Jakiś czas temu po raz kolejny do zabetonowanej opinii publicznej przebił się pomysł, że religia w szkołach nie powinna być finansowana z budżetu państwa, projekt trafił do sejmu w mało fortunnym momencie, ale dobrego momentu nie było od 25 lat. Żadna partia rządząca łącznie z tymi pseudolewicowymi nie postawiła się nigdy kościołowi, obecna po prostu stosuje odrobinę mniej wazeliny, ale wystarczy gorzkich żali. Projekt oczywiście podpisałam, nie licząc totalnie na nic. Co do samej religii - zawsze znajdzie się ktoś, kto przy okazji takiej dyskusji zarzuci argument typu "och, religia w szkołach jest spoko, ale niech dzieci poznają RÓŻNE RELIGIE, niech będzie jakiś pluralizm światopoglądowy, jakaś dyskusja itp." Że niby religioznawstwo w szkołach to dobry pomysł.
Chuja tam. Co rusz słyszy się, że program szkolny jest przeładowany, że brak czasu na przygotowania do matury/egzaminów gimbazjalnych/egzaminów na zakończenie żłobka, tak więc z pewnością jeżeli zamienimy dwie godziny tygodniowo pieprzenia o starożytnym żydowskim zombie (w najlepszym wypadku, w najgorszym zaś o płaczu mordowanych embrionów) na dwie godziny pieprzenia o żydowskim zombie vs pustynnym pedofilu, to poprawi to sytuację w szkołach. Bo będzie pluralizm i dyskusja. W sumie to o czym tu można dyskutować? O tym, czy odpowiednio wypoziomowana kropka na czole zapobiega nieczystości miesiączkującej kobiety? A może o tym, czy umieszczanie penisa w niewłaściwym otworze ciała powoduje spłonięcie w ogniu, czy tylko tymczasowe oddelegowanie do otchłani? A może powinny być to zajęcia z savoir vivre'u traktujące o tym, że niektórych nie częstuje się mięsem w piątek, innych alkoholem, nie nalezy rysować karykatur proroka ani proponować katolikom seksu w gumie? Jeżeli tak to życzyłabym sobie również lekcji poświęconej spaghetti, piwu i piratom. Jeżeli mam poważnie traktować ludzi, którzy wierzą w zapłodnienie dziewicy przez siły nadprzyrodzone, to chciałabym również poważnego traktowania wiary w UFO.
Bardzo podobał mi sie podręcznik do polskiego, który kiedyś przeglądałam i w którym fragmenty Biblii zostały ujęte w rozdziale o mitologiach obok mitów indiańskich i greckich. Myślę, że podstawy konieczne do zrozumienia tekstów kultury można spokojnie omówić na języku polskim i wiedzy o kulturze i to by było na tyle, jeśli chodzi o omawianie w szkole enigmatycznych tekstów spisanych dwa tysiące lat temu przez najaranych oszołomów na pustyni (czekam na pozew). Czego natomiast brakuje w programie szkolnym i co warto byłoby moim zdaniem wprowadzić?
Po pierwsze - podstawy prawa i ekonomii. Niby coś tam jest na WOSie i przedsiębiorczości, niemniej jednak drugi przedmiot jest kolejnym dziwnym zapychaczem o nazwie z dupy, gdzie co prawda teoretycznie pisaliśmy biznesplan i CV, jednak bez żadnego odniesienia do realiów. Jeden semestr ekonomii na studiach skupiał się na teoriach XIX-wiecznych, zapodając absolutne podstawy takie jak prawo popytu i podaży w sposób bardziej suchy niż notka na wikipedii - myślę, że osoba po liceum powinna owe podstawy znać. O Marksie było coś tylko dlatego, że na ostatnim roku pojawił się w miarę zainteresowany tematem doktorant. Potem trzy czwarte społeczeństwa ze zdaną maturą myśli, że jakiś bliżej niezidentyfikowany układ trzyma ich piniondze, które powinien rozdać, bo ludzie nie majo, i zapewnić wszystkim pracę, względnie że obniżenie podatków to magiczna recepta na rozwój gospodarczy.
Po drugie w ramach nauk przyrodniczych zamiast mielenia szczegółów podziału plechy przydałoby się wprowadzić podstawy metodologii badań naukowych. Ponownie mam tutaj na myśli rozmaitej maści ignorantów typu antyszczepionkowcy czy zwolennicy homeopatii - wiem, że oszołom pozostanie oszołomem choćby wysłać go na kurs uniwersytecki z biologii, ale nawet bardziej od oszołomów wkurwiają mnie ludzie, którzy gdzieś coś usłyszeli i uważają, że może coś w tym jest i że przecież koncerny farmaceutyczne zarabiają piniondze, więc może coś w tym jest i w ogóle. Bo na kwejku pisali, że w szczepionkach jest rtęć, a ciocia męża sąsiadki wyleczyła raka pestkami owoców.
Po trzecie - edukacja seksualna połączona ze zdrowotną. Potrzeby rzetelnej informacji o antykoncepcji, fizjologii czy stawianiu granic nie trzeba raczej uzasadniać, a dla ludzi, którzy uważają, że to rodzice powinni edukować dzieci w tym temacie, odpowiedź jest prosta - może i powinni, ale nie edukują. Dodatkowo brakuje w programie wiedzy o profilaktyce zdrowotnej, genezie i leczeniu chorób (chociażby o tym, że jest wiele rodzajów raka i że mają one różne przyczyny i różne rodzaje terapii).
Gdybym była dyktatorką, to pomijając wyżej wymienione zmiany w programie szkolnym, wprowadziłabym natychmiast podpisaną w nocy ustawą trzy reformy. Po pierwsze, kary pieniężne za nieprzyjście do lekarza na umówioną wizytę bez odwołania telefonicznego. Kojarzycie ten motyw, jak przychodzi się na wyczekiwaną od miesięcy wizytę u specjalisty i okazuje się, że większość osób nie przyszła? Po drugie, akcyza na cukier i białą mąkę, bo to takie samo gówno jak alkohol i papierosy. Po trzecie, delegalizacja nagrań i wykonywania utworów zespołu Dżem. Za "Whisky moja żono" grane na deptaku na rozstrojonej gitarze - kołchoz.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
piątek, 11 marca 2016
środa, 29 kwietnia 2015
Jak zacząć myśleć - trzy książki uświadamiające dla bezkrytycznych i ciekawskich
Mam taki odchył: dostaję kurwicy, kiedy ktoś powtarza zasłyszane pseunaukowe pierdoły i miejskie legendy. Ludzie łykają dosłownie wszystko bez najmniejszej refleksji. Według popularnego filmu ze Scarlett Johansson wykorzystujemy 10% swojego mózgu. Regularnie w Ikei/Tesco porywa się dzieci na organy. Szalenie hojne firmy rozdają darmowe IPhony i doładowania do telefonów. Antyperspiranty powodują raka piersi (bardzo szkodliwy pogląd, któremu efekty są wyczuwalne latem w miejskim autobusie), a tego można z kolei wyleczyć pestkami z jabłek/olejem z marihuany, tylko złe koncerny to ukrywają.
Einstein przewraca się w grobie, widząc, jak jego twarz firmuje stronę dla debili pt. wiedza bezużyteczna, a nazwisko - łańcuszki mające udowadniać istnienie Boga. Chińczycy trzepią gruby hajs na sprzedaży plastrów i opasek, które nie robią totalnie nic. Hajs trzepią również wróżbita Maciej i Cyganka kręcąca się po Starym Mieście. Bezużyteczna podaje, że po piwie rosną cycki, co jest totalną bzdurą, bo miałabym już miseczkę E, a tu lipa. Klikalność rośnie.

Po ukończeniu szkoły uczeń wie, że Jan Paweł II był gigantycznym człowiekiem, potrafi porównać Żuławy Wiślane (dostałam kiedyś takie zadanie na sprawdzianie z geografii - "porównaj Żuławy Wiślane") i kopiować artykuły z wikipedii, nie potrafi natomiast logicznie myśleć, selekcjonować i weryfikować informacji. Myślenie bywa trudne i niekomfortowe, zdecydowanie wygodniej i przyjemniej opierać się na intuicji, zasłyszanych pogłoskach, przekazach medialnych, budując w sobie poczucie uporządkowanego świata. Świat nie jest uporządkowany ani sprawiedliwy, przypadek odgrywa większą rolę niż sądzimy, a następstwo wydarzeń nie zawsze oznacza ciąg przyczynowo-skutkowy - problem w tym, by uświadomić sobie ograniczenia naszego umysłu, które nakazują nam szukać wzorców tam, gdzie ich nie ma. Pomocne mogą okazać się książki.
Sherry Seethaler, Kłamstwa, przeklęte kłamstwa i nauka
Przystępne i wyczerpujące opracowanie ukazujące, jak działają badania naukowe i jak odsiewać informacje przekazywane przez media. W obecnym chaosie informacyjnym nie ma tak naprawdę bezstronności, poziom etyki dziennikarskiej w większości przypadków leży i kwiczy, więc tym bardziej istotne jest, by nie przyjmować bezkrytycznie medialnych doniesień. Innymi słowy - jeśli onet podaje, że otwarcie parasola w dupie leczy raka, należy najpierw spytać, jaki rodzaj raka, następnie jaka była metodologia badań itp. W efekcie okazuje się, że otwierano parasolki do drinków w dupie myszy, co spowodowało zanikanie komórek rakowych, z tym że grupy kontrolnej nie było, a jednocześnie stosowano inne środki. Jeśli gazeta.pl pisze, że odkryto gen cellulitu, to znaczy, że niedouczony bałwan na śmieciówce przetłumaczył tekst z Daily Mail nie sprawdzając nawet, co wiadomo o genetyce i że nie ma czegoś takiego jak pojedynczy gen warunkujący daną cechę.
Poza komunikatywnym stylem istotną zaletą książki jest fakt, że porusza najbardziej medialne zagadnienia, czyli właśnie kwestie raka, otyłości itp., wskazuje również na grupy interesów pojawiające się w mediach.
Michael Shermer, Why people believe weird things
Książka napisana jakiś czas temu siłą rzeczy nie porusza tak aktualnych problemów jak ruch antyszczepionkowy czy rynek suplementów. Autor analizuje natomiast genezę i założenia innych grup oszołomów typu kreacjoniści czy ludzie negujący holocaust - o ile w tych dwóch przypadkach wyjaśnieniem zdaje się być zwykła głupota, o tyle ciężko podsumować w ten sposób opisane przykłady inteligentnych, wykształconych osób wierzących w porwania przez kosmitów czy bezkrytycznie wyznających filozofię Ayn Rand we wszystkich dziedzinach życia. Tak dochodzimy do kluczowego pytania zadanego w tytule, które zostaje następnie rozwinięte - why SMART people believe weird things? Wyjaśnienie tej kwestii jest złożone i fascynujące, częściowo opierające się na naszej niechęci do wyjścia ze strefy komfortu i weryfikacji głęboko zakorzenionych przekonań.
Niestety brak polskiego tłumaczenia (da się zrobić, chętnie przyjmę hajs), ale książka napisana jest przystępnym językiem.
Daniel Kahneman, Pułapki myślenia
Trudno przyjąć do wiadomości, że nie powinniśmy ufać nawet samym sobie. Zgodnie z paradygmatem nadal obowiązującym w ekonomii i naukach społecznych ludzie są racjonalni - nic dziwnego, skoro każdy pragnie uważać się za rozsądnego człowieka. Musiało minąć sporo czasu, zanim wykazano, że błędy poznawcze są tak powszechne, że racjonalność wyborów dokonywanych w wielu dziedzinach życia społecznego, a w niektórych przypadkach nawet wolną wolę i jakąkolwiek sprawczość można uznać praktycznie za iluzję. Poniekąd jest to zgodne z moimi przekonaniami, aczkolwiek możliwe, że sama popełniam błąd, który można podsumować cytatem ze starego skeczu - "ja wiedziałem, że tak będzie". Post factum wiele osób twierdzi bowiem z pełnym przekonaniem, że przewidziało niespodziewane wydarzenia, mimo iż w rzeczywistości tak nie było.
Wnioski płynące z lektury są niepokojące, podważają bowiem nasz ugruntowany obraz świata i - uwaga - negują sens istnienia całych gałęzi gospodarki. Mało tego - okazuje się, że np. menadżer chcący zracjonalizować proces zgodnie z aktualną wiedzą naukową błyskawicznie wyleci z pracy. Pozycja godna przeczytania i przemyślenia.
Einstein przewraca się w grobie, widząc, jak jego twarz firmuje stronę dla debili pt. wiedza bezużyteczna, a nazwisko - łańcuszki mające udowadniać istnienie Boga. Chińczycy trzepią gruby hajs na sprzedaży plastrów i opasek, które nie robią totalnie nic. Hajs trzepią również wróżbita Maciej i Cyganka kręcąca się po Starym Mieście. Bezużyteczna podaje, że po piwie rosną cycki, co jest totalną bzdurą, bo miałabym już miseczkę E, a tu lipa. Klikalność rośnie.

Po ukończeniu szkoły uczeń wie, że Jan Paweł II był gigantycznym człowiekiem, potrafi porównać Żuławy Wiślane (dostałam kiedyś takie zadanie na sprawdzianie z geografii - "porównaj Żuławy Wiślane") i kopiować artykuły z wikipedii, nie potrafi natomiast logicznie myśleć, selekcjonować i weryfikować informacji. Myślenie bywa trudne i niekomfortowe, zdecydowanie wygodniej i przyjemniej opierać się na intuicji, zasłyszanych pogłoskach, przekazach medialnych, budując w sobie poczucie uporządkowanego świata. Świat nie jest uporządkowany ani sprawiedliwy, przypadek odgrywa większą rolę niż sądzimy, a następstwo wydarzeń nie zawsze oznacza ciąg przyczynowo-skutkowy - problem w tym, by uświadomić sobie ograniczenia naszego umysłu, które nakazują nam szukać wzorców tam, gdzie ich nie ma. Pomocne mogą okazać się książki.
Sherry Seethaler, Kłamstwa, przeklęte kłamstwa i nauka
Przystępne i wyczerpujące opracowanie ukazujące, jak działają badania naukowe i jak odsiewać informacje przekazywane przez media. W obecnym chaosie informacyjnym nie ma tak naprawdę bezstronności, poziom etyki dziennikarskiej w większości przypadków leży i kwiczy, więc tym bardziej istotne jest, by nie przyjmować bezkrytycznie medialnych doniesień. Innymi słowy - jeśli onet podaje, że otwarcie parasola w dupie leczy raka, należy najpierw spytać, jaki rodzaj raka, następnie jaka była metodologia badań itp. W efekcie okazuje się, że otwierano parasolki do drinków w dupie myszy, co spowodowało zanikanie komórek rakowych, z tym że grupy kontrolnej nie było, a jednocześnie stosowano inne środki. Jeśli gazeta.pl pisze, że odkryto gen cellulitu, to znaczy, że niedouczony bałwan na śmieciówce przetłumaczył tekst z Daily Mail nie sprawdzając nawet, co wiadomo o genetyce i że nie ma czegoś takiego jak pojedynczy gen warunkujący daną cechę.
Poza komunikatywnym stylem istotną zaletą książki jest fakt, że porusza najbardziej medialne zagadnienia, czyli właśnie kwestie raka, otyłości itp., wskazuje również na grupy interesów pojawiające się w mediach.
Michael Shermer, Why people believe weird things
Książka napisana jakiś czas temu siłą rzeczy nie porusza tak aktualnych problemów jak ruch antyszczepionkowy czy rynek suplementów. Autor analizuje natomiast genezę i założenia innych grup oszołomów typu kreacjoniści czy ludzie negujący holocaust - o ile w tych dwóch przypadkach wyjaśnieniem zdaje się być zwykła głupota, o tyle ciężko podsumować w ten sposób opisane przykłady inteligentnych, wykształconych osób wierzących w porwania przez kosmitów czy bezkrytycznie wyznających filozofię Ayn Rand we wszystkich dziedzinach życia. Tak dochodzimy do kluczowego pytania zadanego w tytule, które zostaje następnie rozwinięte - why SMART people believe weird things? Wyjaśnienie tej kwestii jest złożone i fascynujące, częściowo opierające się na naszej niechęci do wyjścia ze strefy komfortu i weryfikacji głęboko zakorzenionych przekonań.
Niestety brak polskiego tłumaczenia (da się zrobić, chętnie przyjmę hajs), ale książka napisana jest przystępnym językiem.
Daniel Kahneman, Pułapki myślenia
Trudno przyjąć do wiadomości, że nie powinniśmy ufać nawet samym sobie. Zgodnie z paradygmatem nadal obowiązującym w ekonomii i naukach społecznych ludzie są racjonalni - nic dziwnego, skoro każdy pragnie uważać się za rozsądnego człowieka. Musiało minąć sporo czasu, zanim wykazano, że błędy poznawcze są tak powszechne, że racjonalność wyborów dokonywanych w wielu dziedzinach życia społecznego, a w niektórych przypadkach nawet wolną wolę i jakąkolwiek sprawczość można uznać praktycznie za iluzję. Poniekąd jest to zgodne z moimi przekonaniami, aczkolwiek możliwe, że sama popełniam błąd, który można podsumować cytatem ze starego skeczu - "ja wiedziałem, że tak będzie". Post factum wiele osób twierdzi bowiem z pełnym przekonaniem, że przewidziało niespodziewane wydarzenia, mimo iż w rzeczywistości tak nie było.
Wnioski płynące z lektury są niepokojące, podważają bowiem nasz ugruntowany obraz świata i - uwaga - negują sens istnienia całych gałęzi gospodarki. Mało tego - okazuje się, że np. menadżer chcący zracjonalizować proces zgodnie z aktualną wiedzą naukową błyskawicznie wyleci z pracy. Pozycja godna przeczytania i przemyślenia.
wtorek, 28 kwietnia 2015
Grażyny nauki
Festiwal Nauki i Sztuki - zajebista sprawa, aczkolwiek nie rozumiem, po co zabierać dzieciaki na eventy typu wykład z historii chirurgii, na którym pokazywano zdjęcia z gastroskopii. Jak co roku wejściówki rozdawano od godziny 16, natomiast już o 15:30 kolejka wychodziła na ulicę. O 16:20 praktycznie nic nie zostało, na co oczywiście ludzie zaczęli się pruć na facebooku: ale jak to, oni chcieli przyjść z dziećmi, czemu tak mało wejściówek (rozdawali zaledwie 1500), czemu nikt nie pomyślał, przecież MY MAMY DZIECI. No kurwa, bo sale wykładowe powinny być większe w środku, a prowadzący posiadać zmieniacz czasu Hermiony, w końcu co to dla fizyków z UMK.
Obserwatorium astronomiczne w Piwnicach, wszyscy słuchają zainteresowani oprócz dwójki drących mordy dzieciaków i towarzyszącej im Grażyny. Prowadzący zachęca do zadawania pytań, na co Grażyna odzywa się z oburzeniem:
- Tu jest strasznie zimno! Jak wy tu siedzicie i obserwujecie, jak jest tak zimno!
- No wie pani, obserwacje nie są prowadzone bezpośrednio, tylko w innym pomieszczeniu z pozycji komputera.
- To co pan nam kity wciska, że mamy patrzeć w soczewkę i wtedy coś zobaczymy! - i foch.
Oprócz zwiedzania obserwatorium udało nam się załapać na pokaz w planetarium oraz wejście na wieżę ratusza. Wuchta wiary, ludzie stoją kulturalnie w kolejce do teleskopu, podziwiając panoramę miasta i cykając fotki, aż nagle odzywa się oburzona Grażyna:
- Proszę państwa, a my idziemy czy stoimy?!
- No czekamy do teleskopu, każdy chce zobaczyć itp.
- Ale to albo w te albo wewte, ile można czekać, hurr durr.
Mimo wszystko było fajnie, miałam okazję zobaczyć pasy na Jowiszu i księżyce galileuszowskie. Boję się, co będzie się działo na Skywayu, myślę, że najlepsza opcja to rozłożyć się na mieście z jakimś chińskim gównem do kupienia albo w strojach piratów i przynajmniej zarobić na tych bałwanach.

Ten oto artefakt podziwiam z okna stołówki w pracy.


Miasto.



Więcej fotek m.in. z opuszczonych miejsc do obczajenia na facebooku.
Obserwatorium astronomiczne w Piwnicach, wszyscy słuchają zainteresowani oprócz dwójki drących mordy dzieciaków i towarzyszącej im Grażyny. Prowadzący zachęca do zadawania pytań, na co Grażyna odzywa się z oburzeniem:
- Tu jest strasznie zimno! Jak wy tu siedzicie i obserwujecie, jak jest tak zimno!
- No wie pani, obserwacje nie są prowadzone bezpośrednio, tylko w innym pomieszczeniu z pozycji komputera.
- To co pan nam kity wciska, że mamy patrzeć w soczewkę i wtedy coś zobaczymy! - i foch.
Oprócz zwiedzania obserwatorium udało nam się załapać na pokaz w planetarium oraz wejście na wieżę ratusza. Wuchta wiary, ludzie stoją kulturalnie w kolejce do teleskopu, podziwiając panoramę miasta i cykając fotki, aż nagle odzywa się oburzona Grażyna:
- Proszę państwa, a my idziemy czy stoimy?!
- No czekamy do teleskopu, każdy chce zobaczyć itp.
- Ale to albo w te albo wewte, ile można czekać, hurr durr.
Mimo wszystko było fajnie, miałam okazję zobaczyć pasy na Jowiszu i księżyce galileuszowskie. Boję się, co będzie się działo na Skywayu, myślę, że najlepsza opcja to rozłożyć się na mieście z jakimś chińskim gównem do kupienia albo w strojach piratów i przynajmniej zarobić na tych bałwanach.
Ten oto artefakt podziwiam z okna stołówki w pracy.
Miasto.
Więcej fotek m.in. z opuszczonych miejsc do obczajenia na facebooku.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Neandertalczyk współcześnie - trzy ciekawe książki
Mam znajomą z archeologii, która miała kiedyś totalną fazę na neandertalczyków, a szczególnie fascynowała ją teoria o krzyżowaniu się neandertalczyków z homo sapiens. Byłyśmy w klubie, kiedy ujrzałyśmy dobrze zbudowanego kolesia z wydatnymi łukami brwiowymi i cofniętym podbródkiem. "Patrz, neandertalczyk" - powiedziała moja kumpela z zachwytem. Niestety koleś to usłyszał i nie zajarzył, że to komplement - spojrzał na nią z oburzeniem i z podrywu nici.
Neandertalczyk w odróżnieniu od Aborygenów czy Indian jest wyrzutem sumienia całej ludzkości. Co prawda ciężko, żebyśmy brali na siebie winę za wydarzenia sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat, trudno jednak nie zadawać sobie pytań, co by było, gdyby oba gatunki mogły egzystować obok siebie i gdyby neandertalczycy przetrwali. Czy zgodna egzystencja byłaby możliwa, czy raczej dochodziłoby do rywalizacji i podbojów? Co by się stało, gdyby człowiek neandertalski trafił z kolei do współczesnego świata, w którym króluje homo sapiens? Poniżej trzy książki, które rozwijają ten szalony, działający na wyobraźnię pomysł.
1. Gareth Roberts - Doctor Who. Only human.
Niestety z książek o Doktorze przetłumaczono na polski tylko kilka wydanych w latach 80. (nic specjalnego), teraz czytam sobie o przygodach Dziewiątego w oryginale, raz że z sentymentu (i smutno mi, że takie fajne pomysły nie zostały zekranizowane), dwa - żeby wzbogacić słownictwo o inne pojęcia niż tłoczniki wielogniazdowe czy statystyczna wydajność procesu. Naprawdę warto, bo historie są świetne, pomysłowe, po prostu doktorowe - "Deviant Strain" z fabułą toczącą się w rosyjskiej arktycznej bazie wojskowej, w klimacie "Thing" Carpentera czy "Ice" z pierwszego sezonu "Z Archiwum X", "Only Human" - z neandertalczykiem przeniesionym w czasy współczesne...
.jpg)
Na okładce widzimy jaskiniowca, przy czym od razu warto zaznaczyć, że neandertalczyk raczej tak nie wyglądał. Miał co prawda dziwną mordę, ale po ogoleniu i przebraniu nie różniłby się od przeciętnego kibica Elany. Gorzej z przystosowaniem do realiów. Na szczęście ten, który wylądował w Londynie, trafił pod opiekę Doktora wraz z moją ulubioną ekipą, czyli Rose i Jackiem. Jego przybycie tworzy groźną wyrwę czasową i Doktor odkrywa, że wynika to z zastosowania prymitywnego wehikułu czasu - aby zapobiec dalszym zagrożeniem, wyrusza w miejsce, z którego przysłano jaskiniowca, i trafia na alternatywną przyszłość ludzkości z wysoce rozwiniętą fizyką oraz biologią i brakiem jakiejkolwiek elektroniki. Neandertalczyk pozostaje pod opieką Jacka, dzięki technologii władców czasu szybko uczy się języka i innych potrzebnych umiejętności. Jego przejścia w Londynie stanowią poboczny wątek historii i są przy tym szalenie zabawne - z pomocą Jacka znajduje pracę na budowie, podając się za emigranta z Rumunii, po czym zaczyna wyrywać laski...
2. Isaac Asimov, Robert Silverberg - Brzydki mały chłopiec
Jakie kwalifikacje i cechy charakteru powinna posiadać osoba z gatunku homo sapiens, która ma wychowywać neandertalskie dziecko? Kurs pedagogiczny niestety raczej nie wystarczy, potrzebna jest wiedza z zakresu medycyny, biologii, psychologii i niewyobrażalna empatia. Po pierwszych udanych próbach przeniesienia z przeszłości skał, roślin czy małych zwierząt naukowcy decydują się na sprowadzenie do naszych czasów neandertalskiego chłopca. Timmy trafia pod opiekę panny Fellowes (btw - określenie "panna" w polskich przekładach brzmi mocno sztucznie), konserwatywnej pielęgniarki-pracoholiczki, która początkowo przeżywa szok, widząc dziwacznie wyglądające, zachowujące się jak zwierzę dziecko. Okazuje się - jakżeby inaczej - że po długich i mozolnych ćwiczeniach neandertalczyk jest w stanie przyswoić podstawy języka, nauczyć się jeść sztućcami i nawiązywać kontakty społeczne. Z biegiem czasu bohaterka przywiązuje się do dziecka, które stanowi jednak przede wszystkim obiekt badań naukowych i jako taki jest traktowany przez badaczy...
Równolegle do historii Timmy'ego we współczesnych czasach poznajemy historię plemienia, z którego został porwany, i które właśnie stanęło przed wyzwaniem - musi stawić czoła nowej, agresywnej rasie najeźdźców o płaskich twarzach. Moim zdaniem wątek mniej interesujący, ale generalnie nie przepadam za indiańskim pierdololo o ochronie dzikiej przyrody i kulcie przodków. Mało w książce twardego science-fiction, więcej psychologii, socjologii i... oligofrenopedagogiki? Chyba tak. Kilka pytań do przemyślenia oraz naprawdę poruszających momentów.

3. Robert Sawyer - Hominidzi
Pierwsza część trylogii neandertalskiej, może kiedyś wezmę się za pozostałe części - co mi lekko przeszkadza w tej książce, to że jest strasznie amerykańska, w innych książkach Sawyera nie rzucała mi się w oczy aż tak silna tendencja w stronę "ekranizowalności". Nazwijmy to w ten sposób. Pomysł na fabułę jest genialny, wręcz doktorowy - podczas eksperymentu z akceleratorem cząstek otwiera się równoległy wymiar, w którym to homo sapiens wyginął, a cywilizację stworzyli neandertalczycy. Do naszego świata trafia Ponter Boddit, naukowiec, który po początkowym szoku nawiązuje kontakt z ludźmi z pomocą zaawansowanego komputera - oczywiście pojawienie się neandertalczyka staje się medialną sensacją, pojawiają się dylematy natury ontologicznej, religijnej, ryzyko pojawienia się nieznanych chorób...
Równolegle toczy się wątek przyjaciela Pontera, który w swoim świecie zostaje oskarżony o zabójstwo. Autor dość ostro szarżuje z przedstawieniem równoległej cywilizacji, ale bez większych przegięć. Świat neandertalczyków jest z jednej strony harmonijny, pokojowy, pozbawiony religii i wojen, z drugiej - poddany nieustannej inwigilacji. Fascynujący jest sposób, w jaki autor rozwiązał kwestię relacji społecznych w świecie, w którym kobiety mają zsynchronizowany cykl miesiączkowy, rozród sterowany jest odgórnie, aby nie dopuścić do przeludnienia, a gospodarstwa domowe prowadzone są przez pary jednopłciowe. O ile świat bez religii stanowi cudowną wizję, to może budzić pewne wątpliwości - w końcu z neandertalczykami dzielimy większość DNA, a potrzeba wiary w siłę wyższą, przynajmniej na prymitywnym etapie rozwoju cywilizacji, jest niejako wdrukowana w ludzką naturę. Jeszcze mniej prawdopodobny wydaje się rozwój technologiczny i logistyczny w świecie pozbawionym rolnictwa. Co ciekawe, neandertalczycy są na diecie paleo.
Mimo pewnych niedociągnięć (totalnie zbędny wątek gwałtu plus marysuizm niektórych postaci) książka się broni dzięki brawurowym pomysłom i świetnej kreacji świata przedstawionego, aczkolwiek chwilami wydaje się fabularnie toporna. Generalnie Sawyera stać na więcej.
Na podstawie źródeł archeologicznych nie jesteśmy w stanie ocenić potencjału neandertalczyków, niemniej jednak w popkulturze powstał jakiś tam stereotyp: że kontakt z naturą, prostolinijność, brak agresji w porównaniu do homo sapiens. Nie możemy wiedzieć, jak rozwinęliby się nasi pobratymcy, gdyby zapewnić im niezakłócony rozwój i dla odmiany przeczytałabym coś o innej wizji neandertalczyka. Nie da się ukryć, że postać tak podobna do nas, a zarazem tak odmienna fascynuje i przeraża.
Neandertalczyk w odróżnieniu od Aborygenów czy Indian jest wyrzutem sumienia całej ludzkości. Co prawda ciężko, żebyśmy brali na siebie winę za wydarzenia sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat, trudno jednak nie zadawać sobie pytań, co by było, gdyby oba gatunki mogły egzystować obok siebie i gdyby neandertalczycy przetrwali. Czy zgodna egzystencja byłaby możliwa, czy raczej dochodziłoby do rywalizacji i podbojów? Co by się stało, gdyby człowiek neandertalski trafił z kolei do współczesnego świata, w którym króluje homo sapiens? Poniżej trzy książki, które rozwijają ten szalony, działający na wyobraźnię pomysł.
1. Gareth Roberts - Doctor Who. Only human.
Niestety z książek o Doktorze przetłumaczono na polski tylko kilka wydanych w latach 80. (nic specjalnego), teraz czytam sobie o przygodach Dziewiątego w oryginale, raz że z sentymentu (i smutno mi, że takie fajne pomysły nie zostały zekranizowane), dwa - żeby wzbogacić słownictwo o inne pojęcia niż tłoczniki wielogniazdowe czy statystyczna wydajność procesu. Naprawdę warto, bo historie są świetne, pomysłowe, po prostu doktorowe - "Deviant Strain" z fabułą toczącą się w rosyjskiej arktycznej bazie wojskowej, w klimacie "Thing" Carpentera czy "Ice" z pierwszego sezonu "Z Archiwum X", "Only Human" - z neandertalczykiem przeniesionym w czasy współczesne...
.jpg)
Na okładce widzimy jaskiniowca, przy czym od razu warto zaznaczyć, że neandertalczyk raczej tak nie wyglądał. Miał co prawda dziwną mordę, ale po ogoleniu i przebraniu nie różniłby się od przeciętnego kibica Elany. Gorzej z przystosowaniem do realiów. Na szczęście ten, który wylądował w Londynie, trafił pod opiekę Doktora wraz z moją ulubioną ekipą, czyli Rose i Jackiem. Jego przybycie tworzy groźną wyrwę czasową i Doktor odkrywa, że wynika to z zastosowania prymitywnego wehikułu czasu - aby zapobiec dalszym zagrożeniem, wyrusza w miejsce, z którego przysłano jaskiniowca, i trafia na alternatywną przyszłość ludzkości z wysoce rozwiniętą fizyką oraz biologią i brakiem jakiejkolwiek elektroniki. Neandertalczyk pozostaje pod opieką Jacka, dzięki technologii władców czasu szybko uczy się języka i innych potrzebnych umiejętności. Jego przejścia w Londynie stanowią poboczny wątek historii i są przy tym szalenie zabawne - z pomocą Jacka znajduje pracę na budowie, podając się za emigranta z Rumunii, po czym zaczyna wyrywać laski...
2. Isaac Asimov, Robert Silverberg - Brzydki mały chłopiec
Jakie kwalifikacje i cechy charakteru powinna posiadać osoba z gatunku homo sapiens, która ma wychowywać neandertalskie dziecko? Kurs pedagogiczny niestety raczej nie wystarczy, potrzebna jest wiedza z zakresu medycyny, biologii, psychologii i niewyobrażalna empatia. Po pierwszych udanych próbach przeniesienia z przeszłości skał, roślin czy małych zwierząt naukowcy decydują się na sprowadzenie do naszych czasów neandertalskiego chłopca. Timmy trafia pod opiekę panny Fellowes (btw - określenie "panna" w polskich przekładach brzmi mocno sztucznie), konserwatywnej pielęgniarki-pracoholiczki, która początkowo przeżywa szok, widząc dziwacznie wyglądające, zachowujące się jak zwierzę dziecko. Okazuje się - jakżeby inaczej - że po długich i mozolnych ćwiczeniach neandertalczyk jest w stanie przyswoić podstawy języka, nauczyć się jeść sztućcami i nawiązywać kontakty społeczne. Z biegiem czasu bohaterka przywiązuje się do dziecka, które stanowi jednak przede wszystkim obiekt badań naukowych i jako taki jest traktowany przez badaczy...
Równolegle do historii Timmy'ego we współczesnych czasach poznajemy historię plemienia, z którego został porwany, i które właśnie stanęło przed wyzwaniem - musi stawić czoła nowej, agresywnej rasie najeźdźców o płaskich twarzach. Moim zdaniem wątek mniej interesujący, ale generalnie nie przepadam za indiańskim pierdololo o ochronie dzikiej przyrody i kulcie przodków. Mało w książce twardego science-fiction, więcej psychologii, socjologii i... oligofrenopedagogiki? Chyba tak. Kilka pytań do przemyślenia oraz naprawdę poruszających momentów.

3. Robert Sawyer - Hominidzi
Pierwsza część trylogii neandertalskiej, może kiedyś wezmę się za pozostałe części - co mi lekko przeszkadza w tej książce, to że jest strasznie amerykańska, w innych książkach Sawyera nie rzucała mi się w oczy aż tak silna tendencja w stronę "ekranizowalności". Nazwijmy to w ten sposób. Pomysł na fabułę jest genialny, wręcz doktorowy - podczas eksperymentu z akceleratorem cząstek otwiera się równoległy wymiar, w którym to homo sapiens wyginął, a cywilizację stworzyli neandertalczycy. Do naszego świata trafia Ponter Boddit, naukowiec, który po początkowym szoku nawiązuje kontakt z ludźmi z pomocą zaawansowanego komputera - oczywiście pojawienie się neandertalczyka staje się medialną sensacją, pojawiają się dylematy natury ontologicznej, religijnej, ryzyko pojawienia się nieznanych chorób...
Równolegle toczy się wątek przyjaciela Pontera, który w swoim świecie zostaje oskarżony o zabójstwo. Autor dość ostro szarżuje z przedstawieniem równoległej cywilizacji, ale bez większych przegięć. Świat neandertalczyków jest z jednej strony harmonijny, pokojowy, pozbawiony religii i wojen, z drugiej - poddany nieustannej inwigilacji. Fascynujący jest sposób, w jaki autor rozwiązał kwestię relacji społecznych w świecie, w którym kobiety mają zsynchronizowany cykl miesiączkowy, rozród sterowany jest odgórnie, aby nie dopuścić do przeludnienia, a gospodarstwa domowe prowadzone są przez pary jednopłciowe. O ile świat bez religii stanowi cudowną wizję, to może budzić pewne wątpliwości - w końcu z neandertalczykami dzielimy większość DNA, a potrzeba wiary w siłę wyższą, przynajmniej na prymitywnym etapie rozwoju cywilizacji, jest niejako wdrukowana w ludzką naturę. Jeszcze mniej prawdopodobny wydaje się rozwój technologiczny i logistyczny w świecie pozbawionym rolnictwa. Co ciekawe, neandertalczycy są na diecie paleo.
Mimo pewnych niedociągnięć (totalnie zbędny wątek gwałtu plus marysuizm niektórych postaci) książka się broni dzięki brawurowym pomysłom i świetnej kreacji świata przedstawionego, aczkolwiek chwilami wydaje się fabularnie toporna. Generalnie Sawyera stać na więcej.
Na podstawie źródeł archeologicznych nie jesteśmy w stanie ocenić potencjału neandertalczyków, niemniej jednak w popkulturze powstał jakiś tam stereotyp: że kontakt z naturą, prostolinijność, brak agresji w porównaniu do homo sapiens. Nie możemy wiedzieć, jak rozwinęliby się nasi pobratymcy, gdyby zapewnić im niezakłócony rozwój i dla odmiany przeczytałabym coś o innej wizji neandertalczyka. Nie da się ukryć, że postać tak podobna do nas, a zarazem tak odmienna fascynuje i przeraża.
sobota, 10 stycznia 2015
Trzy fajne książki o mózgu
Masz co najmniej dwa mózgi (a przypuszczalnie znacznie więcej): jeden produkuje myśli, o których myślisz, że masz nad nimi kontrolę - to do tego mózgu prawdopodobnie odwołujesz się, gdy "określasz stan swojego umysłu", podejmując decyzję. Drugi mózg to ten, który bez twojej wiedzy podejmuje w twoim umyśle decyzję za ciebie.
Jay Ingram, Płonący dom. Odkrywając tajemnice mózgu
Możliwe, że świadomość jest tylko formą istnienia materii taką jak stan skupienia czy ładunek elektryczny, co jest zajebiste i przerażające zarazem. Możliwe również, że skomplikowana maszyna, jaką jest ludzki mózg, nie jest w stanie zrozumieć samej siebie, co jest z kolei nieco dołujące, ale próbować zawsze warto. Dlatego wezmę dziś na tapetę trzy fascynujące popularnonaukowe książki traktujące o badaniach ludzkiego mózgu.
1. Jay Ingram, Płonący dom. Odkrywając tajemnice mózgu
Jak zapowiada autor we wstępie - w książce nie ma ani słowa o różnicach między płciami, o ośrodkach mózgu odpowiedzialnych za doznania seksualne ani o tym, że wykorzystujemy 10% swojego potencjału (mój ulubiony mit ze stron typu wiedza bezużyteczna, zdelegalizowałabym takie strony i wyjebała każdemu, kto to powtarza). Jest za to sporo o podstawowych funkcjach takich jak zapamiętywanie, uczenie się, rozpoznawanie twarzy czy śnienie - i o tych podstawowych funkcjach wiemy zdumiewająco mało. Na co dzień nasze postrzeganie rzeczywistości wygląda fajnie i stabilnie, więc raczej nie zastanawiamy się nad jego charakterem, który bynajmniej nie jest obiektywny. Tak w skrócie - wspomnienia są zniekształcone i bardzo podatne na manipulację, można stracić pamięć krótkotrwałą, pamięć twarzy albo być przekonanym, że twoja ręka nie należy do ciebie. Niefajnie. A to wszystko czysta neurologia, nie mówimy tu o zaburzeniach psychologicznych.

2. Oliver Sacks, Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem
Dziwnych zaburzeń ciąg dalszy, tym razem książka w całości poświęcona ludziom, którzy nie rozpoznają przedmiotów, nie czują własnego ciała, nie postrzegają lewej strony, cierpią na zespół Tourette'a czy posiadają genialne zdolności matematyczne przy jednoczesnym autyzmie. Autor pracował z opisywanymi pacjentami i z dużą dawką empatii skupia się na ich prywatnych historiach, zachowując jednocześnie naukowe podejście do sprawy. Historie te bywają zaś dramatyczne, bywają wzruszające, bywają i optymistyczne, jak w przypadku starszej kobiety, która odzyskała popęd seksualny na skutek uszkodzenia mózgu.
3. Jürgen Thorwald, Kruchy dom duszy
Trzecia - po "Stuleciu chirurgów" o początkach chirurgii jako takiej oraz "Triumfie chirurgów" o przeszczepach - część cyklu Thorwalda, poświęcona tym razem chirurgii mózgu. Ponownie mamy tutaj skupienie na prywatnych historiach pacjentów i lekarzy, książkę czyta się niemal jak kryminał. Fascynująca i przerażająca jednocześnie, pokazuje trudne początki chirurgii mózgu, która przez długi czas była dziedziną niejako eksperymentalną. Dla współczesnego czytelnika wręcz szokująca może być brawura, z jaką działali pionierzy medycyny - zaczynając od usuwania guzów mózgu praktycznie na oślep, poprzez osławioną lobotomię oraz inne eksperymentalne techniki powodujące niekiedy nieodwracalne skutki, dochodząc w końcu do zadowalających rezultatów. Historia neurochirurgii jest krótka i fakt, że obecnie jesteśmy w stanie przeprowadzać operacje na otwartym mózgu z dobrym skutkiem, zawdzięczamy eksperymentom budzącym we współczesnym czytelniku uzasadnione wątpliwości etyczne.
Jay Ingram, Płonący dom. Odkrywając tajemnice mózgu
Możliwe, że świadomość jest tylko formą istnienia materii taką jak stan skupienia czy ładunek elektryczny, co jest zajebiste i przerażające zarazem. Możliwe również, że skomplikowana maszyna, jaką jest ludzki mózg, nie jest w stanie zrozumieć samej siebie, co jest z kolei nieco dołujące, ale próbować zawsze warto. Dlatego wezmę dziś na tapetę trzy fascynujące popularnonaukowe książki traktujące o badaniach ludzkiego mózgu.
1. Jay Ingram, Płonący dom. Odkrywając tajemnice mózgu
Jak zapowiada autor we wstępie - w książce nie ma ani słowa o różnicach między płciami, o ośrodkach mózgu odpowiedzialnych za doznania seksualne ani o tym, że wykorzystujemy 10% swojego potencjału (mój ulubiony mit ze stron typu wiedza bezużyteczna, zdelegalizowałabym takie strony i wyjebała każdemu, kto to powtarza). Jest za to sporo o podstawowych funkcjach takich jak zapamiętywanie, uczenie się, rozpoznawanie twarzy czy śnienie - i o tych podstawowych funkcjach wiemy zdumiewająco mało. Na co dzień nasze postrzeganie rzeczywistości wygląda fajnie i stabilnie, więc raczej nie zastanawiamy się nad jego charakterem, który bynajmniej nie jest obiektywny. Tak w skrócie - wspomnienia są zniekształcone i bardzo podatne na manipulację, można stracić pamięć krótkotrwałą, pamięć twarzy albo być przekonanym, że twoja ręka nie należy do ciebie. Niefajnie. A to wszystko czysta neurologia, nie mówimy tu o zaburzeniach psychologicznych.

2. Oliver Sacks, Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem
Dziwnych zaburzeń ciąg dalszy, tym razem książka w całości poświęcona ludziom, którzy nie rozpoznają przedmiotów, nie czują własnego ciała, nie postrzegają lewej strony, cierpią na zespół Tourette'a czy posiadają genialne zdolności matematyczne przy jednoczesnym autyzmie. Autor pracował z opisywanymi pacjentami i z dużą dawką empatii skupia się na ich prywatnych historiach, zachowując jednocześnie naukowe podejście do sprawy. Historie te bywają zaś dramatyczne, bywają wzruszające, bywają i optymistyczne, jak w przypadku starszej kobiety, która odzyskała popęd seksualny na skutek uszkodzenia mózgu.
3. Jürgen Thorwald, Kruchy dom duszy
Trzecia - po "Stuleciu chirurgów" o początkach chirurgii jako takiej oraz "Triumfie chirurgów" o przeszczepach - część cyklu Thorwalda, poświęcona tym razem chirurgii mózgu. Ponownie mamy tutaj skupienie na prywatnych historiach pacjentów i lekarzy, książkę czyta się niemal jak kryminał. Fascynująca i przerażająca jednocześnie, pokazuje trudne początki chirurgii mózgu, która przez długi czas była dziedziną niejako eksperymentalną. Dla współczesnego czytelnika wręcz szokująca może być brawura, z jaką działali pionierzy medycyny - zaczynając od usuwania guzów mózgu praktycznie na oślep, poprzez osławioną lobotomię oraz inne eksperymentalne techniki powodujące niekiedy nieodwracalne skutki, dochodząc w końcu do zadowalających rezultatów. Historia neurochirurgii jest krótka i fakt, że obecnie jesteśmy w stanie przeprowadzać operacje na otwartym mózgu z dobrym skutkiem, zawdzięczamy eksperymentom budzącym we współczesnym czytelniku uzasadnione wątpliwości etyczne.
wtorek, 16 grudnia 2014
Nabierz perspektywy - "Miliardy miliardy" Carla Sagana
Chciałbym wierzyć, że po śmierci powrócę do życia i że jakaś myśląca, pamiętająca, czująca część mnie będzie trwać. Ale chociaż bardzo pragnę znaleźć w sobie tę wiarę, chociaż pradawne, ogólnoludzkie tradycje mówią, że istnieje życie pozagrobowe, nie wiadomo mi o żadnym fakcie, który wskazywałby, że wierzenia te nie są tylko pobożnym życzeniem. (...) Świat jest tak piękny, tak pełen miłości i moralnej głębi, że nie ma sensu oszukiwać się ładnymi historyjkami, na których poparcie mamy niewiele dowodów. Wydaje mi się, że o wiele lepiej spojrzeć Śmierci w oczy i każdego dnia odczuwać wdzięczność za te krótkie, lecz wspaniałe chwile dawane przez życie.
Carl Sagan, Miliardy miliardy
Zawsze czekam na większą imprezę albo na możliwość wydania większego hajsu na buty/kosmetyki/bieliznę wielce napalona, a po wszystkim czuję się wypalona i pusta wewnętrznie, bo uświadamiam sobie, że nie kręci mnie to już tak jak kiedyś. Tym razem było combo, bo i zakupy, i korpo impreza (na której zresztą trochę mnie poniosło). Ponownie przyszedł czas, żeby złapać oddech, nabrać dystansu i pomyśleć o tym, co naprawdę ważne. Z pomocą ponownie przyszedł mi Carl Sagan.
Uwielbiam Sagana, uwielbiam "Kontakt" i serię dokumentalną "Kosmos". "Miliardy miliardy" to książka wydana u schyłku życia autora, zawierająca rekapitulację jego poglądów na życie, wszechświat i całą resztę. Stanowi zbiór luźno powiązanych esejów dotykających najistotniejszych tematów, którymi zajmował się Sagan - tytułowe "Miliardy miliardy" to przypisywane mu powiedzenie, odnoszące się do kwestii bardzo podstawowych z punktu widzenia współczesnej nauki, ale w gruncie rzeczy nie do ogarnięcia. Rozmiary wszechświata. Wzrost zaludnienia na Ziemi. Atomy, molekuły, wirusy, bakterie. E=mc2.
Żyjemy w pięknych czasach - już w szkole podstawowej uświadamia się nam, jak złożona jest natura wszechświata. Mamy powszechną edukację, skuteczną antykoncepcję, czystą wodę, błyskawiczną komunikację, względnie przyzwoity poziom medycyny (mam na myśli, że w Europie nie umieramy już na gruźlicę/cukrzycę/whatever). Biorąc pod uwagę rosnącą popularność pseudonauki, odnoszę wrażenie, że mało kto to docenia. Dopiero patrząc z odpowiedniej perspektywy, życie jako takie wydaje się warte przeżycia. Sagan pozwala tę perspektywę dostrzec.
Rozwój nauki to jedno, druga kwestia to fantastyczna przypadkowość istnienia. Jest sprawą zdumiewającego zbiegu okoliczności, że Ziemia znalazła się w odpowiedniej odległości od Słońca, że ma idealną wielkość, skład chemiczny i pole magnetyczne, że znalazła się na linii ostrzału obfitujących w proste związki organiczne komet (obecnie chyba najbardziej popularna teoria początków życia), że nastąpiło jedno i drugie wielkie wymieranie i pozwoliło gadom ssakokształtnym, a następnie ssakom przejąć znany nam świat. Wszystkie te zbiegi okoliczności zebrane do kupy są zdecydowanie bardziej zajebiste niż wersja ze spersonifikowanym, wszechmocnym bytem, który nie wiedzieć czemu jest szalenie zainteresowany naszym życiem seksualnym, ubiorem oraz zwyczajami żywieniowymi.
Sagan patrzy również na etykę z naukowego, sceptycznego punktu widzenia, analizując zasady moralne przewijające się przez całą historię ludzkości w świętych księgach i kodeksach oraz zasadność ich stosowania w przypadku konfliktów politycznych. Odwołuje się również do teorii gier i opisuje stricte naukowe argumenty pro choice i pro life - bardzo to odmienne od emocjonalnej debaty, jaką na co dzień serwują media. Żyjemy ostatnimi czasy w terrorze emocji i podejścia opartego na partykularnych interesach.
Autor stara się również uświadomić czytelnika, jak bardzo zniszczona jest nasza planeta i jak wielki wpływ mamy na ekosystem - o ile szary człowiek niewiele może w tej kwestii zdziałać, o tyle warto mieć świadomość, że gospodarka jest istotna, lecz długofalowe koszty mogą potencjalnie przeważyć nad zyskami. I nie będzie żadnej gospodarki.
Ostatni rozdział buduje niemal prywatną więź z czytelnikiem - generalnie polecam przeczytać, ponieważ są to sprawy najwyższej wagi opisane w książce o dość skromnych rozmiarach. Pokazuje ona, że ateistyczny racjonalizm posiada własną etykę - moim zdaniem głębszą i bardziej dojrzałą niż ta podyktowana religią. Jako gatunek jesteśmy niczym osoba zaciągająca kredyt bez zamiaru spłaty, nie licząc się z tym, że zadłużenie odziedziczą jej dzieci.
Tu możecie adoptować pszczołę.
Tu możecie polubić mnie na facebooku.
Carl Sagan, Miliardy miliardy
Zawsze czekam na większą imprezę albo na możliwość wydania większego hajsu na buty/kosmetyki/bieliznę wielce napalona, a po wszystkim czuję się wypalona i pusta wewnętrznie, bo uświadamiam sobie, że nie kręci mnie to już tak jak kiedyś. Tym razem było combo, bo i zakupy, i korpo impreza (na której zresztą trochę mnie poniosło). Ponownie przyszedł czas, żeby złapać oddech, nabrać dystansu i pomyśleć o tym, co naprawdę ważne. Z pomocą ponownie przyszedł mi Carl Sagan.
Uwielbiam Sagana, uwielbiam "Kontakt" i serię dokumentalną "Kosmos". "Miliardy miliardy" to książka wydana u schyłku życia autora, zawierająca rekapitulację jego poglądów na życie, wszechświat i całą resztę. Stanowi zbiór luźno powiązanych esejów dotykających najistotniejszych tematów, którymi zajmował się Sagan - tytułowe "Miliardy miliardy" to przypisywane mu powiedzenie, odnoszące się do kwestii bardzo podstawowych z punktu widzenia współczesnej nauki, ale w gruncie rzeczy nie do ogarnięcia. Rozmiary wszechświata. Wzrost zaludnienia na Ziemi. Atomy, molekuły, wirusy, bakterie. E=mc2.
Żyjemy w pięknych czasach - już w szkole podstawowej uświadamia się nam, jak złożona jest natura wszechświata. Mamy powszechną edukację, skuteczną antykoncepcję, czystą wodę, błyskawiczną komunikację, względnie przyzwoity poziom medycyny (mam na myśli, że w Europie nie umieramy już na gruźlicę/cukrzycę/whatever). Biorąc pod uwagę rosnącą popularność pseudonauki, odnoszę wrażenie, że mało kto to docenia. Dopiero patrząc z odpowiedniej perspektywy, życie jako takie wydaje się warte przeżycia. Sagan pozwala tę perspektywę dostrzec.
Rozwój nauki to jedno, druga kwestia to fantastyczna przypadkowość istnienia. Jest sprawą zdumiewającego zbiegu okoliczności, że Ziemia znalazła się w odpowiedniej odległości od Słońca, że ma idealną wielkość, skład chemiczny i pole magnetyczne, że znalazła się na linii ostrzału obfitujących w proste związki organiczne komet (obecnie chyba najbardziej popularna teoria początków życia), że nastąpiło jedno i drugie wielkie wymieranie i pozwoliło gadom ssakokształtnym, a następnie ssakom przejąć znany nam świat. Wszystkie te zbiegi okoliczności zebrane do kupy są zdecydowanie bardziej zajebiste niż wersja ze spersonifikowanym, wszechmocnym bytem, który nie wiedzieć czemu jest szalenie zainteresowany naszym życiem seksualnym, ubiorem oraz zwyczajami żywieniowymi.
Sagan patrzy również na etykę z naukowego, sceptycznego punktu widzenia, analizując zasady moralne przewijające się przez całą historię ludzkości w świętych księgach i kodeksach oraz zasadność ich stosowania w przypadku konfliktów politycznych. Odwołuje się również do teorii gier i opisuje stricte naukowe argumenty pro choice i pro life - bardzo to odmienne od emocjonalnej debaty, jaką na co dzień serwują media. Żyjemy ostatnimi czasy w terrorze emocji i podejścia opartego na partykularnych interesach.
Autor stara się również uświadomić czytelnika, jak bardzo zniszczona jest nasza planeta i jak wielki wpływ mamy na ekosystem - o ile szary człowiek niewiele może w tej kwestii zdziałać, o tyle warto mieć świadomość, że gospodarka jest istotna, lecz długofalowe koszty mogą potencjalnie przeważyć nad zyskami. I nie będzie żadnej gospodarki.
Ostatni rozdział buduje niemal prywatną więź z czytelnikiem - generalnie polecam przeczytać, ponieważ są to sprawy najwyższej wagi opisane w książce o dość skromnych rozmiarach. Pokazuje ona, że ateistyczny racjonalizm posiada własną etykę - moim zdaniem głębszą i bardziej dojrzałą niż ta podyktowana religią. Jako gatunek jesteśmy niczym osoba zaciągająca kredyt bez zamiaru spłaty, nie licząc się z tym, że zadłużenie odziedziczą jej dzieci.
Tu możecie adoptować pszczołę.
Tu możecie polubić mnie na facebooku.
czwartek, 1 maja 2014
Ulubione książki popularnonaukowe # 1
Czasami dla odmiany lubię poczytać sobie coś rozwojowego, z tzw. wiedzy ogólnej, uwielbiam historię medycyny i badań kosmosu, jaram się fizyką kwantową chociaż jej nie rozumiem i takie tam. Oto subiektywny wybór książek, które wciągnęły mnie dokumentnie i które czytało mi się lepiej niż kryminały mimo stricte naukowej treści.
1. Stulecie chirurgów, Jürgen Thorwald

Polecam wszystkie książki Thorwalda, wybór Stulecia chirurgów wynika tylko z kolejności chronologicznej (chyba). Jest to historia początków współczesnej chirurgii, od pierwszego zabiegu usunięcia jebitnie wielkiego guza na jajniku (bez znieczulenia of course) po nowoczesną anestezjologię. Książka szokująca, szczególnie dla mnie jako dla osoby zainteresowanej historią rozwoju nauki. XIX wiek zawsze wydawał mi się taki strasznie elo do przodu, typu omg wiemy już wszystko lecim paralotnią na Marsa. Każdy gentleman w Anglii zbierał skamieliny itp., ale bardzo długo nikomu nie przyszło do głowy, że gaz rozweselający używany powszechnie dla beki może być wykorzystany przy zabiegach medycznych i że warto również zacząć prać prześcieradła w szpitalach. Studenci wracali z prosektorium i szli odbierać porody, a koleś każący im myć ręce był uważany za dziwaka, amputacje odbywały się publicznie, wykonywane przez doktorów w cylindrach i frakach... Wiele rzeczy całkiem dla nas oczywistych ma zdumiewająco krótką historię.
W kolejnej części, Triumfie chirurgów, Thorwald opisuje długą drogę do pierwszych udanych przeszczepów - nie tylko rzetelną pracę lekarzy, lecz także kurioza typu ten oto chory radziecki eksperyment z psem. Książka również fascynująca i przerażająca zarazem, szczególnie jeśli chodzi o prywatne historie pacjentów, którzy w zasadzie mieli wybór - umrzeć lub zostać niejako królikiem doświadczalnym bez żadnej gwarancji przeżycia.
Thorwald napisał również dwie książki z dziedziny historii kryminalistyki i pozycje te po raz kolejny uświadomiły mi, że rzeczy dla nas oczywiste zostały wprowadzone całkiem niedawno - rzetelny, naukowo prowadzony proces sądowy również ma stosunkowo krótką historię. Sherlock Holmes i jego klasyfikacja popiołu z papierosów i ziemi z różnych zakątków Londynu to jeden z przykładów, jak łączono praktyczne śledztwo z XIX-wieczną fazą na punkcie metod naukowych (podaję przykład Sherlocka, bo w tym wypadku fikcja odpowiada rzeczywistości). A ile w tym dłubania, to ja nawet nie, w sumie do dziś nie mieści mi się w głowie, że do niedawna nie było AFIS i trzeba było ręcznie (ocznie?) porównywać ślady linii papilarnych.
2. Najwspanialsze widowisko świata, Richard Dawkins
Przystępne przedstawienie teorii ewolucji, którą większość społeczeństwa kojarzy jako teorię pochodzenia człowieka od małpy i tym podobne uproszczenia. Póki co nie jest u nas tak źle jak w Ameryce, gdzie dowolny bełkot można obronić poprzez odniesienia religijne, ale pomału zmierzamy w tym kierunku. Serio, nie pamiętam, żeby jeszcze kilka lat temu ktokolwiek negował ewolucję, a teraz wystarczy, że jakaś tępa dzida zacznie się rzucać że omg to som moje poglądy i nie obrażaj wierzących i nie można złego słowa powiedzieć. Tak jak na obrazku poniżej, co prawda KK nie neguje ewolucji, ale zawsze znajdą się oszołomy świętsze od papieża.

Napiszę wprost: trzeba być debilem z brakami w podstawowej edukacji, być ślepym albo mieć łeb zaimpregnowany propagandą, żeby pisać takie pierdoły. Jak dla mnie kreacjoniści stoją na równi z gimbusami z forum o zjawiskach paranormalnych wierzących w cywilizację żyjącą wewnątrz pustej Ziemi albo jakąś równie durną teorię spiskową. Wystarczy poobserwować przyrodę, by ewolucja całkiem instynktownie wydała się logicznym rozwiązaniem, a jak głębiej poznamy mechanizmy, to wszystko zaczyna się układać w głowie z porażającą konsekwencją.
Mamy w zasadzie dwa podstawowe problemy z ewolucją. Po pierwsze, idealizm platoński nakazuje nam myśleć o każdym gatunku jako o skończonym i kompletnym, nieświadomie mamy w głowie ideał kota, ideał człowieka itp. Jest to bardzo głęboko zakorzeniony schemat utrudniający przyjęcie płynnych granic rozwoju gatunków i z tego punktu widzenia Platon zrobił nam krzywdę. Po drugie, krzywdę zrobiło nam również chrześcijaństwo, za sprawą którego postrzegamy człowieka jako koronę stworzenia i ciężko nam przyjąć, że jesteśmy totalnie przypadkową odnogą i za sprawą małego zbiegu okoliczności moglibyśmy nie istnieć, a w zamian po Ziemi chodziłyby myślące dinozaury czy coś.
Jestem skłonna zaryzykować tezę, że gdyby nie Platon i Jezus bylibyśmy w Europie mocno do przodu i zaoszczędzilibyśmy kupę czasu i energii zmarnowanych na zajmowanie się pierdołami. Ale to tak na marginesie.
Będzie o tym jeszcze mowa, gdy dojdę do książki Billa Brysona: mamy niesamowite szczęście, że ewolucja poszła w tym kierunku, a patrząc na wcześniejszy okres - że Ziemia znajduje się w idealnej odległości od Słońca i takie tam. Niektórzy pewnie zinterpretowaliby to jako dowód na istnienie siły wyższej, ja zaś uważam, że w nieskończenie wielkim Wszechświecie może się zdarzyć nieskończenie wiele przypadków.
Tyle, jeśli chodzi o moje przemyślenia. Polecam poczytać Dawkinsa, który w międzyczasie awansował co prawda na jakieś guru gimboateistów, ale krzywe skojarzenia nijak nie ujmują mu erudycji i zdolności opisywania skomplikowanych mechanizmów natury w sposób zrozumiały dla laika. Ewolucja dzieje się na naszych oczach - wystarczy dostrzec pewne schematy i wszystko układa się w zdumiewająco spójną całość.
W kolejnej notce będzie trochę o historii wszechświata i o nieprawdopodobnie dziwnych zaburzeniach neurologicznych :)
1. Stulecie chirurgów, Jürgen Thorwald

Polecam wszystkie książki Thorwalda, wybór Stulecia chirurgów wynika tylko z kolejności chronologicznej (chyba). Jest to historia początków współczesnej chirurgii, od pierwszego zabiegu usunięcia jebitnie wielkiego guza na jajniku (bez znieczulenia of course) po nowoczesną anestezjologię. Książka szokująca, szczególnie dla mnie jako dla osoby zainteresowanej historią rozwoju nauki. XIX wiek zawsze wydawał mi się taki strasznie elo do przodu, typu omg wiemy już wszystko lecim paralotnią na Marsa. Każdy gentleman w Anglii zbierał skamieliny itp., ale bardzo długo nikomu nie przyszło do głowy, że gaz rozweselający używany powszechnie dla beki może być wykorzystany przy zabiegach medycznych i że warto również zacząć prać prześcieradła w szpitalach. Studenci wracali z prosektorium i szli odbierać porody, a koleś każący im myć ręce był uważany za dziwaka, amputacje odbywały się publicznie, wykonywane przez doktorów w cylindrach i frakach... Wiele rzeczy całkiem dla nas oczywistych ma zdumiewająco krótką historię.
W kolejnej części, Triumfie chirurgów, Thorwald opisuje długą drogę do pierwszych udanych przeszczepów - nie tylko rzetelną pracę lekarzy, lecz także kurioza typu ten oto chory radziecki eksperyment z psem. Książka również fascynująca i przerażająca zarazem, szczególnie jeśli chodzi o prywatne historie pacjentów, którzy w zasadzie mieli wybór - umrzeć lub zostać niejako królikiem doświadczalnym bez żadnej gwarancji przeżycia.
Thorwald napisał również dwie książki z dziedziny historii kryminalistyki i pozycje te po raz kolejny uświadomiły mi, że rzeczy dla nas oczywiste zostały wprowadzone całkiem niedawno - rzetelny, naukowo prowadzony proces sądowy również ma stosunkowo krótką historię. Sherlock Holmes i jego klasyfikacja popiołu z papierosów i ziemi z różnych zakątków Londynu to jeden z przykładów, jak łączono praktyczne śledztwo z XIX-wieczną fazą na punkcie metod naukowych (podaję przykład Sherlocka, bo w tym wypadku fikcja odpowiada rzeczywistości). A ile w tym dłubania, to ja nawet nie, w sumie do dziś nie mieści mi się w głowie, że do niedawna nie było AFIS i trzeba było ręcznie (ocznie?) porównywać ślady linii papilarnych.
2. Najwspanialsze widowisko świata, Richard Dawkins
Przystępne przedstawienie teorii ewolucji, którą większość społeczeństwa kojarzy jako teorię pochodzenia człowieka od małpy i tym podobne uproszczenia. Póki co nie jest u nas tak źle jak w Ameryce, gdzie dowolny bełkot można obronić poprzez odniesienia religijne, ale pomału zmierzamy w tym kierunku. Serio, nie pamiętam, żeby jeszcze kilka lat temu ktokolwiek negował ewolucję, a teraz wystarczy, że jakaś tępa dzida zacznie się rzucać że omg to som moje poglądy i nie obrażaj wierzących i nie można złego słowa powiedzieć. Tak jak na obrazku poniżej, co prawda KK nie neguje ewolucji, ale zawsze znajdą się oszołomy świętsze od papieża.

Napiszę wprost: trzeba być debilem z brakami w podstawowej edukacji, być ślepym albo mieć łeb zaimpregnowany propagandą, żeby pisać takie pierdoły. Jak dla mnie kreacjoniści stoją na równi z gimbusami z forum o zjawiskach paranormalnych wierzących w cywilizację żyjącą wewnątrz pustej Ziemi albo jakąś równie durną teorię spiskową. Wystarczy poobserwować przyrodę, by ewolucja całkiem instynktownie wydała się logicznym rozwiązaniem, a jak głębiej poznamy mechanizmy, to wszystko zaczyna się układać w głowie z porażającą konsekwencją.
Mamy w zasadzie dwa podstawowe problemy z ewolucją. Po pierwsze, idealizm platoński nakazuje nam myśleć o każdym gatunku jako o skończonym i kompletnym, nieświadomie mamy w głowie ideał kota, ideał człowieka itp. Jest to bardzo głęboko zakorzeniony schemat utrudniający przyjęcie płynnych granic rozwoju gatunków i z tego punktu widzenia Platon zrobił nam krzywdę. Po drugie, krzywdę zrobiło nam również chrześcijaństwo, za sprawą którego postrzegamy człowieka jako koronę stworzenia i ciężko nam przyjąć, że jesteśmy totalnie przypadkową odnogą i za sprawą małego zbiegu okoliczności moglibyśmy nie istnieć, a w zamian po Ziemi chodziłyby myślące dinozaury czy coś.
Jestem skłonna zaryzykować tezę, że gdyby nie Platon i Jezus bylibyśmy w Europie mocno do przodu i zaoszczędzilibyśmy kupę czasu i energii zmarnowanych na zajmowanie się pierdołami. Ale to tak na marginesie.
Będzie o tym jeszcze mowa, gdy dojdę do książki Billa Brysona: mamy niesamowite szczęście, że ewolucja poszła w tym kierunku, a patrząc na wcześniejszy okres - że Ziemia znajduje się w idealnej odległości od Słońca i takie tam. Niektórzy pewnie zinterpretowaliby to jako dowód na istnienie siły wyższej, ja zaś uważam, że w nieskończenie wielkim Wszechświecie może się zdarzyć nieskończenie wiele przypadków.
Tyle, jeśli chodzi o moje przemyślenia. Polecam poczytać Dawkinsa, który w międzyczasie awansował co prawda na jakieś guru gimboateistów, ale krzywe skojarzenia nijak nie ujmują mu erudycji i zdolności opisywania skomplikowanych mechanizmów natury w sposób zrozumiały dla laika. Ewolucja dzieje się na naszych oczach - wystarczy dostrzec pewne schematy i wszystko układa się w zdumiewająco spójną całość.
W kolejnej notce będzie trochę o historii wszechświata i o nieprawdopodobnie dziwnych zaburzeniach neurologicznych :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)