Notka obejdzie się bez zdjęć, i bardzo dobrze.
Kiedy na pierwszym roku dzieliłam mieszkanie ze współlokatorkami i karaluchami, do moich obowiązków należało zabijanie ich. W sensie karaluchów. Bo owady to dla mnie totalny lajt, tak samo węże, pająki itp. Jednym słowem wszystkie bardziej popularne lęki mnie nie dotyczą.
Natomiast moją traumą z dzieciństwa są po pierwsze ślady kapiącej wody na śniegu (dużo malutkich otworów, ohyda), a po drugie ślady tzw. korkotrampków, czyli butów do gry w piłkę (większe, ale bardziej regularne otwory, fujka). Nie potrafiłam przejść obojętnie obok tego typu śladów i musiałam je zadeptać. Później już mi było trochę głupio, ale lęk powrócił w momencie, gdy wzięłam się konkretniej za gotowanie, mianowicie stwierdziłam, że potwornie brzydzą mnie gniazda nasienne od papryki i rozkrojone owoce granatu. A tak lubię paprykę i granaty.
Jak podaje wikipedia, trypofobia to lęk przed otworami, ale sprawa wydaje się bardziej złożona. Bo np. durszlak albo słuchawki douszne są w porządku, za to ostatnio kupiłam sobie zielonego melona, rozkrajam go wielce zadowolona, a tam te pierdolone pestki poukładane jedna przy drugiej ciasno w tych malutkich otworach... Wykroiłam całe gniazda nasienne tak żeby powstały schludne gładkie łódeczki, odłożyłam do lodówki na godzinę i dopiero wtedy mogłam zjeść. Lubię też pestki słonecznika, ale muszę kupować już wyłuskany, bo nie zdzierżyłabym wydłubywania tych pestek z kwiatostanu.
Normalnie aż mnie trzęsie przy pisaniu tej notki. Wg badań cytowanych w tym artykule (można kliknąć w link, nie ma zdjęć otworów) ok. 16% badanych odczuwało niepokój przy oglądaniu "trypofobicznych" obrazków, więc nie jest to jakiś ewenement. A media milczo. Prawdopodobnie można to jakoś wyjaśnić ewolucyjnie - gniazda owadów, choroby skórne i te sprawy. Podobne konotacje zdaje się mieć lęk przed guzikami, z którym też się zetknęłam u kogoś, aczkolwiek jak dla mnie guziki są spoko.
P.S. W tej chwili googlując trypofobię świadomie zasłaniam sobie górę ekranu, żeby nie widzieć obrazków. Jeśli chcecie czegoś naprawdę hardkorowego, znajdźcie sobie zdjęcie czaszki dziecka przed wymianą zębów, stałe znajdują się pod mlecznymi. Nie wiem, co to ma wspólnego z otworami, ale autentycznie po zobaczeniu tego zdjęcia nie spałam w nocy i przez dwa dni mnie trzęsło.
niedziela, 8 czerwca 2014
piątek, 9 maja 2014
5 typów ludzi dzwoniących na infolinię # 2
Nadgodziny potrafią dobić człowieka, crm śni mi się po nocach, a widząc rosnące kolejki czuję się jak Syzyf. Przy okazji znów postanowiłam bezczelnie zaszufladkować ludzi dzwoniących do nas z problemami, jakie nie śniły się fizjologom.
1. Wyłudzacz
(nie wiedziałam, jak go zilustrować, to wkleiłam zdjęcie dziwnego pana)
Charakterystyka: Postanowił puścić Bruna Duthoit z torbami i poświęca na to dużo czasu. Bardzo dużo czasu.
Typowa rozmowa:
- Dzień dobry, jestem waszym klientem od czterdziestu lat, czy ja płacę za tę rozmowę?
- Tak, płaci pan jednorazowo za całe połączenie...
- Proszę pani, to jest skandal, nikt mi o tym nie powiedział, proszę mi anulować mi koszty, bo ja dzwonię już trzeci raz dzisiaj, nic się nie da z wami załatwić, pani se spojrzy na ostatnią fakturę.
- Co się panu nie zgadza na tej fakturze?
- Za wysoka jest.
- A konkretnie? Opłaty za połączenia są naliczone prawidłowo.
- Ja sobie dokładnie policzyłem, tam jest napisane, że rozmawiałem w piątek 13 minut, a rozmawiałem 12, poza tym stawka za połączenia z Niemcami jest tutaj o 2 grosze za wysoka, chcę to reklamować. A w ogóle proszę mi jeszcze oddać 31 groszy odsetek, to nie moja wina, że nie dostaję faktur na czas.
Po półgodzinnej rozmowie tego typu niektórzy oddają kasę dla świętego spokoju, ja staram się stosować technikę zdartej płyty, na co wyłudzacz potrafi odpowiedzieć "NO WIDZĘ ŻE TECHNIKĘ ZDARTEJ PŁYTY MA PANI OPANOWANĄ DO PERFEKCJI!" Lubi się zasłaniać faktem, że nikt mu o tym nie powiedział i z tego względu powinien dostać zwrot. Regulaminy ma ogarnięte w punktach, w których coś mu się należy, te informujące o kosztach jakoś omija. Potrafi wykończyć psychicznie do tego stopnia, że wojsko powinno go przejąć jako broń psychologiczną i zapewnić wikt do końca życia, żeby nie musiał już płacić rachunków za telefon.
2. Gadżeciarz
Charakterystyka: Miał IPhone'a, kiedy wszyscy biegali z Nokią 3310.
Typowa rozmowa:
- Dzień dobry, czy ja mogę już wziąć u was nowy telefon?
- Trzy miesiące temu była przedłużana umowa, więc zostało jeszcze dużo czasu.
- Kurde, bo ten jest już stary.
Oprócz najnowszego smartfona posiada telefon terenowy z niezniszczalnego teflonu opracowanego przez NASA, tablet, tablet terenowy, nawigację, kindla, lustrzankę, wieżę z kolumnami i patefonem, stacjonarkę i konsolę do gier, plazmę podłączoną do konsoli oraz dekoder Telewizji Trwam. Google wyznaczyło go jako pierwszego ochotnika do testowania google glass, ale powiedział, żeby się schowali z tym gównem, bo to już stare i niemodne i że teraz na topie są soniczne śrubokręty.
3. Dobry rodzic
Charakterystyka: Daje dziecku wszystko co najlepsze, a potem żałuje.
Typowa rozmowa:
- Wie pani co, strasznie mi wysoki rachunek wyszedł za telefon syna.
- Z numeru X były wysyłane płatne smsy za sto złotych.
- A, to pewnie syn kupował itemy do Tibii, Minecrafta i Angry Birds, muszę mu powiedzieć żeby tego nie robił.
- Widzę, że dwa miesiące temu też była wysoka faktura, sprawdzić to pani?
- Wtedy to moja córka się zakochała, wie pani jak to jest, miłość jak sraczka przychodzi znienacka, hihi.
Ostatnio dzwonili rodzice. Dziecko lat 7, posiadające telefon w abonamencie firmowym, znalazło sobie kolegę z Afryki. Dzwonili do siebie i śpiewali piosenki po angielsku. Rodzice bardzo się cieszyli, że dziecko uczy się angielskiego, dopóki nie przyszedł rachunek.
4. Nieogarnięty
Charakterystyka: Po prostu nie ogarnia tej kuwety.
Typowa rozmowa:
- Wie pani co, ja mam taki numer komórkowy, ale dzwonię ze stacjonarnego, to zaraz pani podam...
(pięć minut odgłosów przewalania papierów, garnków i okrzyków typu "BOŻENKO JAKI TY MASZ NUMER")
- Znalazłem, zaraz pani podyktuję, to nie jest na mnie, tylko na szefową, ona kazała mi dzwonić, bo nie możemy znaleźć faktury, bo mamy kilka adresów i nie wiemy, na jaki przychodzi. To podaję numer tej Neostrady...
- Chyba komórki?
- A jak ja powiedziałam?
Nieogarnięty ma dwie działalności gospodarcze zarejestrowane w trzech różnych miastach pod pięcioma adresami, płaci VAT we wszystkich urzędach, bo nie wie, w którym powinien. Większość telefonów zarejestrowana jest na nieżyjącego ojca, tylko jakoś nie było czasu tego zmienić, a jeden na Basię z księgowości, która nie pracuje od roku. Dzwoniąc, dowiaduje się, że ma od roku dwa internety mobilne, o których nie wie, bo zamówił je i podpisał umowę pan Kazio ochroniarz.
5. Nawiedzony
Charakterystyka: Tego nie da dobrze podsumować, to trzeba usłyszeć.
Przykłady:
- Dzień dobry, mam nadzieję, że nagrywają państwo rozmowy? Bo ja mam strasznie wysoki rachunek.
- Z tego co widzę, wysyłał pan sporo smsów specjalnych.
- Nieprawda, wie pani co ja myślę? Telefon sam wysyłał te smsy. Bo wy je tak programujecie, każdy informatyk pani to potwierdzi.
- Mój telefon został zaimpregnowany oprogramowaniem typu spyphone i sprawa skończy się w prokuraturze.
Szczerze? Nie wiem, po co oni dzwonią, skoro i tak nam nie wierzą, bo są przekonani, że ich oszukujemy. Ale taki klient to przypadek jeden na milion, prawdziwa perła w morzu banalnych Marianów, ożywiająca szary dzień pracy. Czego jak czego, ale kreatywności nie można im odmówić.
Ostatnio zadzwonił koleś i na wstępie spytał, czy go zgwałcę. Odparłam, że chyba się dodzwonił do złego działu, a on, że chce sobie sprawdzić fakturę, ale boi się, że go zgwałcę. Ponieważ kontynuował temat gwałcenia, rozłączyłam się.
Pół godziny później wpada połączenie koledze z biurka obok. Odbiera.
- Dzień dobry, wie pan co, dzisiaj zgwałciły mnie dwie panie.
link do części pierwszej
1. Wyłudzacz
(nie wiedziałam, jak go zilustrować, to wkleiłam zdjęcie dziwnego pana)
Charakterystyka: Postanowił puścić Bruna Duthoit z torbami i poświęca na to dużo czasu. Bardzo dużo czasu.
Typowa rozmowa:
- Dzień dobry, jestem waszym klientem od czterdziestu lat, czy ja płacę za tę rozmowę?
- Tak, płaci pan jednorazowo za całe połączenie...
- Proszę pani, to jest skandal, nikt mi o tym nie powiedział, proszę mi anulować mi koszty, bo ja dzwonię już trzeci raz dzisiaj, nic się nie da z wami załatwić, pani se spojrzy na ostatnią fakturę.
- Co się panu nie zgadza na tej fakturze?
- Za wysoka jest.
- A konkretnie? Opłaty za połączenia są naliczone prawidłowo.
- Ja sobie dokładnie policzyłem, tam jest napisane, że rozmawiałem w piątek 13 minut, a rozmawiałem 12, poza tym stawka za połączenia z Niemcami jest tutaj o 2 grosze za wysoka, chcę to reklamować. A w ogóle proszę mi jeszcze oddać 31 groszy odsetek, to nie moja wina, że nie dostaję faktur na czas.
Po półgodzinnej rozmowie tego typu niektórzy oddają kasę dla świętego spokoju, ja staram się stosować technikę zdartej płyty, na co wyłudzacz potrafi odpowiedzieć "NO WIDZĘ ŻE TECHNIKĘ ZDARTEJ PŁYTY MA PANI OPANOWANĄ DO PERFEKCJI!" Lubi się zasłaniać faktem, że nikt mu o tym nie powiedział i z tego względu powinien dostać zwrot. Regulaminy ma ogarnięte w punktach, w których coś mu się należy, te informujące o kosztach jakoś omija. Potrafi wykończyć psychicznie do tego stopnia, że wojsko powinno go przejąć jako broń psychologiczną i zapewnić wikt do końca życia, żeby nie musiał już płacić rachunków za telefon.
2. Gadżeciarz
Charakterystyka: Miał IPhone'a, kiedy wszyscy biegali z Nokią 3310.
Typowa rozmowa:
- Dzień dobry, czy ja mogę już wziąć u was nowy telefon?
- Trzy miesiące temu była przedłużana umowa, więc zostało jeszcze dużo czasu.
- Kurde, bo ten jest już stary.
Oprócz najnowszego smartfona posiada telefon terenowy z niezniszczalnego teflonu opracowanego przez NASA, tablet, tablet terenowy, nawigację, kindla, lustrzankę, wieżę z kolumnami i patefonem, stacjonarkę i konsolę do gier, plazmę podłączoną do konsoli oraz dekoder Telewizji Trwam. Google wyznaczyło go jako pierwszego ochotnika do testowania google glass, ale powiedział, żeby się schowali z tym gównem, bo to już stare i niemodne i że teraz na topie są soniczne śrubokręty.
3. Dobry rodzic
Charakterystyka: Daje dziecku wszystko co najlepsze, a potem żałuje.
Typowa rozmowa:
- Wie pani co, strasznie mi wysoki rachunek wyszedł za telefon syna.
- Z numeru X były wysyłane płatne smsy za sto złotych.
- A, to pewnie syn kupował itemy do Tibii, Minecrafta i Angry Birds, muszę mu powiedzieć żeby tego nie robił.
- Widzę, że dwa miesiące temu też była wysoka faktura, sprawdzić to pani?
- Wtedy to moja córka się zakochała, wie pani jak to jest, miłość jak sraczka przychodzi znienacka, hihi.
Ostatnio dzwonili rodzice. Dziecko lat 7, posiadające telefon w abonamencie firmowym, znalazło sobie kolegę z Afryki. Dzwonili do siebie i śpiewali piosenki po angielsku. Rodzice bardzo się cieszyli, że dziecko uczy się angielskiego, dopóki nie przyszedł rachunek.
4. Nieogarnięty
Charakterystyka: Po prostu nie ogarnia tej kuwety.
Typowa rozmowa:
- Wie pani co, ja mam taki numer komórkowy, ale dzwonię ze stacjonarnego, to zaraz pani podam...
(pięć minut odgłosów przewalania papierów, garnków i okrzyków typu "BOŻENKO JAKI TY MASZ NUMER")
- Znalazłem, zaraz pani podyktuję, to nie jest na mnie, tylko na szefową, ona kazała mi dzwonić, bo nie możemy znaleźć faktury, bo mamy kilka adresów i nie wiemy, na jaki przychodzi. To podaję numer tej Neostrady...
- Chyba komórki?
- A jak ja powiedziałam?
Nieogarnięty ma dwie działalności gospodarcze zarejestrowane w trzech różnych miastach pod pięcioma adresami, płaci VAT we wszystkich urzędach, bo nie wie, w którym powinien. Większość telefonów zarejestrowana jest na nieżyjącego ojca, tylko jakoś nie było czasu tego zmienić, a jeden na Basię z księgowości, która nie pracuje od roku. Dzwoniąc, dowiaduje się, że ma od roku dwa internety mobilne, o których nie wie, bo zamówił je i podpisał umowę pan Kazio ochroniarz.
5. Nawiedzony
Charakterystyka: Tego nie da dobrze podsumować, to trzeba usłyszeć.
Przykłady:
- Dzień dobry, mam nadzieję, że nagrywają państwo rozmowy? Bo ja mam strasznie wysoki rachunek.
- Z tego co widzę, wysyłał pan sporo smsów specjalnych.
- Nieprawda, wie pani co ja myślę? Telefon sam wysyłał te smsy. Bo wy je tak programujecie, każdy informatyk pani to potwierdzi.
- Mój telefon został zaimpregnowany oprogramowaniem typu spyphone i sprawa skończy się w prokuraturze.
Szczerze? Nie wiem, po co oni dzwonią, skoro i tak nam nie wierzą, bo są przekonani, że ich oszukujemy. Ale taki klient to przypadek jeden na milion, prawdziwa perła w morzu banalnych Marianów, ożywiająca szary dzień pracy. Czego jak czego, ale kreatywności nie można im odmówić.
Ostatnio zadzwonił koleś i na wstępie spytał, czy go zgwałcę. Odparłam, że chyba się dodzwonił do złego działu, a on, że chce sobie sprawdzić fakturę, ale boi się, że go zgwałcę. Ponieważ kontynuował temat gwałcenia, rozłączyłam się.
Pół godziny później wpada połączenie koledze z biurka obok. Odbiera.
- Dzień dobry, wie pan co, dzisiaj zgwałciły mnie dwie panie.
link do części pierwszej
niedziela, 4 maja 2014
Zagubiony pokój - recenzja
W związku z zakończeniem oglądania szóstego sezonu przeżywam kryzys doktorowy, na co wpłynęła zarówno realizacja niektórych wątków na odpierdol, jak i niechęć do hipstersko-bajerancko-szczylowatego Smitha w roli Jedenastego. O czym będę pisać zresztą przy rankingu Doktorów - jak tylko dokończę całość, co może nastąpić nieprędko, aczkolwiek z drugiej strony jestem szalenie ciekawa Capaldiego.
Przy okazji dopiero rozpoczętej lektury bloga Mistycyzm popkulturowy (który swoją drogą serdecznie polecam) postanowiłam póki co wziąć się za polecany przez autora Warehouse 13. Nie ukrywam, że wiążę z serialem spore nadzieje i liczę, że się nie zawiodę.
A propos seriali, hm, bezprecedensowych - mam tu na myśli niepowtarzalny pomysł niewpisujący się do końca w ramy istniejących gatunków - przypomniał mi się miniserial Zagubiony pokój. Notabene oglądałam całość dwa razy, za pierwszym razem zarywając noce, a za drugim delektując się perfekcyjnie poprowadzoną, o co więcej nietypową fabułą na pograniczu s-f, urban fantasy i czegoś w rodzaju Lostów.
Głównym bohaterem jest detektyw Joe Miller, szlachetny, przystojny (a jakże) i nieco bezpłciowy, taki tam everyman, co absolutnie nic nie ujmuje serialowi, przez który przewija się galeria oryginalnych postaci o skrajnie różnych motywacjach. Przy okazji prowadzenia śledztwa detektyw natyka się na dowód rzeczowy w postaci klucza, który jak się okazuje otwiera wszystkie drzwi, przenosząc użytkownika do opuszczonego pokoju motelowego. Kiedy w pokoju znika córka bohatera, postanawia on rozwikłać zagadkę klucza.
Okazuje się, że pokój znajduje się niejako poza czasem i przestrzenią, a pochodzące z niego przedmioty zwane obiektami posiadają niezwykłe właściwości, od totalnie absurdalnych, po bardzo potężne i wręcz niebezpieczne. O dostęp do nich rywalizuje wiele osób, czy to indywidualnych, czy działających wspólnie i w porozumieniu, powodowanych pobudkami czy to czysto egoistycznymi, czy altruistycznymi, czy wręcz religijnymi - od nieszkodliwych świrów po naprawdę groźnych przeciwników.
Razem z naszym pierdołowatym bohaterem poznajemy zasady rządzące pokojem i dowiadujemy się, że pierwotnie posiadał od również lokatora. Wątek pochodzenia pokoju i obiektów długo pozostaje tajemniczy i niedopowiedziany, co mi akurat odpowiada, bo nadaje serialowi klimat tajemnicy. Poza wgłębianiem się w zagadkę obiektów i umiejętnie dozowaną niesamowitością mamy dynamiczną fabułę i nagłe zwroty akcji, po prostu cudo.
Siłą rzeczy w serialu nie udało się uniknąć pewnych nieścisłości, które jednak nie wpływają negatywnie na odbiór, choć oczywiście na Filmwebie znalazło się grono oburzonych. Co zrobisz, nic nie zrobisz, Bożenko. Tak czy inaczej serial polecam, całość jest do ogarnięcia nawet w jeden wieczór, ale ciężko się oderwać, więc w przypadku niecierpiących zwłoki obowiązków lepiej przełożyć oglądanie. Dla mnie był to czysty fun na miarę ulubionych produkcji z lat dzieciństwa.
Z jednej strony szkoda, że serial nie doczekał się kontynuacji, z drugiej czteroipółgodzinna całość wyszła bardzo spójnie. Pewien niedosyt mimo wszystko odczuwam, gdyby tak zacząć od początku z nowymi bohaterami i nagrać tym razem wieloodcinkowy serial z całkiem nową linią fabularną wychodzącą od koncepcji pokoju i obiektów, mogłoby z tego wyjść coś przełomowego. Potencjał jest.
Przy okazji dopiero rozpoczętej lektury bloga Mistycyzm popkulturowy (który swoją drogą serdecznie polecam) postanowiłam póki co wziąć się za polecany przez autora Warehouse 13. Nie ukrywam, że wiążę z serialem spore nadzieje i liczę, że się nie zawiodę.
A propos seriali, hm, bezprecedensowych - mam tu na myśli niepowtarzalny pomysł niewpisujący się do końca w ramy istniejących gatunków - przypomniał mi się miniserial Zagubiony pokój. Notabene oglądałam całość dwa razy, za pierwszym razem zarywając noce, a za drugim delektując się perfekcyjnie poprowadzoną, o co więcej nietypową fabułą na pograniczu s-f, urban fantasy i czegoś w rodzaju Lostów.
Głównym bohaterem jest detektyw Joe Miller, szlachetny, przystojny (a jakże) i nieco bezpłciowy, taki tam everyman, co absolutnie nic nie ujmuje serialowi, przez który przewija się galeria oryginalnych postaci o skrajnie różnych motywacjach. Przy okazji prowadzenia śledztwa detektyw natyka się na dowód rzeczowy w postaci klucza, który jak się okazuje otwiera wszystkie drzwi, przenosząc użytkownika do opuszczonego pokoju motelowego. Kiedy w pokoju znika córka bohatera, postanawia on rozwikłać zagadkę klucza.
Okazuje się, że pokój znajduje się niejako poza czasem i przestrzenią, a pochodzące z niego przedmioty zwane obiektami posiadają niezwykłe właściwości, od totalnie absurdalnych, po bardzo potężne i wręcz niebezpieczne. O dostęp do nich rywalizuje wiele osób, czy to indywidualnych, czy działających wspólnie i w porozumieniu, powodowanych pobudkami czy to czysto egoistycznymi, czy altruistycznymi, czy wręcz religijnymi - od nieszkodliwych świrów po naprawdę groźnych przeciwników.
Razem z naszym pierdołowatym bohaterem poznajemy zasady rządzące pokojem i dowiadujemy się, że pierwotnie posiadał od również lokatora. Wątek pochodzenia pokoju i obiektów długo pozostaje tajemniczy i niedopowiedziany, co mi akurat odpowiada, bo nadaje serialowi klimat tajemnicy. Poza wgłębianiem się w zagadkę obiektów i umiejętnie dozowaną niesamowitością mamy dynamiczną fabułę i nagłe zwroty akcji, po prostu cudo.
Siłą rzeczy w serialu nie udało się uniknąć pewnych nieścisłości, które jednak nie wpływają negatywnie na odbiór, choć oczywiście na Filmwebie znalazło się grono oburzonych. Co zrobisz, nic nie zrobisz, Bożenko. Tak czy inaczej serial polecam, całość jest do ogarnięcia nawet w jeden wieczór, ale ciężko się oderwać, więc w przypadku niecierpiących zwłoki obowiązków lepiej przełożyć oglądanie. Dla mnie był to czysty fun na miarę ulubionych produkcji z lat dzieciństwa.
Z jednej strony szkoda, że serial nie doczekał się kontynuacji, z drugiej czteroipółgodzinna całość wyszła bardzo spójnie. Pewien niedosyt mimo wszystko odczuwam, gdyby tak zacząć od początku z nowymi bohaterami i nagrać tym razem wieloodcinkowy serial z całkiem nową linią fabularną wychodzącą od koncepcji pokoju i obiektów, mogłoby z tego wyjść coś przełomowego. Potencjał jest.
czwartek, 1 maja 2014
Ulubione książki popularnonaukowe # 1
Czasami dla odmiany lubię poczytać sobie coś rozwojowego, z tzw. wiedzy ogólnej, uwielbiam historię medycyny i badań kosmosu, jaram się fizyką kwantową chociaż jej nie rozumiem i takie tam. Oto subiektywny wybór książek, które wciągnęły mnie dokumentnie i które czytało mi się lepiej niż kryminały mimo stricte naukowej treści.
1. Stulecie chirurgów, Jürgen Thorwald

Polecam wszystkie książki Thorwalda, wybór Stulecia chirurgów wynika tylko z kolejności chronologicznej (chyba). Jest to historia początków współczesnej chirurgii, od pierwszego zabiegu usunięcia jebitnie wielkiego guza na jajniku (bez znieczulenia of course) po nowoczesną anestezjologię. Książka szokująca, szczególnie dla mnie jako dla osoby zainteresowanej historią rozwoju nauki. XIX wiek zawsze wydawał mi się taki strasznie elo do przodu, typu omg wiemy już wszystko lecim paralotnią na Marsa. Każdy gentleman w Anglii zbierał skamieliny itp., ale bardzo długo nikomu nie przyszło do głowy, że gaz rozweselający używany powszechnie dla beki może być wykorzystany przy zabiegach medycznych i że warto również zacząć prać prześcieradła w szpitalach. Studenci wracali z prosektorium i szli odbierać porody, a koleś każący im myć ręce był uważany za dziwaka, amputacje odbywały się publicznie, wykonywane przez doktorów w cylindrach i frakach... Wiele rzeczy całkiem dla nas oczywistych ma zdumiewająco krótką historię.
W kolejnej części, Triumfie chirurgów, Thorwald opisuje długą drogę do pierwszych udanych przeszczepów - nie tylko rzetelną pracę lekarzy, lecz także kurioza typu ten oto chory radziecki eksperyment z psem. Książka również fascynująca i przerażająca zarazem, szczególnie jeśli chodzi o prywatne historie pacjentów, którzy w zasadzie mieli wybór - umrzeć lub zostać niejako królikiem doświadczalnym bez żadnej gwarancji przeżycia.
Thorwald napisał również dwie książki z dziedziny historii kryminalistyki i pozycje te po raz kolejny uświadomiły mi, że rzeczy dla nas oczywiste zostały wprowadzone całkiem niedawno - rzetelny, naukowo prowadzony proces sądowy również ma stosunkowo krótką historię. Sherlock Holmes i jego klasyfikacja popiołu z papierosów i ziemi z różnych zakątków Londynu to jeden z przykładów, jak łączono praktyczne śledztwo z XIX-wieczną fazą na punkcie metod naukowych (podaję przykład Sherlocka, bo w tym wypadku fikcja odpowiada rzeczywistości). A ile w tym dłubania, to ja nawet nie, w sumie do dziś nie mieści mi się w głowie, że do niedawna nie było AFIS i trzeba było ręcznie (ocznie?) porównywać ślady linii papilarnych.
2. Najwspanialsze widowisko świata, Richard Dawkins
Przystępne przedstawienie teorii ewolucji, którą większość społeczeństwa kojarzy jako teorię pochodzenia człowieka od małpy i tym podobne uproszczenia. Póki co nie jest u nas tak źle jak w Ameryce, gdzie dowolny bełkot można obronić poprzez odniesienia religijne, ale pomału zmierzamy w tym kierunku. Serio, nie pamiętam, żeby jeszcze kilka lat temu ktokolwiek negował ewolucję, a teraz wystarczy, że jakaś tępa dzida zacznie się rzucać że omg to som moje poglądy i nie obrażaj wierzących i nie można złego słowa powiedzieć. Tak jak na obrazku poniżej, co prawda KK nie neguje ewolucji, ale zawsze znajdą się oszołomy świętsze od papieża.

Napiszę wprost: trzeba być debilem z brakami w podstawowej edukacji, być ślepym albo mieć łeb zaimpregnowany propagandą, żeby pisać takie pierdoły. Jak dla mnie kreacjoniści stoją na równi z gimbusami z forum o zjawiskach paranormalnych wierzących w cywilizację żyjącą wewnątrz pustej Ziemi albo jakąś równie durną teorię spiskową. Wystarczy poobserwować przyrodę, by ewolucja całkiem instynktownie wydała się logicznym rozwiązaniem, a jak głębiej poznamy mechanizmy, to wszystko zaczyna się układać w głowie z porażającą konsekwencją.
Mamy w zasadzie dwa podstawowe problemy z ewolucją. Po pierwsze, idealizm platoński nakazuje nam myśleć o każdym gatunku jako o skończonym i kompletnym, nieświadomie mamy w głowie ideał kota, ideał człowieka itp. Jest to bardzo głęboko zakorzeniony schemat utrudniający przyjęcie płynnych granic rozwoju gatunków i z tego punktu widzenia Platon zrobił nam krzywdę. Po drugie, krzywdę zrobiło nam również chrześcijaństwo, za sprawą którego postrzegamy człowieka jako koronę stworzenia i ciężko nam przyjąć, że jesteśmy totalnie przypadkową odnogą i za sprawą małego zbiegu okoliczności moglibyśmy nie istnieć, a w zamian po Ziemi chodziłyby myślące dinozaury czy coś.
Jestem skłonna zaryzykować tezę, że gdyby nie Platon i Jezus bylibyśmy w Europie mocno do przodu i zaoszczędzilibyśmy kupę czasu i energii zmarnowanych na zajmowanie się pierdołami. Ale to tak na marginesie.
Będzie o tym jeszcze mowa, gdy dojdę do książki Billa Brysona: mamy niesamowite szczęście, że ewolucja poszła w tym kierunku, a patrząc na wcześniejszy okres - że Ziemia znajduje się w idealnej odległości od Słońca i takie tam. Niektórzy pewnie zinterpretowaliby to jako dowód na istnienie siły wyższej, ja zaś uważam, że w nieskończenie wielkim Wszechświecie może się zdarzyć nieskończenie wiele przypadków.
Tyle, jeśli chodzi o moje przemyślenia. Polecam poczytać Dawkinsa, który w międzyczasie awansował co prawda na jakieś guru gimboateistów, ale krzywe skojarzenia nijak nie ujmują mu erudycji i zdolności opisywania skomplikowanych mechanizmów natury w sposób zrozumiały dla laika. Ewolucja dzieje się na naszych oczach - wystarczy dostrzec pewne schematy i wszystko układa się w zdumiewająco spójną całość.
W kolejnej notce będzie trochę o historii wszechświata i o nieprawdopodobnie dziwnych zaburzeniach neurologicznych :)
1. Stulecie chirurgów, Jürgen Thorwald

Polecam wszystkie książki Thorwalda, wybór Stulecia chirurgów wynika tylko z kolejności chronologicznej (chyba). Jest to historia początków współczesnej chirurgii, od pierwszego zabiegu usunięcia jebitnie wielkiego guza na jajniku (bez znieczulenia of course) po nowoczesną anestezjologię. Książka szokująca, szczególnie dla mnie jako dla osoby zainteresowanej historią rozwoju nauki. XIX wiek zawsze wydawał mi się taki strasznie elo do przodu, typu omg wiemy już wszystko lecim paralotnią na Marsa. Każdy gentleman w Anglii zbierał skamieliny itp., ale bardzo długo nikomu nie przyszło do głowy, że gaz rozweselający używany powszechnie dla beki może być wykorzystany przy zabiegach medycznych i że warto również zacząć prać prześcieradła w szpitalach. Studenci wracali z prosektorium i szli odbierać porody, a koleś każący im myć ręce był uważany za dziwaka, amputacje odbywały się publicznie, wykonywane przez doktorów w cylindrach i frakach... Wiele rzeczy całkiem dla nas oczywistych ma zdumiewająco krótką historię.
W kolejnej części, Triumfie chirurgów, Thorwald opisuje długą drogę do pierwszych udanych przeszczepów - nie tylko rzetelną pracę lekarzy, lecz także kurioza typu ten oto chory radziecki eksperyment z psem. Książka również fascynująca i przerażająca zarazem, szczególnie jeśli chodzi o prywatne historie pacjentów, którzy w zasadzie mieli wybór - umrzeć lub zostać niejako królikiem doświadczalnym bez żadnej gwarancji przeżycia.
Thorwald napisał również dwie książki z dziedziny historii kryminalistyki i pozycje te po raz kolejny uświadomiły mi, że rzeczy dla nas oczywiste zostały wprowadzone całkiem niedawno - rzetelny, naukowo prowadzony proces sądowy również ma stosunkowo krótką historię. Sherlock Holmes i jego klasyfikacja popiołu z papierosów i ziemi z różnych zakątków Londynu to jeden z przykładów, jak łączono praktyczne śledztwo z XIX-wieczną fazą na punkcie metod naukowych (podaję przykład Sherlocka, bo w tym wypadku fikcja odpowiada rzeczywistości). A ile w tym dłubania, to ja nawet nie, w sumie do dziś nie mieści mi się w głowie, że do niedawna nie było AFIS i trzeba było ręcznie (ocznie?) porównywać ślady linii papilarnych.
2. Najwspanialsze widowisko świata, Richard Dawkins
Przystępne przedstawienie teorii ewolucji, którą większość społeczeństwa kojarzy jako teorię pochodzenia człowieka od małpy i tym podobne uproszczenia. Póki co nie jest u nas tak źle jak w Ameryce, gdzie dowolny bełkot można obronić poprzez odniesienia religijne, ale pomału zmierzamy w tym kierunku. Serio, nie pamiętam, żeby jeszcze kilka lat temu ktokolwiek negował ewolucję, a teraz wystarczy, że jakaś tępa dzida zacznie się rzucać że omg to som moje poglądy i nie obrażaj wierzących i nie można złego słowa powiedzieć. Tak jak na obrazku poniżej, co prawda KK nie neguje ewolucji, ale zawsze znajdą się oszołomy świętsze od papieża.

Napiszę wprost: trzeba być debilem z brakami w podstawowej edukacji, być ślepym albo mieć łeb zaimpregnowany propagandą, żeby pisać takie pierdoły. Jak dla mnie kreacjoniści stoją na równi z gimbusami z forum o zjawiskach paranormalnych wierzących w cywilizację żyjącą wewnątrz pustej Ziemi albo jakąś równie durną teorię spiskową. Wystarczy poobserwować przyrodę, by ewolucja całkiem instynktownie wydała się logicznym rozwiązaniem, a jak głębiej poznamy mechanizmy, to wszystko zaczyna się układać w głowie z porażającą konsekwencją.
Mamy w zasadzie dwa podstawowe problemy z ewolucją. Po pierwsze, idealizm platoński nakazuje nam myśleć o każdym gatunku jako o skończonym i kompletnym, nieświadomie mamy w głowie ideał kota, ideał człowieka itp. Jest to bardzo głęboko zakorzeniony schemat utrudniający przyjęcie płynnych granic rozwoju gatunków i z tego punktu widzenia Platon zrobił nam krzywdę. Po drugie, krzywdę zrobiło nam również chrześcijaństwo, za sprawą którego postrzegamy człowieka jako koronę stworzenia i ciężko nam przyjąć, że jesteśmy totalnie przypadkową odnogą i za sprawą małego zbiegu okoliczności moglibyśmy nie istnieć, a w zamian po Ziemi chodziłyby myślące dinozaury czy coś.
Jestem skłonna zaryzykować tezę, że gdyby nie Platon i Jezus bylibyśmy w Europie mocno do przodu i zaoszczędzilibyśmy kupę czasu i energii zmarnowanych na zajmowanie się pierdołami. Ale to tak na marginesie.
Będzie o tym jeszcze mowa, gdy dojdę do książki Billa Brysona: mamy niesamowite szczęście, że ewolucja poszła w tym kierunku, a patrząc na wcześniejszy okres - że Ziemia znajduje się w idealnej odległości od Słońca i takie tam. Niektórzy pewnie zinterpretowaliby to jako dowód na istnienie siły wyższej, ja zaś uważam, że w nieskończenie wielkim Wszechświecie może się zdarzyć nieskończenie wiele przypadków.
Tyle, jeśli chodzi o moje przemyślenia. Polecam poczytać Dawkinsa, który w międzyczasie awansował co prawda na jakieś guru gimboateistów, ale krzywe skojarzenia nijak nie ujmują mu erudycji i zdolności opisywania skomplikowanych mechanizmów natury w sposób zrozumiały dla laika. Ewolucja dzieje się na naszych oczach - wystarczy dostrzec pewne schematy i wszystko układa się w zdumiewająco spójną całość.
W kolejnej notce będzie trochę o historii wszechświata i o nieprawdopodobnie dziwnych zaburzeniach neurologicznych :)
niedziela, 27 kwietnia 2014
Głupie serce ma takie DNA - analiza tekstu
Loka (świat, sfera) — w religiach dharmicznych rejon w zaświatach lub subtelny wymiar egzystencji zwyczajne niedostępny percepcji żyjących na Ziemi ludzi, lub też w syntetycznym ujęciu sfery jednocześnie psychiczne i kosmiczne.
Tyle wikipedia. Z kolei last.fm podaje, że Loka to rockandrollowa (WTF) grupa, łącząca taneczne rytmy z przebojowymi melodiami. Przebojowe są, nie da się ukryć, wystarczy że raz poleci w pracowym radiu i człowiek cały dzień śpiewa, że nanana za miłością gna, głupie serce ma takie DNA. Na potrzeby notki jeszcze raz skatowałam się tym gównem (sąsiedzi usłyszeli i teraz będę musiała wychodzić z workiem na głowie) i nadszedł czas, żeby się wyżyć na autorach.
Teledysk ewidentnie ściągnięty od Donatana, tyle że nieco mniej udany, bo o ile ubijanie masła i oblewanie się mlekiem budzi pewne interesujące skojarzenia, o tyle obieranie ziemniaków nie zalicza się do specjalnie erotycznych czynności, a w ogóle TO CO TAM KURWA ROBI KOLEŚ PRZEBRANY ZA HOT DOGA. Pan Hot Dog suszy sobie garnki na płocie, udaje kozła i jest karmiony z ręki przez uroczą Słowiankę, następnie wywołuje eksplozję kuchni węglowej przy użyciu dezodorantu, za co zostaje następnie potraktowany tzw. liściem. Czyli rozrywki jak na każdym polskim osiedlu.
Przejdźmy jednak do analizy tekstu.
Jesteś ulotna,jesteś marzeniem
Jak muza rzucasz zdania, nadajesz im znaczenie
Czyli mamy dharmiczny wymiar egzystencji oraz zapowiedź, że cały tekst prawdopodobnie nie będzie traktował totalnie o niczym. Być może muza autora nie nadała mu znaczenia lub nie jest ono dostępne poza sferą kosmiczną.
Mam Cię pod skórą, pod powiekami
To efekt jest motyla bo świat się zmienia cały
Anegdota o efekcie motyla odnosiła się pierwotnie do meteorologii i do tego, czemu nie da się zrobić dobrej prognozy pogody na okres dłuższy niż kilka dni. Po prostu jest za dużo zmiennych o pozornie małym znaczeniu, żeby przewidzieć wszystkie możliwe okoliczności. Na chwilę obecną pojęcie efektu motyla pełni mniej więcej taką samą funkcję jak cytat z Heraklita o niewchodzeniu dwa razy do tej samej rzeki - tj. tekstu powtarzanego tyle razy bez żadnego zrozumienia, że całkiem oderwał się od pierwotnego sensu. Ale jak przekonamy się przy okazji refrenu, autor nauki specjalnie nie poważa.
Gdy tylko mrugniesz czuje jak, jak ziemia mi ucieka pod nogami
Ucieka POD nogami. Aha.
gify z Tennantem zawsze na propsie
I wszyscy razem:
Cały czas za miłością gna, głupie serce ma takie DNA
Cały czas za miłością gna, głupie serce ma takie DNA
Cały czas za miłością gna, głupie serce ma takie DNA
itd.
Noż kurwa mać. Serce jako element ustroju ma takie samo DNA jak oko, ręka czy dupa. Nazwijcie mnie nerdem, ale cholernie mnie to razi. I wiem doskonale, że to metafora, ale za chuja nie przyjmę i nie zaakceptuję takiej metafory, bo to jest wiedza na poziomie bodajże wczesnej gimbazy i jak dla mnie to równie dobrze mogliby śpiewać np.
Cały czas krąży wokół Ziemi,
głupie Słońce na skutek sił ciążenia
Przejdźmy do kolejnej zwrotki.
Choć Twoja dusza jest nieśmiertelna
To strzała Cherubina dosięga Twego serca
Nie wiem, co ma jedno do drugiego. I po co w ogóle ten wtręt o nieśmiertelnej duszy, który ma się do całości tekstu jak pięść do jeża, pewnie tak napisali żeby się rymowało.
Czujesz jak boli zraniona duma
Jak się przelewa w myślach modlitwa nieuchwytna
Przelewać to się może w żołądku, pozostając przy fizjologicznych klimatach. Uczciwie jednak przyznaję, że głupie serce mimo niewątpliwego debilizmu jest o poziom wyżej od małej ściemniary.
Kochania tajemnica wieczna, tak nierozważnie romantyczna jesteś
I odniesienie do literatury zapodali, paczcie jakie oczytane chłopaki. Wracamy jednak do refrenu...
Cały czas za miłością gna, głupie serce ma takie DNA
Tak sobie myślę, że można to strawestować i nadać innym częściom ciała osobne DNA. Np.
Cały czas za dupami gna, głupi penis ma takie DNA
albo
Cały czas na żarcie czeka, głupi żołądek ma takie DNA
Na odtrutkę polecam:
Też się wkręca niemiłosiernie i potem cały dzień chodzisz i śpiewasz, że podałem ci rękę, kupiłem czteropak, tak to ja twój gwiezdny chłopak. Przynajmniej tekst jest bezpretensjonalny :D
Tyle wikipedia. Z kolei last.fm podaje, że Loka to rockandrollowa (WTF) grupa, łącząca taneczne rytmy z przebojowymi melodiami. Przebojowe są, nie da się ukryć, wystarczy że raz poleci w pracowym radiu i człowiek cały dzień śpiewa, że nanana za miłością gna, głupie serce ma takie DNA. Na potrzeby notki jeszcze raz skatowałam się tym gównem (sąsiedzi usłyszeli i teraz będę musiała wychodzić z workiem na głowie) i nadszedł czas, żeby się wyżyć na autorach.
Teledysk ewidentnie ściągnięty od Donatana, tyle że nieco mniej udany, bo o ile ubijanie masła i oblewanie się mlekiem budzi pewne interesujące skojarzenia, o tyle obieranie ziemniaków nie zalicza się do specjalnie erotycznych czynności, a w ogóle TO CO TAM KURWA ROBI KOLEŚ PRZEBRANY ZA HOT DOGA. Pan Hot Dog suszy sobie garnki na płocie, udaje kozła i jest karmiony z ręki przez uroczą Słowiankę, następnie wywołuje eksplozję kuchni węglowej przy użyciu dezodorantu, za co zostaje następnie potraktowany tzw. liściem. Czyli rozrywki jak na każdym polskim osiedlu.
Przejdźmy jednak do analizy tekstu.
Jesteś ulotna,jesteś marzeniem
Jak muza rzucasz zdania, nadajesz im znaczenie
Czyli mamy dharmiczny wymiar egzystencji oraz zapowiedź, że cały tekst prawdopodobnie nie będzie traktował totalnie o niczym. Być może muza autora nie nadała mu znaczenia lub nie jest ono dostępne poza sferą kosmiczną.
Mam Cię pod skórą, pod powiekami
To efekt jest motyla bo świat się zmienia cały
Anegdota o efekcie motyla odnosiła się pierwotnie do meteorologii i do tego, czemu nie da się zrobić dobrej prognozy pogody na okres dłuższy niż kilka dni. Po prostu jest za dużo zmiennych o pozornie małym znaczeniu, żeby przewidzieć wszystkie możliwe okoliczności. Na chwilę obecną pojęcie efektu motyla pełni mniej więcej taką samą funkcję jak cytat z Heraklita o niewchodzeniu dwa razy do tej samej rzeki - tj. tekstu powtarzanego tyle razy bez żadnego zrozumienia, że całkiem oderwał się od pierwotnego sensu. Ale jak przekonamy się przy okazji refrenu, autor nauki specjalnie nie poważa.
Gdy tylko mrugniesz czuje jak, jak ziemia mi ucieka pod nogami
Ucieka POD nogami. Aha.
gify z Tennantem zawsze na propsie
I wszyscy razem:
Cały czas za miłością gna, głupie serce ma takie DNA
Cały czas za miłością gna, głupie serce ma takie DNA
Cały czas za miłością gna, głupie serce ma takie DNA
itd.
Noż kurwa mać. Serce jako element ustroju ma takie samo DNA jak oko, ręka czy dupa. Nazwijcie mnie nerdem, ale cholernie mnie to razi. I wiem doskonale, że to metafora, ale za chuja nie przyjmę i nie zaakceptuję takiej metafory, bo to jest wiedza na poziomie bodajże wczesnej gimbazy i jak dla mnie to równie dobrze mogliby śpiewać np.
Cały czas krąży wokół Ziemi,
głupie Słońce na skutek sił ciążenia
Przejdźmy do kolejnej zwrotki.
Choć Twoja dusza jest nieśmiertelna
To strzała Cherubina dosięga Twego serca
Nie wiem, co ma jedno do drugiego. I po co w ogóle ten wtręt o nieśmiertelnej duszy, który ma się do całości tekstu jak pięść do jeża, pewnie tak napisali żeby się rymowało.
Czujesz jak boli zraniona duma
Jak się przelewa w myślach modlitwa nieuchwytna
Przelewać to się może w żołądku, pozostając przy fizjologicznych klimatach. Uczciwie jednak przyznaję, że głupie serce mimo niewątpliwego debilizmu jest o poziom wyżej od małej ściemniary.
Kochania tajemnica wieczna, tak nierozważnie romantyczna jesteś
I odniesienie do literatury zapodali, paczcie jakie oczytane chłopaki. Wracamy jednak do refrenu...
Cały czas za miłością gna, głupie serce ma takie DNA
Tak sobie myślę, że można to strawestować i nadać innym częściom ciała osobne DNA. Np.
Cały czas za dupami gna, głupi penis ma takie DNA
albo
Cały czas na żarcie czeka, głupi żołądek ma takie DNA
Na odtrutkę polecam:
Też się wkręca niemiłosiernie i potem cały dzień chodzisz i śpiewasz, że podałem ci rękę, kupiłem czteropak, tak to ja twój gwiezdny chłopak. Przynajmniej tekst jest bezpretensjonalny :D
Jak zostać Grażyną - poradnik dla początkujących
Typowa Grażyna jest koło pięćdziesiątki, lecz nic nie stoi na przeszkodzie, by nią zostać już w wieku 25 lat. Jedyne, co musisz zrobić, to uważać się za starą pannę i jarać się dziećmi swojej siostry. Nie masz siostry lub siostra nie ma dzieci? Błąd, w dzisiejszych czasach rodzina to jedyne, na co możesz liczyć.
Był kiedyś taki dobry mem z typową Grażyną, ale ze względu na ochronę dóbr osobistych idealnie dobrana twarz stuprocentowej Grażyny został zastąpiony panią ze stocka i mem umarł śmiercią naturalną. Ogólnie trochę żal, że imię o literackim pochodzeniu (Mickiewicz i te sprawy) i ciekawym źródłosłowie (lit. graži – piękna) jest obecnie poniewierane przez głupie skojarzenia takich prostaków jak ja, no ale cóż poradzić, same Grażyny są winne.
Główne tematy rozmów w towarzystwie Grażyn to firany, dzieci, przepisy na ciasta i sałatki gyros oraz firany. Serio, w momencie kiedy zaczynasz poświęcać swój czas i uwagę firanom, jesteś stracona dla świata. Aczkolwiek nie dla rodziny, bo rodzina jest najważniejsza w dzisiejszych czasach.
Święta to piękny czas w roku. Przed świętami zdejmij firany, umyj okna gazetą i denaturatem, wypierz firany, wyprasuj firany, powieś firany, zdejmij ponownie, wypierz, wyprasuj. Rozwieś. Zdejmij ponownie, bo się zakurzyły przy ścieraniu kurzy z kolekcji porcelanowych piesków, papieży i delfinów. Wypoleruj wszystkie papieże i wyprasuj również ścierki kuchenne. Chodź głodna przez trzy dni, krzycząc, żeby nic nie jeść, bo to na święta, po świętach płacz, że tyle się zmarnowało.
I takie to życie. Co zrobisz? Nic nie zrobisz.
Na córki mów per córy i od małego powtarzaj im, że ty się dziecko ucz, bo bez nauki nic nie osiągniesz. Po studiach obowiązkowo powrót do rodzinnego Węgorzewa, ślub i zamieszkanie u rodziców, bo kto ci pomoże jak nie rodzina w dzisiejszych czasach. O mężu mów z kolei stary, koniecznie kupuj za niego gacie i skarpety, bo facet się na tym nie zna. Z kuchennych spraw można go oddelegować jedynie do rozpalania grilla, kiedy na majówkę przyjedzie szwagier z rodziną i dzieciaczkami.
W sędziwym wieku czterdziestu lat trwała jest obligatoryjna, opcjonalnie na wesele córy można zaszaleć z fryzurą typu David Bowie jako Ziggy Stardust.
Na koniec staty z ostatniego tygodnia. Jak widać, mamy tu pewne ciekawostki (vide drwale i delfiny), ale niezmiennie od momentu publikacji notki na pierwszym miejscu króluje mała ściemniara.
Szczególnie urzekła mnie pisownia pozycji na samym dole. Ostatnio w radiu w pracy często słyszę, że nanana, za miłością gna, głupie serce ma takie DNA. Myślę, że warto również przeanalizować to arcydzieło w którejś z kolejnych notek chociażby dla wygenerowania sztucznego ruchu.
Był kiedyś taki dobry mem z typową Grażyną, ale ze względu na ochronę dóbr osobistych idealnie dobrana twarz stuprocentowej Grażyny został zastąpiony panią ze stocka i mem umarł śmiercią naturalną. Ogólnie trochę żal, że imię o literackim pochodzeniu (Mickiewicz i te sprawy) i ciekawym źródłosłowie (lit. graži – piękna) jest obecnie poniewierane przez głupie skojarzenia takich prostaków jak ja, no ale cóż poradzić, same Grażyny są winne.
Główne tematy rozmów w towarzystwie Grażyn to firany, dzieci, przepisy na ciasta i sałatki gyros oraz firany. Serio, w momencie kiedy zaczynasz poświęcać swój czas i uwagę firanom, jesteś stracona dla świata. Aczkolwiek nie dla rodziny, bo rodzina jest najważniejsza w dzisiejszych czasach.
Święta to piękny czas w roku. Przed świętami zdejmij firany, umyj okna gazetą i denaturatem, wypierz firany, wyprasuj firany, powieś firany, zdejmij ponownie, wypierz, wyprasuj. Rozwieś. Zdejmij ponownie, bo się zakurzyły przy ścieraniu kurzy z kolekcji porcelanowych piesków, papieży i delfinów. Wypoleruj wszystkie papieże i wyprasuj również ścierki kuchenne. Chodź głodna przez trzy dni, krzycząc, żeby nic nie jeść, bo to na święta, po świętach płacz, że tyle się zmarnowało.
I takie to życie. Co zrobisz? Nic nie zrobisz.
Na córki mów per córy i od małego powtarzaj im, że ty się dziecko ucz, bo bez nauki nic nie osiągniesz. Po studiach obowiązkowo powrót do rodzinnego Węgorzewa, ślub i zamieszkanie u rodziców, bo kto ci pomoże jak nie rodzina w dzisiejszych czasach. O mężu mów z kolei stary, koniecznie kupuj za niego gacie i skarpety, bo facet się na tym nie zna. Z kuchennych spraw można go oddelegować jedynie do rozpalania grilla, kiedy na majówkę przyjedzie szwagier z rodziną i dzieciaczkami.
W sędziwym wieku czterdziestu lat trwała jest obligatoryjna, opcjonalnie na wesele córy można zaszaleć z fryzurą typu David Bowie jako Ziggy Stardust.
Na koniec staty z ostatniego tygodnia. Jak widać, mamy tu pewne ciekawostki (vide drwale i delfiny), ale niezmiennie od momentu publikacji notki na pierwszym miejscu króluje mała ściemniara.
Szczególnie urzekła mnie pisownia pozycji na samym dole. Ostatnio w radiu w pracy często słyszę, że nanana, za miłością gna, głupie serce ma takie DNA. Myślę, że warto również przeanalizować to arcydzieło w którejś z kolejnych notek chociażby dla wygenerowania sztucznego ruchu.
wtorek, 1 kwietnia 2014
ZWOW 52, 53 i 54
To jest workout na miarę naszych możliwości. Ten workout to apel do władz i do społeczeństwa: ruszcie dupy i zróbcie coś ze swoim życiem.
Jump plank w ilości takiej w sam raz, nawet bardziej kardio niż cokolwiek na ramiona, przeplatany błogim rozciąganiem. Ćwiczenia na abs w ilości również w sam raz i też z rozciąganiem. Następnie ćwiczenia na nogi i pośladki z bardzo umiarkowaną ilością skakania i znowu stretching. Zmęczyć się do porzygu nie sposób, dobre zarówno dla dziuń robiących bardziej pośladki niż cokolwiek innego, jak i dla ludzi wykonujących pracę siedzącą, chcących dla odmiany wygiąć sobie kręgosłup w drugą stronę.
A to wszystko w piętnaście minut z palcem w dupie.
Jest jeden szkopuł. Mianowicie przysiady na jednej nodze. Ja nie chwaląc się umiem je zrobić. Dziesięć takich przysiadów to już niezły trening dla nóg. Ogólnie Paul Wade w książce "Skazany na trening" strasznie leje z pakerów, którzy groźnie wyglądają, a nie umieją nawet zrobić przysiadu na jednej nodze. Mój sensei określał ich z kolei uroczym mianem fizolków i twierdził, że notorycznie uszkadzają sobie kończyny, nie umieją nastawić nosa po złamaniu itp., a gdyby chodzili na judo, to by tego nie było.
Ale mniejsza z tym, dobrze jest zacząć trzymając się czegoś, a potem opierając jedną nogę na drugiej (na kolanie - nie wiem, jak to opisać). Po dwóch tygodniach można powiedzieć, że nie jest się fizolkiem.
ZWOW 53 jest o tyle podobny, że również bardzo przyjemny, niezbyt męczący i przeplatany rozciąganiem. Również mamy ćwiczenia na brzuch i przysiady w ilości umiarkowanej - raczej nic z tych rzeczy nie będzie boleć na drugi dzień. Tutaj dochodzą jednak zmodyfikowane pompeczki, cztery serie po dziesięć powtórzeń. Nie płaczcie, że nie umiecie, ja też nie umiałam, to taka ściema dla ubogich duchem, najpierw można robić damskie, a potem pomału się przestawiać.
To wszystko również w piętnaście minut, bez dodatkowego sprzętu.
54 jak wyżej, tyle tylko, że bardziej grozi bólem dupy w sensie pośladków, nóg itp. Dochodzi tutaj dodatkowe obciążenie, które nie każdy posiada, szczególnie po podziale majątku z byłym facetem, ale od czego są butelki z wodą - jak dla mnie za lekkie, ale lepsze to niż nic, a na początek są w sam raz. Osobiście zamierzam teraz kupić wodę w baniaku i używać zamiast kettleballa :P
Bardzo dobry workout, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, jak robi brzuch, pośladki i nogi. Przy tym również raczej lajtowy, bez potu lejącego się strumieniami i ryzyka omdleń.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









