Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mężczyźni. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mężczyźni. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 listopada 2015

Spiskowa teoria podrywu # 4 - dlaczego mężczyźni nie kochają zołz cz. 2

Dobra, teraz będzie o seksie. Wizja seksu przedstawiona w poradniku "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy" jest bardzo smutna i sprowadza się praktycznie do szantażowania i manipulowania dupą z domieszką starego dobrego seksizmu. Dowiadujemy się, że mężczyźni od razu klasyfikują kobiety jako "rozrywkowe" bądź "warte zachodu". Cytując: "facet ocenia, czy jesteś dziewczyną przechodnią, po jednej jedynej rzeczy: jak szybko mu się ODDASZ". Podkreślenie nieprzypadkowe. "Oddać się" to określenie, które powinno wyjść z użytku w mowie potocznej podobnie jak "pludry" czy "krynolina", zawiera bowiem spory ładunek ideologiczny. W skrócie - facet czerpie przyjemność z seksu, kobieta łaskawie daje dupy w momencie, kiedy piesek jest już wystarczająco zaśliniony i ryzyko, że ucieknie, jest minimalne. Zakładamy też, że seks jest towarem, wg określenia autorki "cukierkiem", który należy wydzielać, tak żeby facet nie poczuł się zbyt pewnie. Dość obrzydliwa wizja.

Kolejna złota myśl: "Mężczyźni są zaborczy. Każdy z nich lubi wiedzieć, że inni mężczyźni niełatwo dotrą tam, dokąd on stara się dotrzeć". A może boją się porównania, lol xD Wg poradnika mężczyźni przed seksem nie myślą jasno (idealna sytuacja, żeby takiego typa zmanipulować), nie interesuje ich twoja osobowość, ani to, że rano lubisz zjeść pączka i wypić kawę z odtłuszczonym mlekiem (w kulturze amerykańskiej to chyba zajebiście ważna sprawa określająca danego człowieka), natomiast po seksie, jak już "sobie ulżą" - odzyskują świadomość. Dlatego trzeba trzymać typa jak najdłużej w stanie zamroczenia, a zanim się zorientuje, będzie nosił na tobą torebkę, stawiał drogie kolacje i poznawał rodziców. Minimalny okres abstynencji po poznaniu to miesiąc. Większość facetów kalkuluje koszty zaruchania (dwie kolacje, x drinków, kwiaty itp.), natomiast zołza "bez względu na możliwości jego budżetu, wymaga, żeby wszystko wydał na nią". Osobliwy materializm pod płaszczykiem wyzwolenia.

Zołza wie, że ma do zaoferowania więcej niż seks i decyduje się na niego, gdy przyjdzie na to prawdziwa ochota. No dobra, a co jak ochota przychodzi wcześniej niż po miesiącu? W całym rozdziale rzuca się w oczy założenie, że seks dla kobiety jest zawsze kosztem emocjonalnym (a co, jeśli nie jest?), natomiast dla faceta - ulżeniem sobie, spuszczeniem z kija, czynnością oddzieloną od emocji. Kolejny patriarchalny stereotyp, który odbiera mężczyznom prawo do posiadania uczuć, podczas gdy facet też może zostać wykorzystany. Ale zdaniem autorki kiedy typ "dostanie to, czego chce", to kończą się kwiaty i kolacje przy świecach, stanowiące wyraz dziwnie pojmowanego szacunku, natomiast przy czekaniu z seksem taki "szacunek" wejdzie mu w nawyk. Czyli klasyczna tresura. Wiecie co? Walą mnie kwiaty i kolacje przy świecach. Chcę być partnerką, a nie księżniczką.

Autorka opisuje następnie "plan racjonowania cukierków" (dokładnie tak to zostało nazwane) - no kurwa, powinnam prowadzić chyba taki kalendarz. Na drugiej randce całowanie, żeby nie pomyślał, że jestem łatwa, po trzech tygodniach profilaktycznie trzeba zacząć nosić ładną bieliznę, po miesiącu można przejść na wyższy level, a przy tym cały czas starać się trzymać typa w niepewności, żeby sobie narobił nadziei i chodził jak na smyczy. Gdzie tu miejsce na spontaniczność? Można pogłaskać po kolanie, ale nie przechodzić wyżej. Skomplementować jego perfumy, ale broń borze nie robić aluzji seksualnych. Nie żartować na temat seksu. Całować się tylko w miejscach publicznych. Nie dopuszczać do obmacywania się w samochodzie, ponieważ jeśli facet ma nowe BMW, to kupił je w wiadomym celu. Zaczynam odnosić wrażenie, że autorka obraca się w towarzystwie dyskotekowych ruchaczy.



Kolejny rozdział opatrzony jest podtytułem "Jak go przekonać, że jest panem sytuacji, podczas gdy to ty trzymasz ster". Dalej trochę pierdół o tym, jak to facet nie zapyta o drogę i że jak chcesz, żeby skręcił w prawo, to musisz mu powiedzieć, żeby skręcił w lewo. I najlepsze - historia laski, która zabiła żmiję w ogrodzie, powiedziała o tym swojemu chłopakowi, przez co on poczuł się mało męski i nie mógł osiągnąć erekcji. Wniosek taki, żeby pod żadnym pozorem nie zmieniać przy facecie koła w samochodzie ani nawet żarówki, bo zagraża to delikatnemu męskiemu ego. Tak sobie teraz myślę, że praca na zgrzewarce musiała uczynić mnie kompletnie aseksualną. Ogólnie mężczyźni, których męskości zagraża każde gówno z gender i ciotami w rurkach na czele, kojarzą mi się z Kościołem w Polsce, który jest tak bardzo atakowany i zajebiście zagrożony przez randomowe artykuły w lewackich mediach.

Dalej moja ulubiona rada - chwalenie. I po raz kolejny traktowanie mężczyzn jak upośledzonych dzieci. Jeśli przyniesie kwiaty (motyw kwiatów jako podstawowego wyznacznika udanego związku przewija się non stop) albo wyświadczy ci przysługę, rozpływaj się w zachwytach. Udawaj słabą kobietkę i sraj żarem nad półką, którą powiesił krzywo i w złym miejscu. Jak twierdzi poradnik, nosząc spodnie, dajesz mu wyzwanie do walki i stajesz się jego PRZECIWNIKIEM, a tego bardzo nie chcemy. No kurwa, a jak jest przedstawiany facet , może jako równorzędny partner, lol. Sposób, jak sprawić, by on nie rozrzucał skarpetek - zrobić mu z kosza na pranie obręcz do koszykówki. Następnie następuje długa litania o tym, jacy mężczyźni są upośledzeni, ponieważ zachlapują łazienkę, używają ręczników do twarzy do wycierania podłogi, a w międzyczasie kilkakrotnie przewija się motyw oddawania czeku z wypłatą kobiecie (pochwal go, a potem przelicz, czy dobrze wypłacili nadgodziny).

Później następuje rozróżnienie dominacji symbolicznej i faktycznej (symboliczna jest wtedy, kiedy on wydaje polecenia kelnerom i otwiera ci drzwi, faktyczną sprawujesz ty). Dużo pierdolenia o tym, że mężczyźni rządzą światem, ale kobiety rządzą mężczyznami, i że równouprawnienie w związkach nie ma racji bytu. Stąd tylko krok do dawania dupy za awans, względnie za prezenty czy wykonywanie prac domowych. O ile z początku wydaje się, że książka przedstawia lukrowany świat amerykańskich seriali, o tyle później wychodzi na jaw, że de facto chodzi o stary dobry model dominacji i uległości, który sprawdza się w łóżku, a nie w życiu. Jeśli komuś pasują role jelenia i utrzymanki stosującej system kar i nagród, droga wolna. Ja się wypisuję z tego.

Na razie tyle, jak wrócę z onkologii, wezmę się za resztę.

poniedziałek, 19 października 2015

Spiskowa teoria podrywu # 3 - dlaczego mężczyźni nie kochają zołz cz.1

ZNACIE TE LASKI, NIE? XD NIEOBLICZALNE, TAKIE SĄ NAJLEPSZE, TAKIE "POZYTYWNIE PIERDOLNIĘTE" SZALONE. PMS, DARCIE RYJA, ŻRE BO PŁACZE, PŁACZE BO GRUBA, WINKO Z KOLEŻANKAMI DO PORZYGU, NA DVD KOMEDIA ROMANTYCZNA, Z GRAMOFONU MYSLOVITZ, A NA DOJEBKĘ EKOLOGICZNE CIASTECZKA OWSIANE I ORGANICZNA KAWA Z MLEKIEM SOJOWYM. SKOK W BOK Z ENRIQUE BO HORMONY KAZAŁY, GORĄCY TEMPERAMENT XDDDD
ALE JAK MNIE NIE ZNIESIESZ GDY JESTEM NAJGORSZA TO NIE ZASŁUGUJESZ NA MNIE GDY JESTEM NAJLEPSZA, WIADOMO XDDDDDD
CIEKAWE KIEDY JESTEŚ NAJLEPSZA
CHYBA JAK ŚPISZ MASZKARO CHOCIAŻ TEŻ NIE BO PEWNIE MEJKAP ZMYTY XDDDD

Cytat nie wiem skąd, niemniej jednak takie laski lubią wieczór z dobrą książką. A dobra książka to Grey (wersja plebejska), Zafon (wersja intelektualna) oraz wszelkiej maści poradniki ze słynnymi zołzami na czele. I o zołzach właśnie dzisiaj będzie. Oryginalny tytuł brzmi "Why men love bitches", więc nie wiem, czy tłumaczenie jest do końca adekwatne. Jakoś tak w połowie wstępu do tego wybitnego arcydzieła musiałam iść na papierosa, po pierwszym rozdziale omszałam, a w połowie dostałam przerzutów, ale czego się nie robi dla poznawania folkloru.

Na wstępie autorka zaznacza, że zołza jest świadomą swojej wartości kobietą, która myśli samodzielnie (i dlatego potrzebuje poradnika) i nie manipuluje ludźmi, czemu zaprzecza przez kolejnych dwieście stron. Później opisane są tzw. zasady atrakcyjności, z których pierwsza głosi, że jak za szybko pójdziesz z kimś do łóżka, to masz niskie mniemanie o samej sobie i - cytując - "odsłoniłaś swoje najlepsze karty". Czyli stare dobre robienie z dupy największego skarbu, do którego mężczyzna może zyskać dostęp po ściśle określonym czasie i jeśli się odpowiednio postara. Z drugiej strony w dzisiejszych czasach seks nie jest jakimś rarytasem i jeśli ktoś "odsłania swoje najlepsze karty" uprawiając go, to ma trochę problem.

Zgodnie z kolejną zasadą należy dawkować czas, jaki poświęca się mężczyźnie, żeby zyskać nad nim przewagę - ogólnie całość napisana jest językiem tkwiącym głęboko w paskudnym stereotypie przedstawiającym relacje międzyludzkie jako rywalizację, a nie współpracę. Następnie następuje akcent humorystyczny, czyli przepis na romantyczną kolację: popcorn z mikrofali, kiełbaski z keczupem i musztardą (zwane maczankami, wtf tłumaczko) i kawa rozpuszczalna. No kurwa spoko, moja zwykła kolacja wygląda nieco bardziej wykwintnie. Może w ogóle idźmy w klimat studencki, dorzućmy czteropak Harnasia i chleb posmarowany nożem, wtedy już na pewno koleś nie pomyśli, że nam zależy, tego byśmy przecież nie chciały. Aha - większość mężczyzn nie dzwoni z premedytacją, bo sprawdza, na ile może sobie pozwolić.

Cytacik: Powtarzam, nie chodzi o to, żeby nauczyć się prowadzenia jakichś gierek. Chodzi o zrozumienie ludzkiej natury i odpowiednie postępowanie. Mężczyzna zawsze będzie chciał tego, czego nie ma. Kiedy poznaje kobietę, która wydaje się nonszalancka, zdobycie jej względów staje się dla niego wyzwaniem. Ten sam facet, który bał się jak ognia stałych związków, staje się twoim prawdziwym adoratorem. Nie, w ogóle nie chodzi o prowadzenie gierek, a typ, który jest zainteresowany tylko seksem, przyleci z pierścionkiem, jak dostanie michę popcornu i odczekasz odpowiednio długo przed odpisaniem na sms-a. Logika tego wszystkiego jest genialna, coś w stylu "zależy mi na stałym związku i dlatego nie mogę pokazać, że zależy mi na stałym związku". Dalej jest o tym, że atrakcyjność zależy od samooceny i że trzeba wierzyć we własną zajebistość - no i niby racja, ale ładnie wpisuje się to w aktualną obsesję samoakceptacji, jestem jaka jestem i takie tam. Niedługo powszechnym problemem nie będzie zaniżona samoocena, tylko przekonanie o własnej wyjątkowości bez żadnych obiektywnych podstaw.

W drugim rozdziale autorka tłumaczy, jak to miłe dziewczyny wydzwaniają dziesięć razy dziennie, nagrywają się na pocztę (znacie kogoś, kto się nagrywa na pocztę?), czekają na faceta, który je wystawił, rezygnują ze snu, żeby się spotkać, podsłuchują jego rozmowy telefoniczne itp. - czyli innymi słowy "miła dziewczyna" to nawiedzona stalkerka, której pomoże raczej wizyta dzielnicowego niż jakikolwiek poradnik. Kolejne anegdotki - o lasce, która "usidliła" faceta, na którego "polowało dużo kobiet" (normalnie życie w miejskiej dżungli), ponieważ kiedy wchodził do bufetu, to nie patrzyła na niego, tylko była zajęta kanapką i tym go zaintrygowała.



Plus o lasce, która nigdy nie musiała prać facetowi ciuchów, ponieważ wrzuciła wszystkie jego białe gacie (sam fakt, że spotykała się z facetem noszącym białe gacie, świadczy o desperacji) z czerwoną bluzką. Na miejscu faceta miałabym raczej wątpliwości co do inteligencji takiej panny, no ale tak postępują zołzy, bo jak zaczniesz mu prać czy coś to uzna cię za swoją matkę, a każdy zdrowy heteroseksualny samiec ma wdrukowany syndrom Madonny i ladacznicy. Ponadto obowiązuje "zasada otwartej klatki", a źródłem wiedzy o męskich zachowaniach jest Animal Planet. Jeśli nie dajesz mu odczuć, że ma kompletnie związane ręce, będzie się ciebie trzymał. Pomyśl o nim jak o przestraszonym zabłąkanym psie. W końcu straci czujność i wróci. - a jak już będzie grzecznie służył na dwóch łapach, to ciasteczko w postaci seksu.

Tak oto dochodzimy do momentu, kiedy mężczyzna jest już usidlony, a jesteśmy dopiero na 50 stronie. Zasada atrakcyjności numer 18 brzmi: "Zawsze stwarzaj wrażenie, że on ma mnóstwo swobody. To zmyli jego czujność." Ale to w ogóle nie jest książka o manipulacji, no gdzie. Kolejny rozdział jest o seksualności, więc czas na szybki telefon na onkologię i mam nadzieję, że będę kontynuować cykl o zołzach. Chyba że będę zajęta robieniem popcornu i parówek na romantyczną kolację.

czwartek, 15 października 2015

Spiskowa teoria podrywu # 2 - jak działa miłość

Mówi się, że chłopakom wodę z mózgu robią filmy porno, a dziewczynkom filmy Disneya. W rzeczywistości jest gorzej - wszyscy po równo żyjemy mitem miłości romantycznej.



Jasne, że każda dziewczyna usłyszy od rodziców albo wyczyta z Bravo, żeby nie iść za szybko do łóżka, bo niekoniecznie musi wyjść z tego wielkie love story. Jasne, że każdy mniej więcej ogarnia, co oznacza, że "minął etap motylków" czy jakoś tak. Ale chcąc nie chcąc kultura nas kształtuje, małżeństwo z rozsądku czy dla pieniędzy uważamy za niechlubny relikt przeszłości, a tzw. miłość za wartość samą w sobie. Można próbować oddzielać seks od miłości i w pewnych warunkach jest to możliwe, z tym że seks ma o wiele więcej odcieni, niż śniło się niezaspokojonym kurom domowym jarającym się "50 shades of Grey" i granica jest płynna. Nie jest tak, że mamy albo romantyczne pocałunki w budce ratownika podczas sztormu, albo dzikie seksy jak z pornola z napakowanym dostawcą pizzy. W prawdziwym życiu to się jakoś tak zazębia.

Bywa tak, że poznajesz się faceta, na widok którego wszystko ci mięknie i wilgotnieje (albo dziewczynę, na widok której wręcz przeciwnie - wszystko sztywnieje), uwielbiasz jego zapach (czy tylko ja wącham facetów?), głos i uważasz za szalenie seksowny sposób, w jaki nabija bongosa/strzyże żywopłot/programuje obrabiarkę/whatever. To jest naprawdę zajebiste uczucie, ale trzeba mieć z tyłu głowy myśl, że z naukowego punktu widzenia działa na podobnej zasadzie co dragi, na późniejszym etapie pojawia się oksytocyna, a wszystko to służy połączeniu dobrego zestawu genów. Jako konkretne okazy danego gatunku jesteśmy raczej drugorzędni z punktu widzenia tych małych chujów, które znalazły sobie akurat taki przyjemny dla nas sposób powielania - na szczęście mamy antykoncepcję. Kobiety zwane są zaś płcią piękną nie bez przyczyny - poszliśmy w tę stronę, że to my musimy się stroić dla podtrzymania zainteresowania, jako że dzieciak w przeciwieństwie do małej antylopy nie staje na nogi i nie zaczyna szukać żarcia dziesięć minut po porodzie.

W szkole nadal przerabia się "Romea i Julię" jako przykład idealnej miłości. Kurwa, really? Parka małolatów, która postanowiła się zabić w imię burzy hormonów i konfliktu z rodziną, ma stanowić przykład czegokolwiek poza młodzieńczą głupotą? Ma to również wytłumaczenie ewolucyjne - zakazana miłość jest tak atrakcyjna, ponieważ geny muszą się mieszać, a młody szympans musi czasem opuścić stado mimo dezaprobaty rodziny, by nie doszło do chowu wsobnego. Albo Werter - czy reprezentuje cokolwiek poza zafiksowaniem na własnym punkcie, czy obiekt miłości był tutaj faktycznie istotny, czy służył raczej mentalnej masturbacji tragizmem własnego losu? To już polski romantyzm jest pod tym względem bardziej produktywny, bo ojczyzna i w ogóle. Nie wspomnę już o wszystkich komediach romantycznych, w których tępy buc się zmienia i okazuje się idealnym partnerem. Jedyna psychologicznie prawdopodobna komedia romantyczna, jaką widziałam, to "Sekretarka" (polecam).

Później ludzie wierzą, że wścieklizna macicy i jaranie się na okrągło własną podjarą ma jakąkolwiek wartość. Wszystko ładnie pięknie, jeśli są w stanie się dogadać w codziennym życiu, gorzej, że takie podejście nierzadko prowadzi do patologii. W lajtowej wersji - taka moja znajoma z typem, z którym była tyyyle lat, były wzloty i upadki (lol), kłócili się jak każda para (lol), ale to taka piękna miłość. Ona pisała z jakimiś kolesiami z internetu względnie waliła go w rogi, on był przez to chorobliwie zazdrosny i kazał jej wysyłać mmsy dla potwierdzenia, że faktycznie jest w szkole/pracy/tramwaju. Ale to taka wielka miłość, bo jak się poznali, to bzykali się non stop gdzie popadnie i trzeba walczyć o związek. Wersja hardkor to np. ten reportaż - trzeba mieć wykupiony dostęp, ale tak w skrócie to koleś poszedł do prostytutki, zakochał się, zostawił dla niej żonę, ale że nie chciała zrezygnować z wykonywanego zawodu, to zabił jej alfonsa. To też była wielka miłość.

Problem w tym, że ja mimo niepowodzeń nadal wierzę w miłość, chociaż wiem, że to przystosowanie ewolucyjne i efekt działania substancji chemicznych w mózgu. Patrzę rozsądnie z zewnątrz, kiedy coś tam zaczyna mi się wydzielać, ale nadal potrafię poczuć się jak małolata, co w sumie dobrze świadczy, bo nie omszałam jeszcze do końca emocjonalnie.

wtorek, 22 września 2015

Spiskowa teoria podrywu # 1 - gdzie te cioty w rurkach?

Wieść gminna głosi, że facet to ma być facet, a nie jakaś ciota w rurkach. Podobno cioty w rurkach są zarazą na zdrowej tkance społeczeństwa, a remedium to przywrócenie obowiązkowej służby wojskowej. Po pierwsze to nie wiem, w jaki sposób czyszczenie kibli przy akompaniamencie wrzasków spoconego wąsatego Janusza miałoby czynić mężczyznę, po drugie - mamy dobrowolną służbę wojskową, do której o dziwo jakoś nie garną się zwolennicy poboru.

Ponieważ jakoś nie widuję chłopaków w rurkach, pomyślałam, że może jest to kwestia tego typu, że mieszkam na prowincji albo problem dotyczy młodszego pokolenia. Ale wyjechałam do Warszawy, do Poznania, Trójmiasta i dalej nie wiem, gdzie oni wszyscy się podziewają. Owszem, jest ich może minimalnie więcej - tak samo jak chłopaków z brodami, dziarami, fryzurą na trepanację czaszki, chłopaków w fullcapach i we wszystkim innym co modne. Co do brody są dwie teorie - pierwsza głosiła, że nastała epoka drwaloseksualizmu i odtąd mężczyzna ma samodzielnie rąbać drewno, oprawiać łosia po polowaniu i rzucać się nago w zaspy. Szybko powstała kontrteoria, zgodnie z którą to wszystko ściema i zwykłe przebranie, za którym ukrywa się ciota w rurkach. Prawdziwy mężczyzna nosi polar z napisem Dekoral i sztruksy, a z kosmetyków zna maszynkę do golenia. Roboczo można określić ten typ jako januszoseksualny.

Wpisałam eksperymentalnie w googlach "cioty w rurkach" i zaprawdę jest to gruby kontent, obejmujący głównie jęczenie gimbusów, którzy są inni niż te wszystkie modnie ubrane chłopaki, bo słuchają prawdziwej muzyki, nie bawią się dziewczynami (nic dziwnego, skoro żadnej nie mieli) i je szanują (mimo że te lecą tylko na hajs i wygląd). Gorzej, że niektórym tak zostaje po wyjściu z wieku nastoletniego. Zazwyczaj taki kuc dziwnym trafem nie może poznać normalnej dziewczyny, bo wszystkie puszczają się od gimnazjum, są blacharami, silnymi niezależnymi kobietami, nie marzą o stałym związku, rodzinie i dzieciach, tylko lecą na cwaniaków w beemkach i takie tam. Że tak nieśmiało zapytam - co z tymi wszystkimi miłymi dziewczynami, które poznałam na studiach i w dorywczej pracy, a które w wieku 20+ były dziewicami i nie szalały co weekend po klubach? I nie to, że były jakieś nawiedzone czy brzydkie. Imię ich Legion, bez kitu w pewnym momencie przestałam je odróżniać. Może by tak zmienić target albo po prostu wyjść z internetu, jeśli wokół widzi się same pustaki?

A tak w ogóle to kiedyś tego nie było. Nasi dziadkowie byli prawdziwymi mężczyznami, zapierdalali fizycznie, pachnieli potem i popularnymi poznańskimi, umieli skopać ogródek samą siłą jakże męskiego spojrzenia, nie jedli miodu, tylko żuli pszczoły, czasami zdarzyło im się mieć wyjebane zęby na przedzie po bójce po tym, jak przyszła wypłata i wszyscy poszli się najebać. W ogóle przez całą historię mężczyźni byli męscy, kobiety znały swoje miejsce, a dopiero teraz zmierzamy do upadku poprzez tak nowe zjawiska, jak homoseksualizm, transwestytyzm, rurki i makijaż noszone przez facetów, które generalnie biorą się z nadmiaru dobrobytu i ogólnego spedalenia społeczeństwa.



NO KURWA RZECZYWIŚCIE.

Faceci płaczący nad kryzysem męskości to najlepszy dowód na kryzys męskości. Wygląda to mniej więcej tak, że niektórzy (podkreślam - niektórzy) mężczyźni nie posiadając już cech uznawanych tradycyjnie i stereotypowo za męskie, takich jak umiejętność utrzymania rodziny, przeprowadzania napraw domowych, dania w mordę czy mitycznego wniesienia lodówki na czwarte piętro nie posiadają jednocześnie tych cenionych obecnie, a stereotypowo kobiecych - empatii, komunikacji, ogarniania chaty, zarządzania budżetem domowym czy gotowania. Po części winę za to ponoszą mamusie i babcie, które pracowicie produkują ulubione słoiki przed każdym weekendowym powrotem do domu dwudziestoparoletniego dzieciaczka.

Dzisiaj wracając z pracy obserwowałam gimbazę wychodzącą ze szkoły i z całego stada chłopaczków trafił się jeden, który nosił te mityczne rurki. Ogólnie poznaję dużo fajnych, normalnych chłopaków, a wszystkich ich łączy jedna cecha. Nie rozkminiają, że ten z klatki obok ma akwarium z glonojadami i wyrwał fajną dupę, a ten drugi ma kozę na łańcuchu i nie wyrwał, a że raz byli w klubie i były tam same nawalone lambadziary, tylko działają, nie traktując dziewczyn jako gatunek z innej planety, który można ocenić w skali 1-10. Co generalnie powinno dotyczyć obu płci.

W następnym odcinku - dlaczego mężczyźni nie kochają zozł. Zołz. Czy jakoś tak.

czwartek, 28 listopada 2013

Biomet niekorzystny # 3 - mężczyzna ma misję

Jutro rozpoczynam Pierwszy Weekend od Miesiąca i sama nie wiem, co ze sobą zrobić i jak to przeżyję. Na pewno trzeba będzie usiąść z ludźmi i popierdolić o głupotach. Bez specjalnego pretekstu i takie tam - a nie każdy ma taką możliwość, o czym poniżej.
Na poranną zmianę mam okazję jeździć autobusem z radosną ekipą dziewczyn pracujących na kasie, przy czym miejsce pracy to tylko jedna z wielu informacji, jakie posiadam na ich temat. Gdybym nie zaczęła przezornie zabierać empetrójki, znałabym codzienne menu, aktualną sytuację rodzinną, choroby, stosowaną technikę depilacji... Coś nie do ogarnięcia - dwadzieścia minut nieustannego nawijania o pierdołach, na zasadzie ło jezu te mandarynki na promocji a to dobre świeże, a na zabawki a co na prezent dla małego, a ja mam urodziny w grudniu i moja koleżanka też, ło jezu to tak jak wujek Staszek ze strony babci, a wczoraj mniej ludzi było, a zimno, a to, a sramto. No właśnie - zimno, ciemno, godzina siódma rano, a te mają siłę i ochotę gadać non stop.
Wyżej opisana sytuacja potwierdza stereotypy dotyczące kobiet, które rzekomo - w przeciwieństwie do mężczyzn - trwonią czas na bezproduktywnych plotach.

Napiszę coś mało poprawnego politycznie, ale to jest prawda i mężczyzn to nie dotyczy. Ponieważ mężczyzna ma misję. Każda drobna naprawa, wyprawa po karnisz do Obi, czyszczenie wykładziny, a nawet przygotowywanie bigosu wymaga co najmniej dwóch samców plus ew. jednego w charakterze asysty. Nie bez przyczyny najpopularniejsza ekipa remontowo-budowlana w naszym kraju to Mietek ze Szwagrem. Chuj z tym, że efekty takiej działalności bywają opłakane, a sama działalność służy za pretekst do innych poczynań.


Znajomemu popsuł się kiedyś komputer. Zawołał sąsiada, sąsiad wpadł z jakimś piwem, posiedzieli, podumali i stwierdzili, że prawdopodobnie padł dysk. Poszli pożyczyć dysk od kolegi, żeby go podłączyć i zobaczyć co dalej, wrócili z dyskiem, kolegą i wódą, po czym zabrali się za testowanie sprzętu.
Obudzili się na drugi dzień, leżąc tuż przy rozkręconym komputerze. Dodajmy, że rozkręconym dokumentnie, co do jednej, najmniejszej śrubki. Nawet jakieś minimalne śrubeczki od radiatora były wykręcone i walały się wśród rozrzuconych zwłok, petów i produktów przemiany materii. Oczywiście winnych brak i nikt nic nie pamiętał.

Dlatego na przyszłość pamiętajcie - śluby są dla brzydkich i ze wsi:


Jesień już Panie, a ja co prawda mam dom, lecz jak co roku o tej porze przychodzi pora na lekturę poezji. Tym razem daruję sobie Tkaczyszyna-Dyckiego i cykl o niemaniu domu. Zauważyłam, że mało w necie Georga Trakla, postanowiłam to nadrobić, sięgnąć po wersję papierową i wrzucić mój ulubiony utwór tego autora - Ludzką nędzę. Ekspresjonizm, w sumie w tym wierszu jest całe życie.

Zegar, co w słońcu wybija pięć razy -
Samotnych ludzi chwyta ciemny dreszcz,
Z ogrodu płynie szum bezlistnych drzew,
Za oknem miga cień Zmarłego twarzy.

Może dlatego, że czas w miejscu staje.
Modre obrazy przed oczyma grają
W rytm statków, co się na rzece huśtają.
Pochód siostrzyczek wionie na bulwarze.

Dziewczęta bawią się blade i ślepe,
Jak Kochankowie się we śnie splatają,
Może to muchy nad ścierwem śpiewają,
A może w łonie matki płacze dziecię.

Z rąk lecą astry modre i czerwone,
Usta Młodzieńca mrą obce i dziwne;
Powieki drżą łagodne i lękliwe;
Woń chleba wionie w męczącej gorączce.

I zda się, że skądś krzyk okropny słychać;
Piszczele świecą w murach zawalonych.
Złe serce śmieje się w pięknych pokojach;
Przy Marzycielu jakiś pies przemyka.

W ciemności pusta trumna gdzieś się gubi.
Mordercy blado się przestrzeń rozjaśnia,
Gdy w nocnej burzy rozbłyska latarnia.
Skroń białą Szlachetnego wawrzyn zdobi.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...