Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmos. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmos. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 sierpnia 2015

Spiski kiedyś i dziś - "Z archiwum X"/"Mr Robot"

Nie przesadzając mogę stwierdzić, że "Z archiwum X" to jeden z najlepszych seriali, jakie widziałam. Zaskakująca i trzymająca w napięciu fabuła praktycznie w każdym odcinku, niesamowita atmosfera, złożone postacie oraz różnorodność antagonistów - od pedalskich wampirów i zmiennokształtnych po klasyczne, roswellowskie szaraki - to wszystko sprawia, że chyba każdy poza antyfanami gatunku znajdzie coś dla siebie. Przyznaję, że po latach ilość odcinków nieco mnie przytłoczyła, na początek obejrzałam dwa sezony - nieco naiwne, takie se jeśli chodzi o efekty specjalne i obfitujące w poduszki na ramionach oraz workowate marynary, co dla mnie stanowi jednak plus ze względu na klimat retro - potem oglądałam to, co dawali akurat na kanale weeb.tv, na skutek czego obejrzałam przez przypadek finał ostatniego sezonu. Potem zlikwidowali kanał, obejrzałam więc odcinki z różnych list typu Top 10, potem większość szóstego sezonu, który jest naprawdę zajebisty i jakoś tak to leci. Ale naprawdę szanuję ludzi, którzy obejrzeli wszystko po kolei, a tym bardziej ogarnęli całą mitologię.

Lata dziewięćdziesiąte i dwutysięczne dały nam coś, co ktoś ładnie określił jako ukąszenie daenikenowskie. Książki Daenikena były u mnie w chacie, w sumie nie wiem czemu (podobnie jak "Święty Graal, święta krew", książka, która zainspirowała Dana Browna) i uznałam wówczas starożytnych kosmitów za bardziej prawdopodobną opcję niż pierdy, które sprzedawano na lekcjach religii. Biedronka nie była taka jak teraz, że ciecierzyca, krewetki, świeże warzywka, chuje muje dzikie węże - pośród brudnych kartonów i pasztetów z psa sprzedawano tam gazetkę o znamiennym tytule "Prawda" (ktoś to pamięta? bo nie znalazłam żadnej wzmianki w necie, a szkoda), w której było dużo o UFO, samozapłonach i seryjnych mordercach. Na MTV była muzyka, na Cartoon Network Chojrak, a Discovery dawało co wieczór programy o mumiach i oczywiście UFO - piękne czasy.



Ogólnie chciałabym być jak Scully - zawsze opanowana, kulturalna, elokwentna i z wielką klasą. Mam trochę problem z jej katolicyzmem, ale Amerykanie chyba postrzegają katolicyzm jakoś dziwnie. Ulubione odcinki Archiwum? Póki co: "Home", który swego czasu wywołał skandal jako zbyt brutalny i szokujący, jednak współczesny widz zaznajomiony z produkcjami typu "Piła" może odbierać go bardziej jako kamp. "Ice", genialna reinterpretacja "The Thing" Carpentera. Seria "Anasazi"/"Blessing Way"/"Paper Clips" - dochodzenie do prawdy o UFO ukrywanej przez rząd z udziałem ekipy nerdów (genialni bohaterowie, muszę kiedyś obejrzeć spin-off) oraz Indian. "Bad blood" - komediowy odcinek o wampirach, but still better than Twilight. "Triangle" z wątkiem Trójkąta Bermudzkiego i statku uwięzionego w dziurze czasoprzestrzennej. "Dreamland", zamiana ciał, dużo akcji, elementy komediowe plus spory kawałek x-filowskiej mitologii. "Monday", czyli dzień świstaka, "Arcadia" - odcinek udowadniający, że mili ludzie to zaraza, w którym Moulder i Scully podszywają się pod parę nowożeńców w idyllicznej społeczności osiedla domków jednorodzinnych, wreszcie "Field trip" - kraina grzybów w hardkorowej wersji z halucynogennymi grzybami trawiącymi ludzi.

Niestety lata mijają, tracimy niewinność, oglądam filmik z autopsji kosmity, zrobiłam się bardziej Scully i myślę sobie, że wtf, kto normalny robi tak słabą dokumentację z badania istoty pozaziemskiej, w dodatku na kawałku obsranego stołu w laboratorium niewyglądającym na szczyt techniki i bez kombinezonu zakrywającego szczelnie ciało. Kupuję bardziej wersję Sagana niż Daenikena, spisek ukrywający odwiedziny istot pozaziemskich nie istnieje i bardzo mnie to martwi. Co innego złe korporacje rządzące światem. O tym jest właśnie "Mr Robot".

Żeby nie było - nie uważam, że grupa panów w czarnych garniturach ustala nieoficjalnie, co ma się zdarzyć i po co, nie wierzę w rząd światowy, NWO i całą resztę tym podobnego crapu (w "Archiwum" panowie w czarnych garniturach celowo byli mocno groteskowi, co strasznie mi się podoba, obecnie noszą ciuchy od projektantów). Niemniej jednak korporacje są obecnie równie potężne jak państwa, a co gorsza - chuja można im zrobić. Praca za miskę ryżu, inwigilacja w internecie, banksterka, lobbing, nawet taki banał jak sprzedaż gówna z syropem g-f zwanym dla niepoznaki jedzeniem, by następnie sprzedać niedziałające środki na odchudzanie - to są realne problemy, które nie dotykają nas jeszcze w tym stopniu co Amerykanów - plus zamieszkiwania peryferii Europy. Po prostu to wszystko nie jest scentralizowane, co lubią sugerować zwolennicy teorii spiskowych.



"Mr Robot" opowiada historię aspołecznego programisty z dziwną mordą imieniem Eliot, który pracując dla korporacji zabezpieczającej sieci komputerowe, nawiązuje jednocześnie kontakt z podziemiem hakerskim. Generalnie jakoś nie kupuję tych jego zaburzeń, ma sporo znajomych jak na zaburzonego typa, a objawy typu niechęć do dotyku to mam i ja i jakoś nie uważam się za chorą. Mniejsza z tym. Akcja rozwija się dynamicznie dzięki fajnie prowadzonym wątkom pobocznym - są dragi, zdrady, wycieki nagich fotek i ciężkie dylematy moralne. Eliot - mimo prób prowadzenia ustabilizowanego, zwyczajnego życia - czuje, że ze światem jest coś nie tak. Inwigilując ludzi w sieci, odkrywa ich najciemniejsze tajemnice i cały moralny gnój skrywany skrzętnie pod maską normalności.

W takiej sytuacji zastaje go tajemniczy Mr Robot, enigmatyczny przywódca hakerskiej organizacji, który nic nie mówi wprost, tylko wygłasza wyjątkowo wkurwiające teksty mające zapewne dać nam do myślenia. Spoko. Jest kilka teorii na jego temat, ja wstrzymam się przynajmniej do końca sezonu. Ogląda się naprawdę dobrze, więc polecam ogarnąć zanim zrobi się mainstreamowe i wszyscy zaczną przeżywać.

Aha - Martin Wallström w roli korpo-kurwy z wszechpotężnego Evil Corp jest przegenialny, dla mnie jest współczesnym American Psycho, który co prawda nie morduje, niemniej jednak ma swoje za uszami. Mocny wątek.

Jeśli chcesz mnie inwigilować na fejsie, zapraszam do polubienia.

piątek, 14 sierpnia 2015

Smutny kosmita w czasach zimnej wojny, czyli "Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia"

W 1951 roku - mimo, że minęły trzy lata od incydentu w Rosswell - szaraki nie były jeszcze szczególnie popularne. Filmowe wizje kosmitów były różnorodne, od Bloba po przemalowanych na srebrno ludzi. Twórcy "Dnia, w którym zatrzymała się Ziemia" postawili na prostotę, jednocześnie tworząc film o jednoznacznie pacyfistycznym charakterze, z optymistyczną wizją życia pozaziemskiego niezagrażającego nam inwazją.

Czytając streszczenie filmu i oglądając zdjęcia, spodziewałam się naprawdę srogiego paździerzu i beki porównywalnej z "Robot Monster". "Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia" okazał się natomiast nieco naiwnym, mocno amerykańskim i osadzonym w duchu epoki filmem ze świetną fabułą, dobrymi jak na owe czasy efektami specjalnymi oraz ujęciami kojarzącymi się z kinem noir czy nawet niemieckim ekspresjonizmem.



W Waszyngtonie (jakżeby inaczej) ląduje dizajnerski statek kosmiczny, z którego wychodzi odziany w kombinezon humanoidalny kosmita wraz z asystującym robotem. Traktuję to w sumie już jako konwencję - Robot Monster również samodzielnie podbija Ziemię, Slytheeni robią to w pięć osób, po co komu większa ekipa, jeśli jest się kosmitą dysponującym zajebistą technologią. Przybysz zwany Klaatu wyjmuje super teleskop, mający być podarunkiem dla Ziemian, co zostaje mylnie zinterpretowane i dostaje kulkę w ramię, po czym trafia do szpitala. Pragnie zwołać zebranie przedstawicieli wszystkich narodów świata, aby ostrzec ich przed dalszym rozwojem broni jądrowej, jako że Ziemia zaczyna stanowić zagrożenie i pozaziemskie organizacje pokojowe rozważają jej zniszczenie. W dobie zimnej wojny zorganizowanie spotkania okazuje się jednak niemożliwe. Zniecierpliwiony ucieka ze szpitala i wynajmuje pokój u starszej pani (tak, brzmi to głupio), szukając rozwiązania sytuacji. Poznaje lokatorkę Helen, która na czas randkowania zostawia mu pod opieką dzieciaka. Prosi go o pokazanie miasta, na co dzieciak zabiera go na grób swojego poległego na wojnie ojca (tak, brzmi jeszcze głupiej). Dodajmy, że po zdjęciu kombinezonu kosmita jest normalnym, mówiącym po angielsku typem. Chyba lepsze to, niż silenie się na wymyślne kostiumy.



W ramach ciekawostki muszę wspomnieć o tym, że po raz pierwszy zetknęłam się z postacią kobiecą w filmie z lat 50., która nie jest bezwolnym cielakiem ani tępą dzidą. Samotna matka pracująca jako sekretarka w korporacji, umiejąca postawić na swoim, w miarę rozwoju akcji ujawniająca odwagę i szlachetność - gdzie tam do niej jakimś głupim dziuniom z "Zabójczych ryjówek" czy właśnie "Robot Monster". Duży plus dla filmu. Kolejnym jest konsekwencja i logika fabuły, czego na próżno szukać we współczesnych produkcjach.

Klaatu nawiązuje kontakt z przedstawicielami świata nauki, podczas gdy rząd organizuje na niego obławę - i tak oto genialny, dysponujący zaawansowaną technologią kosmita ukrywa się na Ziemi, próbując pokojowymi środkami przekonać do swoich racji zaślepionych ludzi. Zadanie na kreatywność - co byście zrobili w takiej sytuacji, by wywołać na świecie poważny, dający do myślenia kryzys i przeprowadzić demonstrację siły, jednocześnie nikogo nie krzywdząc i nie niszcząc niczego? Klaatu taki kryzys wywołuje, za wsparcie mając Helen, irytującego dzieciaka (który średnio co minutę mówi entuzjastycznie "OK") oraz wybitnego naukowca, a mimo to samotny niczym zesłany na Ziemię Władca Czasu. Ogólnie mimo dynamicznej fabuły "Dzień..." ma melancholijny klimat, podkreślany jeszcze przez czarno-białe, kontrastowe ujęcia. Jak widać na załączonych obrazkach, bywają naprawdę piękne (dobra opcja na zdjęcie w tle).



"Dzień...", jak na owe czasy zrobiony z zajebistym rozmachem, dzisiaj sprawia kameralne wrażenie - szczególnie sceny we wnętrzach, które nijak nie sugerują, że mamy do czynienia z science fiction. Mimo prostego, pacyfistycznego przesłania i naiwnego happy endu jak przystało w amerykańskich filmach, współczesny widz może wyciągnąć dużo więcej. Dla mnie jest to opowieść o samotności, idealizmie i niezrozumieniu w świecie ogarniętym szaleństwem. Jeśli ktoś lubi klimaty retro, jak najbardziej polecam - na pewno jest bardziej przystępne w odbiorze niż np. "Metropolis".

P.S. Jednego nie mogę przeżyć. W końcowej scenie Klaatu wyciąga do Helen rękę, zapraszając ją na pokład statku kosmicznego. Skojarzenie z Doktorem jest dla mnie nieuniknione. Jednak Helen owo zaproszenie odrzuca. Dlaczego?

czwartek, 23 lipca 2015

Nephilim, klony smoleńskie i deski przepełnione miłością

Wspominałam już kiedyś, że lubię oszołomów? Fascynują mnie, a im bardziej odjechana faza, tym lepiej. Kuc, którego złe państwo okrada z pieniędzy (chyba kurwa ze stypendium socjalnego), a geje próbują zgwałcić na każdym kroku, to banał i zasługuje raczej na pogardę. Za to ludzie, którzy np. widzą wszędzie jaszczury z kosmosu, wierzą, że Ziemia jest pusta w środku czy mają implanty wszczepione przez obcych to moi idole. Nie wnikam, gdzie przebiega granica między oderwaniem od rzeczywistości i nadmiaru filmów z żółtymi napisami a chorobą psychiczną. Niektóre teorie spiskowe poziomem ułańskiej fantazji wygrywają z kinem akcji, a przy okazji są nieszkodliwe w przeciwieństwie np. do antyszczepionkowców.
Ponieważ miałam ochotę na solidną dawkę odmóżdżenia, ściągnęłam sobie "Ręce precz od tej książki" - analiza już wkrótce, póki co wrzucam post zamieszczony kilka lat temu na starym blogu, a tyczący się skromnych rozmiarów książeczki, którą otrzymałam od randomowego gościa na toruńskiej Starówce. Nadal stoi u mnie na półce w towarzystwie zakupionych w antykwariacie pozycji o zjawiskach paranormalnych, Trynkiewiczu i poradników o seksie z lat 60. Dopisane fragmenty zaznaczyłam kursywą. Enjoy.



Nasze prowincjonalne miasto seksu i biznesu nabiera powoli cech wielkomiejskich, nie dość że pocisnęli z ostatnimi wystawami w CSW (drugie piętro urywa dupę - o ile dobrze pamiętam, była to wystawa "Nie śpią tylko duchy"), to dorobiliśmy się oficjalnie czegoś takiego jak w amerykańskich filmach, gdzie w NY na ulicy stoi ślepy koleś i przepowiada koniec świata.
Oczywiście nie do końca. Mianowicie idąc Szeroką, zostałam zaczepiona przez faceta, który zapytał, czy lubię poezję (prawdopodobnie dostrzegł wokół mnie świetlistą aurę, ale o tym dowiedziałam się później). Ja, że jo. On, że jest pisarzem, literatem (czerwona lampka - ludzie przedstawiający się jako literaci to zazwyczaj poezjozenki z ZLP) i że mogę za dychę kupić jego książkę o miłości i rozwoju duchowym (czerwona lampka 2 - rozwój duchowy=Coelho). Ja że podziękuję, a on, że dla mnie za darmo, z dedykacją, że jak się nazywam, całuję rączki i w ogóle och ach. Czyli pozornie klasyczny poezjozenek, taki, co to dużo pierdoli o pięknych kobietach i wydaje książki za kasę ustukaną z firmy założonej jakoś tak na początku lat 90., na co wskazywała również niezwykłej urody okładka z serduszkami wyrysowanymi na piasku. O ile jednak początek książki faktycznie pasuje do tego schematu, dalej zaczyna się jazda bez trzymanki.

Gwoli wyjaśnienia - skrót ZLP oznacza Związek Literatów Polskich, stowarzyszenie skupiające ludzi tworzących takie same nijakie pseudowiersze o dupie Maryni, wąsie Stalina i pięknie przyrody od pięćdziesięciu lat.

Żebyście nie musieli czytać, streszczę dla was to wiekopomne dzieło. W pierwszych dwóch rozdziałach autor opisuje swoje rozmowy z członkami rodziny i randomowymi ludźmi na ulicy, dając się poznać jako:
* świadomy buntownik ("-Oj dzieciaku, ty z tymi książkami. Wiesz, jak to jest dzisiaj, jeszcze cię do więzienia zamkną. - Wiem, co robię, babciu. Co by to było za życie, gdyby nie można było mówić, co się myśli?")
* człowiek praktyczny, niepozbawiony jednak nutki romantyzmu ("Dom z drewna na sześćdziesiąt-siedemdziesiąt metrów kwadratowych można sobie zbudować już za trzydzieści tysięcy złotych. Dom, który oddycha, gdzie każda deska i drzazga będą przepełnione miłością.")
* miłośnik zwierząt (standardowa historyjka o przygarniętych psach i kotach)
* outsider ("Od dziecka byłem inny. Czułem za bardzo, widziałem za dużo. Niekiedy używałem słów, których znaczenie nie do końca znałem, a jednak zawsze pasowały." - btw to ostatnie zdanie szczególnie mnie urzekło :D)
* genialny konstruktor ("Rozpocząłem produkcję generatorów energii przetwarzających negatywną energię na pozytywną.")
* tytan pracy ("Moje najmłodsze dziecko, wynik dwudziestu siedmiu dni pracy, w tym kilku nieprzespanych nocy. Prawie piętnaście kilogramów schudłem." - to o książce)
* terapeuta i cudotwórca (kilka motywów, jak ludzie mu się zwierzają z problemów, a on mówi, że wszystko się ułoży).

O ile początek da się łatwo podpiąć pod zwykłą grafomanię z niewielkim wpływem teorii spiskowych i sporą dawką megalomanii, o tyle później robi się o wiele ciekawiej. By nie być gołosłowną - cytaty.

"Według potwierdzonych informacji, w Stanach Zjednoczonych ludzi klonuje się od blisko pół wieku, kiedy to doszło do podpisania pierwszych tajnych umów z formami inteligencji pozaziemskiej. W ciągu ostatnich lat, w związku z rosnącym zapotrzebowaniem, produkcja wzrosła kilkakrotnie.

Jako wynik niedoskonałego, pozbawionego miłości tworzenia [klony] nie wiedzą, co to miłość. Nigdy nie zaznali piękna tego uczucia, przepełniającego najgłębsze obszary istoty, nie są więc w stanie samodzielnie go wytworzyć.(...) Mimo zaawansowanej technologii (na przykład bomby implodujące), nie są w stanie odtworzyć pamięci. Posiadają również bioroboty, (są nieco niższe od nas, ich średni wzrost to około stu sześćdziesięciu centymetrów - kurwa, wydało się, że jestem biorobotem) pozwalające im dosłownie "wejść w czyjąś skórę".

Przyspieszanie procesu klonowania niesie ze sobą ryzyko uzyskania niepełnowartościowych kopii. Podobna sytuacja miała miejsce w przypadku nephilim, słynnych gigantów opisanych w Biblii. Próby odtworzenia ich gatunku na dużą skalę, mimo olbrzymich wysiłków ze strony reptilian, zakończyły się fiaskiem.

Nie będzie walki, nie mają żadnych szans. W ubiegłym roku przegrali bitwę galaktyczną, poza tym wiedzą, że jako istoty jesteśmy dużo silniejsi. (...) Mamy po swojej stronie służby mundurowe, wojsko, policję. Oni wszyscy są ludźmi, tak jak my."

Duży plus dla autora za oryginalność. Większość zwolenników teorii spiskowych jest zdania, że jesteśmy skazani na zagładę, jeśli się nie przebudzimy i nie stawimy oporu jaszczurom z kosmosu - tutaj mamy do czynienia z niespotykanym optymizmem.

Potem następuje najlepsza część, czyli pisemko do prokuratury (na podstawie 1, 4, 30 i 31 artykułu Konstytucji, a co tam, jak szaleć, to szaleć). W skrócie: przed 10 kwietnia br. podczas delegacji zagranicznych Tusk i Komorowski zostali zamordowani i podmienieni na klony, co widać po tym, że ci uprzednio sympatyczni i budzący zaufanie ludzie zaczęli się nagle zachowywać zupełnie inaczej ("zmieniły się ich pola energetyczne" i "zaczęli być drapieżnikami idącymi na żywioł"). Bezpośrednim skutkiem podmianki była katastrofa smoleńska. W podsumowaniu autor pisze:
"W imieniu 38 milionów obywateli domagam się jak najszybszego zatrzymania osób podszywających się pod Prezydenta i Premiera RP, a przede wszystkim ujawnienia prawdy na temat wzmiankowanej zbrodni."

Dalej mamy co nieco o tym, jak to na Śląsku powstała forma życia będąca doskonale piękną kompilacją dwunastu inteligentnych ras pozaziemskich (jakakolwiek sensowna kompozycja tekstu została zepchnięta na margines przez ważkość treści) i porady dla przygodnie spotkanego gościa, żeby się nie przejmował mocno przedruchalnym wiekiem swojej dziewczyny, bo przecież panie panie, tera małolaty takie rzeczy robio, że hoho. Taki lekko niesmaczny akcent na zakończenie jakże poruszającego wywodu.

EDIT: Tak swoją drogą - dlaczego ludzie, którzy nawiązują bezpośredni kontakt z przyjaznymi obcymi, zawsze rozmawiają z nimi o totalnych pierdołach? Czemu zamiast podzielić się z nami technologią albo przeprowadzić matematyczny dowód, nad którym od wielu lat męczą się ziemscy naukowcy, ufoki pieprzą coś o pięknie, prawdzie i ochronie środowiska? Czemu każą budować schrony za ciężki hajs, zamiast teleportować wyznawców bezpośrednio na swój statek? Wydaje mi się, że jest to podobna sytuacja jak z Bogiem/Maryją, którzy zazwyczaj pojawiają się na totalnym zadupiu, przemawiając ustami nieletnich wiejskich wypasaczy knurów.

czwartek, 2 lipca 2015

Matrix kraju kwitnącej cebuli - "Robot"

Ogarnijcie to - dopiero niedawno obejrzałam w całości "Matriksa". Klasyk, na którego w momencie premiery byłam jeszcze za mała, by cokolwiek zrozumieć, a potem jakoś tak zawsze chciałam obejrzeć, ale wszyscy już widzieli i nie zebrałam się aż do zeszłego tygodnia. Ma to niewątpliwą zaletę - mogę ocenić film z perspektywy czasu (realizacja i efekty specjalne absolutnie nie wypadają oldskulowo) i z większą znajomością szeroko pojętego science fiction, nie mówiąc już o teoriach dotyczących sztucznej inteligencji. Generalnie jest to chyba jedyna rzecz z cyber punku (nie licząc anime), która do tego stopnia zadomowiła się w mainstreamie. Zachwyt nad nowatorstwem scenariusza brał się prawdopodobnie z tego, że recenzenci w dupie byli i gówno widzieli, "Matrix" łączy bowiem pomysły pojawiające się wcześniej wielokrotnie - ale łączy je z rozmachem. Teorie konspiracyjne, myślące maszyny, życie przeniesione do wirtuala, szara maź, a do tego wschodnia filozofia i sztuki walki - to wszystko jest naprawdę zajebiste i dobrze oddające klimat epoki, niemniej jednak nie lubię tych wszystkich motywów z wybrańcami, nie lubię Endera, nie lubię Paula Atrydy, nie lubię Jezusa Chrystusa. Wolałabym również, żeby Neo zginął na końcu fizycznie i stał się wyłącznie formą wirusa w matriksie, ale mniejsza z tym.

Później wyczytałam, że spadkobiercy polskiego autora science fiction Adama "Snerga" Wiśniewskiego wytoczyli twórcom "Matriksa" proces o plagiat, który oczywiście przegrali, niemniej jednak wydało mi się to interesujące. I tak trafiłam na książkę "Robot", która w zasadzie dorównuje poziomem dziwaczności powieściom Dukaja - niestety niczym więcej.



Typowa okładka z dupy starego polskiego sf.

Wśród autorów polskiej fantastyki mamy do czynienia z nieproporcjonalnie dużą ilością oszołomów. O ile współcześnie zazwyczaj ogranicza się to do banalnego prawactwa, o tyle Snerg stworzył własną szalenie niepokojącą koncepcję filozoficzną z lekką nutą schizofrenii i teorii spiskowych. Wyszczególnił mianowicie cztery klasy istnień - minerały, rośliny, zwierzęta i umysły, przy czym każdy z nich wykorzystuje ten znajdujący się niżej w hierarchii jako pożywienie, a każdy stojący w hierarchii niżej nie jest zdolny postrzegać swojego poprzednika. Tak więc rośliny chłoną materię nieożywioną, która nie posiada żadnej umiejętności postrzegania, zwierzęta odżywiają się roślinami itd. Człowiek znajduje się między klasą trzecią i czwartą, będąc uwiązany do zwierzęcego świata poprzez biologiczne ciało, umysłem jednak plasując się o klasę wyżej - jednak ze względu na biologię nie jest w stanie postrzegać czystych umysłów.

Moim zdaniem rozważania te wykrzaczają się nieco w starciu z logiką - dla zainteresowanych po wygooglaniu można poczytać w necie eseje Snerga, momentami dość mocno odjeżdża mu peron, strasznie jedzie po powszechnej edukacji, która jego zdaniem indoktrynuje i niszczy młode umysły itp. Fascynują mnie tacy ludzie. Na koncepcji czwartej generacji istnień, która jest obecna w naszym życiu, a nie możemy jej dostrzec, opiera się powieść "Robot". Bohater niczym Neo budzi się nagi w szklanej windzie, nie posiadając żadnych wspomnień, dowiaduje się jednak, że istota zwana Mechanizmem nakazuje mu infiltrację środowiska ludzi żyjących pod ziemią. Mechanizm jednak dość słabo się stara i nie jest aż tak wpływowy jak sam sądzi, bohater bowiem przez większość czasu błądzi tu i ówdzie, podszywając się pod różne osoby, starając się uniknąć zdemaskowania i nie wiedząc za bardzo, czego się od niego oczekuje. Przez większość książki czytelnik jest równie zagubiony.

Tak mniej więcej do trzech czwartych powieści akcja ciągnie się niemiłosiernie, autorowi chodziło jednak raczej o przedstawienie swojej teorii w fabularnej formie niż o barwne opisy. Ktoś gdzieś tam chodzi, przed kimś ucieka, kogoś spotyka - bez większego sensu i wpływu na fabułę, za to atmosfera jest maksymalnie duszna i niepokojąca. Wreszcie bohater odkrywa miasto znajdujące się za lustrem, w którym prawa fizyki uległy zmianie, czas zwolnił, skrajnie zwiększyła się masa obiektów, a wszystko zmierza ku katastrofie po eksplozji tajemniczej kuli na niebie. Jest to alternatywna czasoprzestrzeń ludzi żyjących pod ziemią, sterowana przez Mechanizm. Bohater ze zdumieniem odkrywa własnego sobowtóra, siedzącego za kierownicą auta pędzącego prosto na mur - wszystko w zwolnionym tempie alternatywnej fizyki. Od tej pory stawia sobie dwa cele - dowiedzieć się, czy jest człowiekiem czy robotem i uratować samego siebie przed śmiercią w wypadku.

W sumie jak to opisałam, to brzmi nawet lepiej, niż sądziłam. Jeśli wpadnie wam kiedyś w ręce "Robot", polecam się zapoznać. Są to totalne pogranicza kultury popularnej, miejsce, w którym Wachowscy spotykają Zajdla i wspólnie raczą się LSD. Mam nadzieję, że nikt mnie po tej notce nie pozwie za naruszenie dóbr osobistych.

sobota, 6 grudnia 2014

Wormhole do krainy wtórności i wzruszeń, czyli "Interstellar"

Nienawidzę multipleksów. Ostatni raz w Cinema byłam na "Avatarze" w Nowy Rok na kacu i w sumie dobrze, że nie wybraliśmy wersji 3D, bo bym się porzygała. Generalnie średnia to przyjemność - wydać kupę kasy, żeby obejrzeć film co prawda na dużym ekranie, ale za to w smrodzie popcornu, w przegrzanej lub przechłodzonej klimatyzacją sali i w towarzystwie stada gimbusów/rodziców z dziećmi/zakochanych parek (zależnie od filmu i pory dnia). Ucieszył mnie fakt, że "Interstellar" grają w Centrum Sztuki Współczesnej, jako że bardzo chciałam zobaczyć ten film na dużym ekranie. Tak więc miałam okazję spędzić trzy godziny (czemu oni teraz kręcą te filmy takie długie?) w kameralnej salce, w towarzystwie pięciu osób na krzyż.

Rozwijając wątek długich filmów: nie ogarniam tego. Obecnie każda kasowa, szeroko promowana produkcja musi mieć coś koło tych trzech godzin, co w większości przypadków bynajmniej nie jest konieczne. Po prostu wszyscy tak robią i błędne koło się nakręca. Ogarnijcie superprodukcje/klasyki sprzed 10-20 lat - spokojnie mieściły się w półtorej-dwóch godzinach. Podobnie zresztą jest z książkami, w tej chwili praktycznie nie wydaje się popularnych pozycji typu kryminały czy paranormale mniejszych objętościowo niż czterysta stron.



Ponarzekałam na formę, pora na treść. Zasadniczo film jest zajebisty i warto zobaczyć go na dużym ekranie. Przedstawione koncepcje naukowe stanowią przegląd najbardziej medialnych tematów w astrofizyce: wormhole, zakrzywienia czasoprzestrzenne, czarne dziury, dylatacja czasu... Zostały one przedstawione na tyle przystępnie i zręcznie wplecione w fabułę, że widz nie ma szansy znudzić się naukowym bełkotem. Odczuwam wręcz pewien niedosyt, jako że naukowy bełkot nawet nie zdążył się rozkręcić, natychmiast przystopowany przez feelsy i emo-sceny. Jako że nie jestem specjalistą, ciężko mi ocenić, na ile realistycznie przedstawiono koncepcje naukowe (aczkolwiek wieść gminna głosi, że bardzo, doceniam też brak dźwięku w próżni i tym podobne szczegóły), podane są za to przystępnie. Ciekawe, ile zrozumieli widzowie z USA, lol.

Co jest naprawdę dobre w "Interstellar", pomijając takie oczywistości jak efekty specjalne i muzyka? Przede wszystkim klimat apokalipsy. Świat bez wojska, policji, jawnych badań naukowych i wszystkich innych niepotrzebnych wydatków, skupiony na przetrwaniu i pochłonięty całkowicie produkcją żywności. Chętnie obejrzałabym/przeczytała inną historię w tym samym uniwersum, jak wygląda życie w miastach, przestępczość itp.

W tym kontekście wybory podejmowane przez głównych bohaterów mają szczególnie tragiczny wymiar. Dylemat pt. "moja rodzina vs ludzkość" przewija się kilkakrotnie i jest realny oraz przejmujący, jako że droga, w którą wyruszają astronauci, jest od samego początku drogą bez powrotu. Ma to wszystko rozmach, dramatyzm, rys śmiertelnej powagi i nawet to kupuję. Świetne jest przedstawienie planet, które mimo że teoretycznie posiadają wszelkie warunki niezbędne do życia, w praktyce okazują się niegościnne.

Główny zarzut?



Choć w Seulu jak przybyło, to ubyło w pięknym mieście Nagasaki (i wszyscy razem, śpiewamy).

Jednym z moich ulubionych filmów jest "Kontakt", nakręcony w 1997 roku na podstawie powieści Carla Sagana. Nie ma klęski demograficznej, jest za to projekt SETI i kontakt z obcą cywilizacją. Na tym różnice się w zasadzie kończą. W obu filmach obcy udostępniają ludziom technologię pozwalającą na podróż międzygalaktyczną. W obu filmach mamy genialną dziewczynkę mocno związaną z ojcem i czerpiącą od niego inspirację. Następnie klasyczna zasada amerykańskich filmów zostaje sformułowana ponownie: kiedyś jeśli byłaś wysokim blond lachonem, to zostawałaś tajną agentką. Teraz jeśli jesteś ruda, szczupła i o subtelnej urodzie, to zostajesz wybitnym fizykiem.

Nie będę rozwodzić się nad ilością wzruszających scen, w każdym razie gdyby je wyciąć, film byłby pewnie z godzinę krótszy. Zmęczyło mnie to niemożliwie. Nie wspomnę już o patetycznych przemowach - przemowy jestem w stanie znieść, kiedy ktoś przedstawia teorię naukową, ale nie kiedy powtarza po raz dziesiąty, żeby nie wchodzić łagodnie do tej ciemnej nocy (sam wiersz bardzo lubię, ale bez przesady). A w momencie, kiedy pani naukowiec stwierdziła, że miłość jest największą tajemnicą ludzkości, wykracza poza nasze zrozumienie i poza naukę, to...



[SPOILER SPOILER SPOILER]
Teraz tak: nie wiem, czy ja jestem głupia i nie pojęłam głębi tego filmu, czy faktycznie zakończenie historii i rozwiązanie zagadki (też zresztą ściągnięte z "Kontaktu") jest bez sensu. Otwarcie tunelu czasoprzestrzennego i umożliwienie poszukiwań nowej Ziemi zostało zaaranżowane przez rasę ludzką z przyszłości. Cooper dzięki wpadnięciu w rzeczywistość wielowymiarową może przekazać córce info z przyszłości, Murphy kończy równanie, zyskując dostęp do wyższych wymiarów i Ziemia zostaje zgarnięta do kupy, a klęska zażegnana. No spoko, ale jak dla mnie to jest PARADOKS, bo gdyby nie otwarcie wormhola, to Cooper nie trafiłby w przyszłość i nie przekazał informacji, tym samym ludzkość by nie ocalała i nie mogłaby ingerować w przeszłość. A gdyby Murphy sama dokonała odkrycia, to cała wyprawa byłaby niepotrzebna, a raczej nie o to chodziło twórcom filmu. Jeżeli mimo wszystko jestem głupia i nie zrozumiałam zakończenia, to niech ktoś mi to wyjaśni, bo nie czaję.
[/SPOILER]

niedziela, 14 września 2014

Kosmos w Zachęcie

Uwielbiam sztukę współczesną, dawną w większości hejtuję (muszę ogarnąć sobie jakiś terminarz hejtu, bo się nie wyrabiam). Pospolity pogląd na sztukę współczesną głosi, że jest to biały kwadrat na białym tle (też nie lubię abstrakcji, ale u Malewicza chodziło o fakturę, do kurwy nędzy) bądź też genitalia na krzyżu (praca przeciętna, standardowo nagłośniona przez oszołomów, którzy nigdy nie widzieli fiuta, ale sam przekaz ciekawy). Jak również, że ŁO JEZU CO TO JEST MOJA CÓRKA LAT 7 MOGŁABY TO NARYSOWAĆ. Ale jakoś nie narysowała, głupia krowo.

No dobra, wyżyłam się. Kilkaset lat temu mogliśmy se namalować Maryjkę albo pejzaż, albo scenkę rodzajową, przy czym jeśli Maryjka miała inny atrybut niż zwykle, to już się nie nadawała do powieszenia w kościele. Jeśli gdzieś pojawiła się goła dupa poza kontekstem mitologicznym, brudny, brzydki i biedny człowiek bądź też grubo i topornie kładziona farba w żywych kolorach (vide impresjoniści), to był skandal i obraza majestatu. A teraz możesz ulepić figurkę z gówna, ze śniegu, albo nie wiem, z części komputerowych, i jak będzie dobra, to będzie ok. Nie mówiąc już o takich formach twórczości jak wideo czy instalacja. Większe możliwości, zero ograniczeń i siłą rzeczy w morzu prac banalnych i wtórnych znajdują się takie perełki, że szok. Poza tym współczesna sztuka jest zdecydowanie bliższa człowiekowi, bo de facto człowiek jest jedynym sensownym tematem. Wszystko odnosi się do człowieczeństwa, ponieważ kluczem do wszystkiego jest odbiorca. Jeśli w czymś odnajdziesz kawałek siebie i poruszy to w tobie cokolwiek, nie mając przy tym zastosowania praktycznego - jest to sztuka. Taka moja ułomna definicja.

Jestem wdzięczna cywilizacji planety Ziemia za polskiego busa i darmowe wejścia do galerii. I za GPS w telefonie.

Foteczki wykonał Spongebob.



Na wystawie o nieco przydługim, acz wiele mówiącym tytule "Kosmos wzywa. Nauka i sztuka w długich latach 60." można znaleźć nie tylko prace stricte artystyczne, lecz również stare urządzenia, komputery, fragmenty kronik filmowych, które w oderwaniu od współczesnego sobie kontekstu przybierają wymiar uniwersalny, ideowy.



W bloku wschodnim też powstawało przaśne science-fiction, głównie krótkie formy, bardzo interesujące ze współczesnego punktu widzenia. Filmy tego typu kręcił m.in. Zanussi, natomiast Penderecki zrobił sporo muzyki inspirowanej kosmosem, która rozbrzmiewa w większości sal wystawowych. No i jest również Janusz Majewski, jak zwykle nawiedzony.



Ilustracje polskich grafików do powieści s-f. Niesamowite.



Bajki robotów :)



A tu klasyg - malarstwo, mogłabym mieć to na ścianie.



Sztuczne formy biologiczne.



To ja, wielki generał Hermaszewski, mówię do ciebie z gwiazd.



Budownictwo kosmiczne. Architekci tworzący tego typu projekty mieli totalną fazę na kuliste konstrukcje. Najciekawszy z tego wszystkiego był projekt budynku...



...służącego tylko i wyłącznie deprywacji sensorycznej. Jak zostanę milionerką, to wybuduję coś takiego, będzie faza jak z "Odmiennych stanów świadomości".



Są i projekty scenografii do filmów.





Plus sporo abstrakcji w stylu op-art, zabawy ze światłem, dźwiękiem i fakturą. Sama organizacja wystawy z metalowymi rusztowaniami i starym sprzętem wideo robi niemałe wrażenie.



Death to videodrome, long live the new flesh!



Jak powiedział mój znajomy, kiedy mu spodnie pękły w kroku: zoba, jajo.



Wystawa retrofuturystyczna, hauntologiczna, z lekką nutą Krainy Grzybów, przenosi nas do innego świata, w którym mieszkamy w superjednostkach i wszystko działa na napęd atomowy. Do obczajenia w Zachęcie do końca września.



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...