ze skakaniem - sąsiedzi mnie zabiją. Tak przy czterdziestym robi się źle. W międzyczasie dużo zmodyfikowanych pompek i jeszcze więcej skakania. Zrobiłam w niecałe dwadzieścia minut po dość długiej przerwie od treningów i trochę mnie to zniszczyło, ale wychodzę z założenia, że dopóki nie rzygasz i nie mdlejesz, jest ok.
Teraz nie boli mnie już kręgosłup, tylko mięśnie. Jakiś tam tone and stretch był (pozycja psa z jogi jest dobra na wszystko). Polecam ten trening na ciężki dzień.

wtorek, 18 marca 2014

Hipsterzy naszych czasów

Niektórzy lubią utrudniać sobie życie, używając gramofonów i walkmanów zamiast starych dobrych empetrójek bądź też jakichś dziwnych leic (leiców?) zamiast wygodnych cyfrówek. Tak sobie myślę, że posługiwanie się przy wszystkich czynnościach analogowymi pieniędzmi też jest całkiem stylowe i retro, a do tego świetnie wpisuje się w ideologię slow life.

Idę ostatnio do bankomatu, chcę wypłacić pieniądze, a tu zonk: błąd karty. Na szczęście obok znajdował się oddział banku.
Wchodzę, a tam apokalipsa. Gorzej. Dzień wypłaty.
Ludzie z dziećmi, dzieci luzem, ktoś robi awanturę, jakaś dobra dusza podsuwa krzesełko starszej osobie. Kolejki do wszystkich stanowisk, w tym do kasowego taka konkret, pan tu nie stał, ja mam grupę inwalidzką itp. A bynajmniej nie mam konta w PKO.
Te wszystkie bałwany przyszły wypłacić z dziesiątym dniem miesiąca całą kasę, potem pójdą na pocztę popłacić rachunki (na poczcie jest to samo), a resztę skitrać do skarpety. Jeszcze żeby komornik czy coś, ale komornik i tak zabiera kasę u samego źródełka, więc nie wiem osochodzi. Potem po całym dniu można wrócić do domu i zacząć jęczeć że ojezu, że cały dzień stałam w kolejkach, łolaboga, ależ jestem zmęczona.
Co do błędu karty to pani powiedziała mi to samo, co ja bym powiedziała klientowi w tej sytuacji, czyli żeby sprawdzić w innym bankomacie, a jak nie zadziała, to przyjść po wymianę karty. Zadziałało.

Albo taka akcja, notoryczna zresztą. Dzwoni klient, że nie dostał faktury.
- I jak ja mam teraz zapłacić, jak ja mam teraz zapłacić...?
- A potrzebuje pan tę fakturę do księgowości?
- Niee, ja nie jestem vatowcem, ja potrzebuję, żeby zapłacić.
- Nie ma problemu, w takim razie wyślę panu smsem kwotę i inne dane do przelewu...
- Ale pani nie rozumie, jak ja mam zapłacić, jak ja nie mam tego druczka do wpłaty?

I ci ludzie mają firmy.

P.S. Z pewnych względów zaczęłam obserwować facetów i po raz kolejny zadaję sobie pytanie: co to za durna moda na brody? Bywa, że chłopak całkiem wyględny, ale niee, bo koszula drwala, czapka typu kondom i łoniaki na twarzy.

Jak widzę coś takiego...


...to pewne skojarzenia są nieuniknione.


wrona skona


russian sex machine

piątek, 14 lutego 2014

Idioci tygodnia plus krzywe teksty z nauki prawa

Koleżance wpadł klient, który zaczął rozmowę słowami "Chciałbym dokupić sobie dekoder do tego numeru". Ona, że nie mamy takich usług itp., ten twardo swoje, tłumaczy wszystkie parametry, ona, że telefony i internet, a ten że dekoder, że na pewno TV, że on wie. Dziewczyna zgłupiała i szuka, szuka, bo a nuż chodzi mu o jakąś usługę czy coś, a może inna firma w ogóle. Nie, na pewno nie.
Pyta klienta, skąd ma takie informacje. A bo taki pan przedstawiciel handlowy od was mówił, pani poczeka, ja sobie przypomnę nazwisko. Rozmowa trwa od piętnastu minut.
No to czekamy, już wszyscy zrobili się na niedostępny i słuchają. Gościu wraca, mówi, że pan Jakiśtam, a że mamy dwóch o tym nazwisku, to czy pan pamięta imię. Pani poczeka, ja mam zapisane, sprawdzę. Wraca po kolejnych pięciu minutach, obwieszcza triumfalnie imię, a tu zonk, nikt taki u nas nie pracuje. Drążenie tematu i kręcenie się w kółko trwa w najlepsze, na szczęście okazało się, że przedstawiciel zostawił klientowi ulotkę z ofertą.
Klient czyta. Zdanie po zdaniu. Rozmowa trwa od pół godziny. Sytuacja mniej więcej taka, jakby ktoś upierał się przy zakupie felg w sklepie spożywczym. Ale pan twardo czyta ofertę.
- Bla bla bla, takie i inne korzyści już za ileś tam złotych plus darmowa aktywacja możesz uzyskać już teraz w Telewizji N...
Chwila ciszy. On milczy, konsultantka milczy.
- O kurwa, zły numer wybrałem.
I się rozłączył.
Cała sala leży na podłodze i kwiczy, a tu wpada mi połączenie. Odbieram, przedstawiam się, a klientka:
- Proszę PANIĄ, ja mam taki problem, że nie mogę się zalogować na maila na Tlenie!

takie podsumowanie tygodnia

Incepcja wersja prawna:
Pogląd, że Sąd Najwyższy dokonuje oceny zgodności stosowanego w danej sprawie przepisu z Konstytucją, do czego jest zobowiązany, by nie orzekać na podstawie przepisu niezgodnego z Konstytucją, jest stanowczo krytykowany jako niezgodny z Konstytucją.

Po tym ustępie stwierdziłam, że czas iść na piwo. Tzn. ja rozumiem, o co chodzi, ale tak mniej więcej po minucie wpatrywania się w to zdanie. W kolejnym rozdziale prof. Jończyk zastanawia się nad zróżnicowaniem składek na ubezpieczenie zdrowotne i czy nie lepiej byłoby realizować ideę sprawiedliwości społecznej, finansując służbę zdrowia z akcyzy i VATu, jako - cytuję - podatku opłacanego przez wszystkich w zbliżonym wymiarze, w wyższym przez maniaków konsumpcji i prowadzących przez to niezdrowy tryb życia.
W sumie ma to sens, ale nie ogarniam, czy to ostatnie zdanie to sarkazm czy coś? Wyjaśni mi ktoś? :D

środa, 5 lutego 2014

Debil roku

Dzwoni koleś. Sebastian Sebowski, firma budowlana Seb-Bud, po peselu prawie gimbus, niedawno podpisał umowę. Dzwoni z ryjem, że co to jest za rachunek w ogóle.

- Na tej fakturze jest sam abonament do zapłacenia.
- ALE JAK TO KURWA JAK JA TRZY DNI TEMU PODPISAŁEM UMOWĘ?
- Abonament jest płatny za miesiąc z góry...
- ALE CZEMU NIKT MI O TYM NIE POWIEDZIAŁ?

W tym momencie zwątpiłam. Zaczęłam mówić, że tak jest standardowo itp., koleś nie za bardzo przyjmował to do wiadomości i dalej rzucał kurwami, że on nie będzie płacił, skoro w ogóle nie dzwonił itp. W końcu mówię:

- A płacił pan kiedykolwiek czynsz za mieszkanie czy opłaty za kablówkę? Bo to jest tak samo.
- ALE TO NIE MA NIC DO RZECZY! JA PIERWSZY RAZ SŁYSZĘ O CZYMŚ TAKIM!

Ogólnie koleś był dość napastliwy i sporo kurwował, teoretycznie mogłam się rozłączyć, ale bardzo chciałam przeprowadzić tę rozmowę do końca.

- TO JEST JAWNE OSZUSTWO, PROSZĘ MI POWIEDZIEĆ, Z CZEGO TO WYNIKA, JA NIC TAKIEGO NIE PODPISYWAŁEM!
- [próbuję tłumaczyć, że to standard i takie tam, ale się nie da]
- PROSZĘ MI POWIEDZIEĆ, GDZIE TO JEST KURWA NAPISANE!
- [szukam] Punkt jakiś tam regulaminu...
- JA NIE PODPISYWAŁEM ŻADNEGO REGULAMINU, JA NIE BĘDĘ NIC PŁACIŁ!
- Ale podpisał pan, że się zapoznał z regulaminem.
- CO ALE JAK TO KURWA GDZIE TO KURWA... [chwila ciszy] ŁO KURWA FAKTYCZNIE. [chwila ciszy] TO TAKI HACZYK ŻEŚCIE ZNALEŹLI, NIE JA JEDEN SIĘ PEWNIE DAŁEM ZROBIĆ W BAMBUKO!

I się rozłączył. Mój komentarz do całej sytuacji:

niedziela, 26 stycznia 2014

Triki psychologiczne # 2 - jak przestać się martwić i znaleźć Jezusa

Czasami zdarza mi się sięgać po arcydzieła literatury typu Dlaczego mężczyźni kochają zołzy - z czystej ciekawości, żeby sprawdzić, czym się ludzie podniecają. Z taką samą myślą sięgnęłam po bestsellerowy poradnik Jak przestać się martwić i zacząć żyć. Techniki niemartwienia się są dosyć oczywiste i powszechnie znane, gorzej, że co jakiś czas muszę sobie o nich przypominać. W pewnym momencie gościu pisze w książce, jak to pewnego dnia ciężko pracując z rodzicami na farmie (bo oczywiście wychował się w biedzie na farmie) zaczął płakać, a na pytanie matki odpowiedział, że to ze strachu, że go pochowają żywcem. I to by w sumie starczyło za całe moje dzieciństwo. W sumie to non stop martwiłam się pochowaniem żywcem, chorobami, kosmitami, wojną, samozapłonem itp. Żeby nie było - nikt mnie niczym nie straszył, mimo że generalnie popularne było opowiadanie dzieciakom, że jak blizna na twarzy Maryjki dojdzie do serca, to będzie koniec świata i tym podobne radosne historyjki.Ale do rzeczy.

Niestety tak mi zostało do teraz. Tzn. nie martwię się już kosmitami, ale wszystkim innym jak najbardziej i niestety im dalej w las, tym gorzej. Chociaż w sumie to wszystko jedno, rozwód czy sprawdzian z matmy, nevermind, jak masz z tym problem to i tak będziesz rzygać z nerwów i tak. Znam teoretyczne podstawy niemartwienia się, zdarza mi się stosować je w praktyce przez jakiś czas, potem zapominam i znowu zaczynam się orać z byle powodu. I tak w kółko. Generalnie jest to bardzo ciężka praca nad sobą, w dodatku z mnóstwem pułapek - w końcu człowiek zaczyna się orać tym, żeby się nie orać.

Mimo wszystko jest kilka metod (opisanych również u Carnegiego) wartych stosowania, skutecznych i swoją drogą bardzo logicznych. Gorzej, że z logiką u mnie bywa słabo.

borze, jak dobrze że mam ebooka i nie muszę oglądać tej mordy

1. Żeby się nie martwić, trzeba zapierdalać.
Proste? Proste. Nawet po wzięciu nadgodzin, nauce itp. zawsze pozostaje trening, sprzątanie i gotowanie. Gorzej, że niemartwienie wizualizuje się zazwyczaj jako odpoczynek na kanapie z aromatyczną herbatką czy coś takiego. Trudno, coś za coś, walnięcie się do łóżka bez problemów ze snem będzie również miłe.

2. Co najgorszego może się zdarzyć?
Klasyka gatunku. Wizualizujemy sobie, co najgorszego może się zdarzyć (przychodzi to zazwyczaj dość łatwo) i w 90% przypadków okazuje się, że w sumie to nikt nie zginie itp. Potem nastawiamy się psychicznie na uwalone studia, powrót do domu rodzinnego na Podkarpaciu i pracę w lokalnej fabryce żwiru. Próbujemy ratować sytuację zgodnie z instrukcją poniżej.

3. Analiza faktów i męska decyzja.
Jest to o tyle problematyczne, że sama myśl o analizie faktów zazwyczaj ponownie powoduje wymioty. Jak już skończymy, bierzemy się do dzwonienia, wypytywania i wyszukiwania informacji, następnie na ich podstawie rozkminiamy, co można zrobić. Podejmujemy decyzję i choćby skały srały, a mury pękały, trzymamy się jej i nie myślimy, co by było gdyby.


No i tyle w sumie z nauk Carnegiego. Jest amerykański do bólu, dużo pisze o Lincolnie, ale w sumie do tego momentu można to przeżyć, bo porady mają sens.

Za to w kolejnym rozdziale facet popłynął i pisze o tym, jak jego rodzice na farmie pracowali po 16 godzin dziennie, nic im nie wychodziło, plony gniły, zwierzęta chorowały, jak coś im wyszło to spadały ceny skupu tego czegoś itp., aż zlicytowali im dom i wylądowali w jakimś pustostanie. Ale się nie martwili, tylko dziękowali Bogu za dach nad głową.
Ponownie - do tego momentu byłabym w stanie to przyjąć. Ale później zaczyna się jazda, że religia jest super, co udowodniła współczesna nauka, że jest tyle wyznań i wystarczy sobie coś wybrać (oczywiście autor skłania się ku lokalnym kościołom ewangelickim i wspólnym śpiewaniu gospel zaraz po zbiorowym obrzucaniu się ciastem), że ateiści nie mają celu ani sensu w życiu, że każdy w końcu odnajdzie wiarę itp. W końcu to takie proste - wystarczy przecież sięgnąć po Biblię, wybrać sobie kościół i od razu zaczynasz wierzyć, prawda?

Jak to przeczytałam, to ciśnienie mi skoczyło, ale potem postanowiłam skorzystać z super porad Carnegiego, nie psuć sobie zdrowia pierdołami i nie przejmować się głupimi ludźmi. Pomyślałam sobie, że tylko zdechłych psów nikt nie kopie, pomyślałam, jaki to musi być płytki człowiek, który po prostu nie odkrył ateizmu w swoim sercu i jak bardzo mu współczuję. Postanowiłam przebaczyć mu niczym Jezus.
Ogólnie fajnie by było, gdyby był jakiś poradnik streszczający skuteczne porady dotyczące niemartwienia się w bardziej strawnej formie. Jeśli jesteście uczuleni na pierdolenie, nie czytajcie Dale'a Carnegiego.

czwartek, 28 listopada 2013

Biomet niekorzystny # 3 - mężczyzna ma misję

Jutro rozpoczynam Pierwszy Weekend od Miesiąca i sama nie wiem, co ze sobą zrobić i jak to przeżyję. Na pewno trzeba będzie usiąść z ludźmi i popierdolić o głupotach. Bez specjalnego pretekstu i takie tam - a nie każdy ma taką możliwość, o czym poniżej.
Na poranną zmianę mam okazję jeździć autobusem z radosną ekipą dziewczyn pracujących na kasie, przy czym miejsce pracy to tylko jedna z wielu informacji, jakie posiadam na ich temat. Gdybym nie zaczęła przezornie zabierać empetrójki, znałabym codzienne menu, aktualną sytuację rodzinną, choroby, stosowaną technikę depilacji... Coś nie do ogarnięcia - dwadzieścia minut nieustannego nawijania o pierdołach, na zasadzie ło jezu te mandarynki na promocji a to dobre świeże, a na zabawki a co na prezent dla małego, a ja mam urodziny w grudniu i moja koleżanka też, ło jezu to tak jak wujek Staszek ze strony babci, a wczoraj mniej ludzi było, a zimno, a to, a sramto. No właśnie - zimno, ciemno, godzina siódma rano, a te mają siłę i ochotę gadać non stop.
Wyżej opisana sytuacja potwierdza stereotypy dotyczące kobiet, które rzekomo - w przeciwieństwie do mężczyzn - trwonią czas na bezproduktywnych plotach.

Napiszę coś mało poprawnego politycznie, ale to jest prawda i mężczyzn to nie dotyczy. Ponieważ mężczyzna ma misję. Każda drobna naprawa, wyprawa po karnisz do Obi, czyszczenie wykładziny, a nawet przygotowywanie bigosu wymaga co najmniej dwóch samców plus ew. jednego w charakterze asysty. Nie bez przyczyny najpopularniejsza ekipa remontowo-budowlana w naszym kraju to Mietek ze Szwagrem. Chuj z tym, że efekty takiej działalności bywają opłakane, a sama działalność służy za pretekst do innych poczynań.


Znajomemu popsuł się kiedyś komputer. Zawołał sąsiada, sąsiad wpadł z jakimś piwem, posiedzieli, podumali i stwierdzili, że prawdopodobnie padł dysk. Poszli pożyczyć dysk od kolegi, żeby go podłączyć i zobaczyć co dalej, wrócili z dyskiem, kolegą i wódą, po czym zabrali się za testowanie sprzętu.
Obudzili się na drugi dzień, leżąc tuż przy rozkręconym komputerze. Dodajmy, że rozkręconym dokumentnie, co do jednej, najmniejszej śrubki. Nawet jakieś minimalne śrubeczki od radiatora były wykręcone i walały się wśród rozrzuconych zwłok, petów i produktów przemiany materii. Oczywiście winnych brak i nikt nic nie pamiętał.

Dlatego na przyszłość pamiętajcie - śluby są dla brzydkich i ze wsi:


Jesień już Panie, a ja co prawda mam dom, lecz jak co roku o tej porze przychodzi pora na lekturę poezji. Tym razem daruję sobie Tkaczyszyna-Dyckiego i cykl o niemaniu domu. Zauważyłam, że mało w necie Georga Trakla, postanowiłam to nadrobić, sięgnąć po wersję papierową i wrzucić mój ulubiony utwór tego autora - Ludzką nędzę. Ekspresjonizm, w sumie w tym wierszu jest całe życie.

Zegar, co w słońcu wybija pięć razy -
Samotnych ludzi chwyta ciemny dreszcz,
Z ogrodu płynie szum bezlistnych drzew,
Za oknem miga cień Zmarłego twarzy.

Może dlatego, że czas w miejscu staje.
Modre obrazy przed oczyma grają
W rytm statków, co się na rzece huśtają.
Pochód siostrzyczek wionie na bulwarze.

Dziewczęta bawią się blade i ślepe,
Jak Kochankowie się we śnie splatają,
Może to muchy nad ścierwem śpiewają,
A może w łonie matki płacze dziecię.

Z rąk lecą astry modre i czerwone,
Usta Młodzieńca mrą obce i dziwne;
Powieki drżą łagodne i lękliwe;
Woń chleba wionie w męczącej gorączce.

I zda się, że skądś krzyk okropny słychać;
Piszczele świecą w murach zawalonych.
Złe serce śmieje się w pięknych pokojach;
Przy Marzycielu jakiś pies przemyka.

W ciemności pusta trumna gdzieś się gubi.
Mordercy blado się przestrzeń rozjaśnia,
Gdy w nocnej burzy rozbłyska latarnia.
Skroń białą Szlachetnego wawrzyn zdobi.

wtorek, 15 października 2013

Dół jak Rów Mariański x 3

Tym razem chcę napisać o książkach, które są po prostu dołujące. Pozostanę oczywiście w kręgu literatury współczesnej i rozrywkowej, bo tak po prawdzie najbardziej chyba dołującą powieścią, jaką czytałam, był Germinal Zoli. Nie wspominając już o książkach całkowicie opartych na faktach.
Mój znajomy zaproponował kiedyś alternatywną imprezę pod hasłem "wszyscy chleją wódę, słuchają Toma Waitsa i płaczą". Nikt się nie pisał na taką formę rozrywki (ciekawe czemu), ale sama koncepcja nawet do mnie przemawia.


Jeżeli znudziły was skandynawskie kryminały, w których komisarz Cośtamson odkrywa mroczne powiązania pomiędzy światem prawicowych ekstremistów/emigrantów z byłej Jugosławii/hakerów a serią brutalnych morderstw, dochodząc aż do najwyższych szczebli władzy, chlejąc przy tym hektolitry kawy i użerając się z byłą żoną/patologiczną córką/upośledzonym synem, polecam powieści Karin Alvtegen. Mimo konkretnych wątków kryminalnych są to raczej thrillery psychologiczne. Powiedziałabym, że nawet bardzo psychologiczne.
Główną bohaterką "Zaginionej" jest Sybilla, kobieta z bogatej rodziny, która od 15 lat funkcjonuje jako bezdomna. Za książkę zabrałam się bez czytania recenzji i sam początek, opisujący ciekawe techniki zdobywania obiadu i noclegu na krzywy ryj, sprawił, że książka wciągnęła mnie od pierwszej strony. A potem zdołowała, bo ile można się bujać po dworcach i działkach. A potem znowu wciągnęła, bo Sybilla przez przypadek trafia tam, gdzie nie powinna i staje się najbardziej poszukiwaną osobą w kraju.
Książka do przeczytania w jeden dzień, co nie zmienia faktu, że może zdołować. Na każdej stronie jest zimno, ciemno, jest toksyczna rodzina albo miejskie podziemie, o którego istnieniu wolimy na co dzień nie myśleć. Ku refleksji.


Sama nie wiem, co mam sądzić o książkach Natsuo Kirino. Z jednej strony zaliczają się do tych nielicznych, które pragnę przeczytać, biorąc pod uwagę opis z okładki. Z drugiej zaś są ponure, brutalne i przedstawiają japońskie społeczeństwo (nie wiadomo, co gorsze). Po lekturze Ostatecznego wyjścia, gdzie bohaterki pracują w fabryce na nocną zmianę, mają w domu totalną patolę, a w końcu jedna z nich zabija męża i wspólnie pozbywają się ciała, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Oczywiście nikt w tej książce nie jest normalny. Ale to nic w porównaniu z kolejnych dziełem autorki - w "Grotesce" wszyskie główne postacie są ostro zaburzone. Mamy trzy narratorki, dwie siostry oraz ich koleżankę, które razem ukończyły bardzo prestiżową szkołę średnią, pragnęły iść na studia, zrobić karierę, ogólnie przyszłość rysowała się w jasnych barwach. Oczywiście wszystkie skończyły marnie, dwie zostały prostytutkami i zostały zamordowane przez chińskiego imigranta, który również miał tragiczne, skrajnie ciężkie życie i również jest jebanym psychopatą.
"Groteska" to gruba cegła, nie ma jakiejś super spójnej fabuły, składa się głównie z retrospekcji i dygresji mających wyjaśnić, jak doszło do opisanych na samym początku morderstw. Narratorki - zabójczo piękna psychopatka, jej aspołeczna siostra pałająca nienawiścią do świata oraz neurotyczna, cierpiąca na zaburzenia odżywiania attention whore - wciągają nas w koszmarny, hierarchiczny i opresyjny system społeczny. Nie wiadomo, który punkt widzenia przedstawia prawdę. Zasadniczo "Groteska" wykańcza. Żadnego z bohaterów nie da się polubić, żaden nawet minimalnie nie cieszy się życiem, ich motywacje są dziwaczne, wynikają z psychicznych zaburzeń.


Ostatnia propozycja, jeżeli chodzi o dołujące książki, to "Jezioro krwi i łez" Jamesa Thompsona. Ponownie mamy tutaj konkretną fabułę kryminalną z nawiązaniem do drugowojennej historii Finlandii. Fabułę poprawną, przejrzystą i nieprzekombinowaną, do której sie jednak szczegółowo nie odniosę, bo ponownie chodzi mi o ciężki klimat. Bohaterowie mają depresję totalną, bo nie ma słońca, a lato jest czasami niegorące. Pan Komisarz cierpi na przeraźliwe migreny i ma problemy z kontrolowaniem gniewu, jego żona jest w ciąży i wszyscy się boją, że po raz kolejny poroni, a na dodatek odwiedza ich radosna rodzinka z Ameryki. Szwagier bohatera jest ćpunem, a szwagierka fanatyczką religijną. Jego partner w prowadzeniu śledztwa to pozbawiony uczuć socjopata z niebotycznym IQ, dziadek był prawdopodobnie nazistowskim kolaborantem i w ogóle jest słodko.
Jedynym jasnym punktem w tej książce jest miłość. Poza tym wszystko jest chujowe. Czyli zupełnie jak w życiu. Można się za to sporo dowiedzieć o fińskim społeczeństwie, które pod pewnymi względami (alko, nieufność, obsesja na punkcie historii i te rzeczy) niespodziewanie przypomina polskie. No i mają depresję totalną. Zaczęłam jakoś tak bez sensu od drugiego tomu trylogii, czekają na mnie "Anioły śniegu" oraz "Biel Helsinek", więc zobaczymy, co jeszcze ma do zaproponowania Pan Komisarz Boli-Mnie-Głowa-Więc-Ci-Wpierdolę.

Podsumowując - jeżeli lubicie sobie czasem w smutny listopadowy ranek albo w jeszcze smutniejszy listopadowy wieczór zapuścić "Mad world", na dobicie serdecznie polecam każdą z opisanych dzisiaj pozycji.

piątek, 11 października 2013

Biomet(r) niekorzystny # 2 plus kącik edukacyjny

Jakoś do tej pory traktowałam te wszystkie dramatyczne historie o matkach z rozwydrzonymi bachorami zawłaszczającymi przestrzeń publiczną z dużą dozą dystansu. W sumie to nie ogarniam tych małych potworów i nie wiem, kto je robi, ale sama byłam jednym z nich, więc staram się być wyrozumiała. Aż tu takie dwie sytuacje mnie ostatnio spotkały.
1. Wychodzę z basenu, podchodzę do swojej szafki, a przed szafką stoi... nocnik O_o Z niezidentyfikowaną cieczą w środku. Z tego, co widziałam, dzieciak miał taką niby pieluchę do pływania, ale jakoś nie ufam takim pieluchom.
2. Stoję w kolejce do mięsnego, a przede mną babka z dzieciakiem. Dzieciak wspina się na ladę chłodniczą, po czym zsuwa się z niej gwałtownie, uderzając o mój wózek. Głową. Wielokrotnie, raz za razem. Babka nic. No to ja też nic, wózek stoi, dzieciak wspina się, zsuwa, wali głową i wszyscy zadowoleni. Nie mój problem, ale po iluś takich gwałtownych jebnięciach dziennie dzieciak może mieć coś nie tak z głową :D

Ostatnio miałam również okazję poznać legendę o tym, skąd się wzięła nazwa Toruń. Zilustrowałam tę historię w tym oto profesjonalnym komiksie:

piątek, 2 sierpnia 2013

Gdy ci smutno, gdy ci źle, zjedz se W13c

Mój ojciec zrobił konfitury i obdarował mnie słoiczkiem z nakrętką podpisaną starannie markerem: W13c. Dla niezorientowanych W=wiśnie, 13=2013 r., c=cynamon. Zgniłam.

Miałam napisać o woodstocku i o tym, czemu chcę jechać na woodstock mimo że jest brudno, śmierdzi, a w ogóle to nie lubię rocka ani metalu. Niestety zły los chciał inaczej i obecnie siedzę na L4 ze skręconą kostką. Plus jest taki, że magisterka się pisze i tragedii nie ma. Poza tym sądząc po zapachu pies sąsiadów zlał się pod drzwiami do mieszkania, więc wystarczy, że puszczę sobie Wiecznie Żywy Dżem i wydrukuję kupony na piwo, a będę miała woodstock w domu.

Dodaję parę obrazeczków z Torunia:

Po pół roku mieszkania tu, gdzie mieszkam, odkryłam to cudo pod samym blokiem. Szumnie nazwany Skwer Inwalidów Wojennych składa się z dwóch alejek, dwóch drzewek na krzyż i kawałka obsranego trawnika.

Toruńskie Muzeum Zabawek, od pani oprowadzającej dowiedzieliśmy się, że tzw. trociniaki rzadko posiadały zęby, więc ten WTF osioł jest wyjątkowy :D

Tzw. psy odpustowe, w tym pies z brwiami (?), oraz główka fryzjerska z lat 20. Kolekcja skromna, bo prywatna, za to prowadzona przez pasjonatów i za wejście jest co łaska ;)

Klaun z dziurą w głowie... Dość głośno było o lokatorach kamienicy, którzy sprzeciwiają się lokalizacji muzeum, co wydaje mi się dość idiotyczne, biorąc pod uwagę godziny otwarcia. Zastanawiam się również, czy równie gorąco protestowaliby, gdyby zamiast tego umieścić tam kolejny sklep monopolowy na Bydgoskim. If you know what I mean.

Browarna. Czy coś. Tam gdzie NRD.

Polecam również wystawę Heinza Cibulki w Centrum Sztuki Współczesnej. Facet tworzy kolaże, poezję wizualną, czy jakkolwiek to nazwać, a właściwie to wymyślił instagrama, zanim to było modne.


Jeżeli kto lubi ładną, dobrze skomponowaną, klasyczną fotografię (normalnie nie wierzę, że to piszę, ale wiem, że są tacy ludzie), to się zawiedzie. To jest poezja codzienności we wszystkich jej odcieniach.


Trzeba przyznać, że artysta się nie pierdoli i nie jest bynajmniej oderwany od rzeczywistości, co nie znaczy, że nie znajdziemy tutaj też metafizyki, a raczej jej banalnych przejawów.
Wystawa porusza w każdym razie tematy niewątpliwie bliskie każdemu i tak istotne jak: rodzenie, płodzenie, umieranie, zabijanie, jedzenie i wypróżnianie.

piątek, 19 lipca 2013

Biomet(r) niekorzystny # 1

"Sam już nie wiem, czy to ja jestem popierdolony, czy faktycznie debile dzisiaj dzwonią."

Powyższy tekst padł z ust gościa ode mnie z pracy po tym, jak klient zapytał, ale panie, co to panie kurna znaczy, że wysłano coś Pocztą Polską? No że zwykłym listem, nie wie pan, co to Poczta Polska? Aha... (minuta ciszy) Ale to kurier panie przyjedzie? Nie, wysłaliśmy zwykłym listem, Pocztą Polską. Aha... PANIE, ALE TO DZISIAJ JESZCZE BĘDZIE, JA?

Każdemu zdarza się taki dzień, że nie wychodzi absolutnie nic. Wiadomo, kawa się skończyła, pani w kiosku nie ma jak wydać z dziesięciu złotych, potem do biura przychodzi pan zabrać dystrybutor wody, bo szef nie zapłacił abonamentu (serio) itp. Ogólny wkurw można zwalić na pecha czy cokolwiek. Ale po włączeniu telefonu okazuje się, że co pięć minut dzwonią jakieś oszołomy, aby:
a) wydrzeć ryja
b) zapytać o coś tak głupiego, że nasuwa się podejrzenie o trolling.

Pytanie o Pocztę Polską padło dzisiaj bodajże trzy razy. Nie czy listem zwykłym czy poleconym, nie orientacyjny termin doręczenia, nie jakie dokumenty wysłano, tylko CO TO ZNACZY POCZTĄ POLSKĄ.
Albo dzwoni wkurwiony/oburzony klient, że dostał informację o wysyłce, a jeszcze nic nie otrzymał! No to pytam/sprawdzam, kiedy wysłano. No że wczoraj. Ale to powinno już być!
Albo z cyklu "klient miesiąca". O dziesiątej rano dzwoni dziad narąbany jak stado gwoździ i mówi:
- Dźdźbry. JAaa bym chciaaał por-zmwiać o FYNANSACH.

Dodatkowo patola z budynku mieszkalnego naprzeciwka zaczyna wyzywać się wzajemnie przy akompaniamencie hitu "Ona tańczy dla mnie" i w tym momencie wszystko staje się jasne. Ten BIOMET, konkretnie biomet niekorzystny, o którym mówią w prognozach pogody, to nie jest żadna ściema. I to nie ja jestem popierdolona - to wszyscy danego dnia mają coś z głową. Tak swoją drogą to do dziś byłam przekonana, że mówi się biometR.

Najgorsze jest to, że nie pomagają ani zakupy, ani bieganie, ani bezinteresowna złośliwość wobec ludzi. Ostatnim razem, jak nic nie pomagało, poszłam zrobić sobie piercing, tym razem jednak wolałabym tego uniknąć.

Powzięłam plan pisania magisterki od jutra, okazało się jednak, że biblioteka jest zamknięta w soboty, co oznacza ni mniej ni więcej jak branie urlopu na pisanie. Ponadto mój promotor, który jest starszy od wungla i mówi "przede wszystkiem" uznał, że ani raporty UOKiK, ani artykuły z Rzepy nie mogą robić za źródła. No nie mogą i już, mimo że robią chociażby w podręcznikach akademickich. Rozumiem, że jak ktoś pisze o ewolucji pojęcia roju pszczół od czasów Kodeksu Hammurabiego, to znajdzie full tekstów w zapleśniałych rocznikach Państwa i Prawa, ale niektórzy wolą poruszyć aktualne zagadnienia.

Przyszedł w końcu wieczór, udajemy się po piwo. Do osiedlaka. Wiadomo, że w osiedlaku pogaduszki są na porządku dziennym, ale to akurat szczegół, bo w miejscowym Lopo Karmecie jest to samo. Jedna baba przede mną robi zakupki, niby jest OK.
Pani mnie da dwa jogurty, ale nie te tamte, tylko te co pani wie, i dwie chińskie jak pani ma, albo pomidorowe, albo nie. A mnie pani tak przewiało, no pani no to trzeba uważać na ten wiater, no rehabilitację miałam, taką miałam mordę wykrzywioną przez dwa tygodnie. No jo, no i dwie tatry jeszcze, i czy ja mam mleko, a to pani da te jabłuszka, to zrobię w cieście. A to ten twaróg odłoży, bo chciałam z twarogiem, ale zrobię jabłuszka jednak. Hihihi. A to pani weźnie to mleko, bo by se zaplanowała i nie zrobiła jeszcze. A to pani da, bo by zaplanowała i nie zrobiła. Hihihi.
Piętnaście minut wyjęte z życiorysu. Plus jest taki, że po raz pierwszy piwo z lodówki kupione w tym sklepie było zimne.

Koniec smęcenia. Oby jutro biomet był korzystny. Napiszę może o genialnym i niezapomnianym koncercie Kraftwerka.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...