Z okazji imponującego finału czwartego sezonu "Gry o tron" pragnę podkreślić, że od początku byłam za Stannisem. Czytałam książkę (aczkolwiek nie uważam się z tego powodu za fajną i nie będę robić spoilerów) i też byłam za Stannisem. Dlaczego nie za Starkami czy Daenerys, którzy są tacy dobrzy i szlachetni? Dlaczego nie za Lannisterami, którzy są tak chytrymi skurwysynami (cóż za rym)? Kilka subiektywnych powodów poniżej.
1. Nikt go nie lubi.
Ponoć założenie Martina w pierwszym tomie było takie, że skoro wszyscy uznali Neda Starka za głównego bohatera i go polubili, to go zabije. I tak po kolei ze wszystkimi. Logicznym jest zatem, że skoro Stannisa nikt nie lubi (bo jak tu lubić takiego starego, nudnego dziada w typie urzędasa, który nawet nie ma smoków ani nic), to są spore szanse, że dożyje końca serii. Facet po prostu nie wzbudza jakichś szczególnych emocji, w przeciwieństwie np. do Roba (którego śmierć zasmuciła liczne grono fanów) czy Joeffreya (którego śmierć wszystkich uradowała), co znacząco zwiększa jego szanse.
2. Jest betonem.
Nie ma to tamto, nie ma że dziwki, wino, turnieje i intrygi, tylko obowiązek, bóg honor ojczyzna, rodzina (jaka by nie była) i te inne. Klasycznym przykładem jest polski wątek w GoT, czyli wątek Cebulowego Rycerza, który gwoli sprawiedliwości stracił palce i zyskał szlachectwo. Co prawda Starkowie również byli mega honorowi itp., ale zbyt miętcy i nie za dobrze na tym wyszli. Teraz Starków mogących realnie rządzić nie ma, północ to każdy by chciał, a robić nie ma komu, tylko Stannis przybył bronić cywilizacji białego człowieka przed mamutami.
Niby jest tak, że oficjalne prawo do tronu mają Stannis i Daenerys (1:1), on ma magię, ona ma smoki (2:2), ale on za to nie bawi się w zbawcę świata, nie porywa się z motyką na słońce, jest po prostu totalnym betonem, nie do ruszenia. Pomału, bez gwałtownych ruchów, buduje swoją siłę na północy, czyli blisko centrum wydarzeń, a nie na jakichś Wyspach Bergamutach bez kanalizacji i internetu, gdzie jest tak gorąco, że można tylko hodować kozy i niewolników. Czyli wychodzi 3:2 dla Stannisa.
3. Jest fanatykiem religijnym.
Odkąd przeczytałam "Bojaźń i drżenie" lubię fanatyków religijnych, tzn. tylko w teorii, bo katoli ani muslimów nie lubię, ale dopóki nikt nie przyjdzie i nie spali mnie na stosie za niewyznawanie Pana Światła, to spoko. Ciekawa jest ta ich wiara zresztą, coś w stylu gnozy. Zastanawiam się tylko, czy w praktyce po przejęciu Żelaznego Tronu Stannis narzuciłby wszystkim swoją religię, bo byłoby to co najmniej głupie, biorąc pod uwagę fakt, że wszyscy normalni ludzie wyznają Siedmiu. Ale mniejsza z tym, jak wiadomo z historii, wierzeniami można umiejętnie manipulować, a wyznawanie Pana Światła przynosi przynajmniej wymierne efekty w praktyce. Nawet jeśli to manipulacja Melissandre i tak naprawdę to jakiś Szatan zabił Renly'ego, to i tak są efekty, a czy ktoś widział, żeby Siedmiu komuś pomogło? No właśnie.
P.S. Tak btw to R'hllor sam wybiera narzędzia, którymi wypełnia swoją wolę, więc można obstawiać, że połowa zgonów w GoT była jego dziełem.
wtorek, 17 czerwca 2014
niedziela, 15 czerwca 2014
Odszkodowanie za kota - z życia konsultanta
Różne reklamacje wprowadzałam, od takich, gdzie klient twierdzi, że ma naliczone opłaty za połączenia których na sto procent nie wykonywał (nawiedzony) po oddawanie 31 gr odsetek, przy czym koszt rozmowy z BOK jest trzy razy większy (wyłudzacz). Ale to, co opowiedziała mi koleżanka pracująca niegdyś w CP, przebija wszystko.
Stereotyp odnośnie CP jest taki, że siedzi się dzień w dzień po czternaście godzin (u nas się tak nie da - doba pracownicza itp., a czasem by się przydało), kolejki sięgają dwustu klientów czekających na połączenie, za to idzie zarobić. Osobiście bym raczej nie chciała tam pracować, bo po pierwsze nie ogarniam TV, a po drugie klienci biznesowi są tak wkurwiający, że wolę nawet nie myśleć, co się dzieje na indywidualce. Fakt faktem, że odsetek nawiedzonych oszołomów i zwykłych idiotów jest zdecydowanie większy.
Historia pierwsza. Dzwoni klientka w sprawie popsutego dekodera. Konsultantka pyta, jak to się stało. Otóż klientka miała kota. Kot był już stary i zdarzało mu się popuszczać. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności zdarzyło mu się to akurat, gdy leżał na dekoderze. W efekcie dekoder się sfajczył, a kot razem z nim. Klientka żądała odszkodowania od CP.
- W takim wypadku odszkodowanie nie przysługuje, a wymiana dekodera będzie odpłatna - informuje konsultantka.
- Ale jak to?
- Zgodnie z umową opłatę ponosi się w przypadku zalania wodą...
- PANI, ALE TO SIKI BYŁY!
Druga, bardziej pozytywna historia z kotem w roli głównej. Koleś wysłał wypowiedzenie umowy, pod którym oprócz jego podpisu widniały odciski kocich łapek z informacją, że koty też wypowiadają umowę. Plus jeszcze jeden dopisek, że pies się nie podpisał, bo pies ma wyjebane na CP i nie ogląda telewizji.
Dzwoni z kolei przejęty facet i zaczyna opowiadać:
- Wie pani co, oglądam właśnie Polo TV i leci świetny kawałek "Ona tańczy dla mnie". Oglądam, oglądam, a tu nagle brak sygnału. I już nie tańczy!
W obecnej pracy z kolei najbardziej uwielbiam ludzi, którzy biorą telefony w abonamencie dla firm dla całej rodziny, a potem okazuje się, że teściowa wysyła smsy do wróżbity Maciej, a szwagier wziął zakupiony telefon i spierdolił z nim do Niemiec. Do kogo mają pretensje? Do operatora.
Koleżance wpadła ostatnio klientka, która po odebraniu połączenia rozpoczęła rozmowę słowami "kurwa mać". Na to koleżanka zripostował "miło mi, Agnieszka jestem". Chwila ciszy. Klientka się rozłączyła.
Stereotyp odnośnie CP jest taki, że siedzi się dzień w dzień po czternaście godzin (u nas się tak nie da - doba pracownicza itp., a czasem by się przydało), kolejki sięgają dwustu klientów czekających na połączenie, za to idzie zarobić. Osobiście bym raczej nie chciała tam pracować, bo po pierwsze nie ogarniam TV, a po drugie klienci biznesowi są tak wkurwiający, że wolę nawet nie myśleć, co się dzieje na indywidualce. Fakt faktem, że odsetek nawiedzonych oszołomów i zwykłych idiotów jest zdecydowanie większy.
Historia pierwsza. Dzwoni klientka w sprawie popsutego dekodera. Konsultantka pyta, jak to się stało. Otóż klientka miała kota. Kot był już stary i zdarzało mu się popuszczać. Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności zdarzyło mu się to akurat, gdy leżał na dekoderze. W efekcie dekoder się sfajczył, a kot razem z nim. Klientka żądała odszkodowania od CP.
- W takim wypadku odszkodowanie nie przysługuje, a wymiana dekodera będzie odpłatna - informuje konsultantka.
- Ale jak to?
- Zgodnie z umową opłatę ponosi się w przypadku zalania wodą...
- PANI, ALE TO SIKI BYŁY!
Druga, bardziej pozytywna historia z kotem w roli głównej. Koleś wysłał wypowiedzenie umowy, pod którym oprócz jego podpisu widniały odciski kocich łapek z informacją, że koty też wypowiadają umowę. Plus jeszcze jeden dopisek, że pies się nie podpisał, bo pies ma wyjebane na CP i nie ogląda telewizji.
Dzwoni z kolei przejęty facet i zaczyna opowiadać:
- Wie pani co, oglądam właśnie Polo TV i leci świetny kawałek "Ona tańczy dla mnie". Oglądam, oglądam, a tu nagle brak sygnału. I już nie tańczy!
W obecnej pracy z kolei najbardziej uwielbiam ludzi, którzy biorą telefony w abonamencie dla firm dla całej rodziny, a potem okazuje się, że teściowa wysyła smsy do wróżbity Maciej, a szwagier wziął zakupiony telefon i spierdolił z nim do Niemiec. Do kogo mają pretensje? Do operatora.
Koleżance wpadła ostatnio klientka, która po odebraniu połączenia rozpoczęła rozmowę słowami "kurwa mać". Na to koleżanka zripostował "miło mi, Agnieszka jestem". Chwila ciszy. Klientka się rozłączyła.
poniedziałek, 9 czerwca 2014
Subiektywny ranking Doktorów z nowych serii
Na początek ostrzegam, że notka może obrażać uczucia religijne.
W życiu każdego przychodzi moment, kiedy trzeba sobie zadać fundamentalne pytanie: KTÓRY DOKTOR? Tutaj znalazłam info, jaki pogląd na ten temat ma Gaba Kulka, wklejam jako ciekawostkę.
Jestem w trakcie oglądania siódmego sezonu, co do którego mam mieszane uczucia, bo z jednej strony rewolwerowiec-cyborg i inwazja czarnych sześcianów są super, a z drugiej mimo wszystko nie przekonałam się do Smitha. A naprawdę próbowałam. Pierwszy sezon z Dziewiątym Doktorem, po którym ludzie jadą, bo efekty specjalne słabe, bo fabuły głupie jak stado gwoździ, Rose jest pustakiem etc. był dla mnie objawieniem, a jako że wszyscy zapewniali, że będzie coraz lepiej, czekałam z niecierpliwością na kolejnych Doktorów. No i było lepiej, z tym że szczyt przypadł jakoś na okolice odcinka "Silent in the Library" z czwartego sezonu, a od pojawienia się Smitha jest zwała, bowties, fezes, ogólne hipsterstwo i szpanerstwo. Już dawno ułożyłam sobie kolejność, jaką w moim sercu zajmują Dziewiąty, Dziesiąty i Jedenasty, opiszę ich teraz w kolejności malejącej od Trzeciego do Pierwszego, uzasadniając swoje sympatie i antypatie.
3. Jedenasty (Matt Smith)
Z twarzy połączenie chłopa małorolnego i cwaniaczkowatego studenta prawa, zależy z której strony spojrzeć. Obiekt westchnień gimbów, tworzących potem takie obrazki. Władca Czasu musi być zajebisty, ale Dziewiąty i Dziesiąty byli zajebiści sami z siebie, a Jedenasty musi co jakiś czas o tym przypominać. Władca Czasu musi trochę pajacować, ale ten to jakaś kosmiczna attention whore, coś jak mój znajomy, który zorientowawszy się na imprezie, że chwilowo nie jest w centrum uwagi, od razu poleciał przebrać się w sukienkę, żeby pokazać jakim jest krejzolem. Lubi zakładać dziwne rzeczy na głowę, jak również patrzeć głęboko w oczy, zwracając się przy tym do ciebie pełnym imieniem i nazwiskiem w wołaczu (wiem, że w angielskim nie ma wołacza, ale i tak go tam słyszę) - to ostatnie osobiście wzbudziłoby we mnie niepohamowaną agresję. Bajerant jakich mało.
W którymś z odcinków z Dziesiątym River wołała do niego "przystojniaku", a on się nie skapnął, ze to do niego, dopóki ktoś mu nie powiedział. Jedenasty poleciałby na zawołanie "przystojniaku" na drugi koniec galaktyki.
2. Dziesiąty (David Tennant)
Po regeneracji z końcem pierwszego sezonu było mi strasznie smutno i Tennant miał taką dziwną mordę, ale potem jak leżał w tej piżamce, jak mu ucięli rękę i odrosła z powrotem, to moje uczucie również się odrodziło niczym ta ręka Dziesiątego Doktora. A Dziesiąty to już kult. Obiekt westchnień nie-gimbów, zresztą nic dziwnego, ponieważ jest ideałem mężczyzny: wrażliwy, z poczuciem humoru, stanowczy, a jak się wkurzy, to w ogóle klękajcie narody. Czuję się wtedy trochę jak na wykładzie o przymusie bezpośrednim prowadzonym przez wykładowcę o bardzo niskim, męskim głosie, niby poważna sprawa, a ja się jaram. Tennant zresztą w ogóle gra bardzo teatralnie, ta mimika, gestykulacja, perfekcyjny akcent...
Podobno Tennant jako pierwszy uczynił postać Doktora seksowną, co do mnie - mam nieco inne zdanie, ale fakt faktem, że dziewczyny zaczęły się masowo jarać (nie wiemy, jak z klasycznymi sezonami, bo nie było internetu, a poza tym to był serial dla dzieci, więc trochę lipa, tak jakby jarać się Panem Kleksem czy coś).
1. Dziewiąty (Chris Eccleston)
Po prostu mężczyzna mojego życia. He is fantastic, absolutely fantastic.
Pierwszy sezon ma swoich przeciwników, co wynika z faktu, że pierwsze odcinki są zrobione naprawdę tanio, bywają kompletnie groteskowe, a Dziewiąty jest szaleńcem, biega w kółko i ciągle śmieje się jak nienormalny. Bywa to tłumaczone faktem, że jeszcze nie doszedł do siebie po wojnie czasu. Co do mnie, to po pierwszym odcinku, kiedy Doktor przybył do nudnej pracy Rose, uratował ją przed inwazją żywych manekinów i kiedy padły słowa "I'm the Doctor, by the way", wpadłam w ten sam schemat, który obśmiewałam u wielbicielek Zmierzchu i Greya. Poczułam, że jest nadzieja dla mnie. Zwykła dziewczyna i tysiącletni kosmita, podróżujący w niebieskiej budce i walczący z wielkimi solniczkami. To musi się udać.
Bardzo rozczarował mnie fakt, że Eccleston od początku zakładał udział tylko w jednym sezonie, żeby nie być kojarzonym wyłącznie z Doktorem. I tak mu to nie wyszło, bo ostatnio oglądając "28 dni później", gdzie wystąpił w roli naprawdę zimnego, okrutnego sukinsyna, cały czas miałam w tyłu głowy myśl "OMG ALE TO DOKTOR PRZECIEŻ ON JEST DOBRY".
Nie jest co prawda przystojniakiem, ale ma w sobie coś, co mnie rusza, chociaż pewnie to po prostu dyskretny urok szalonego kosmity. Te jego uszy, przerwa między zębami (normalni ludzie mają między jedynkami, a Dziewiąty między jedynką i dwójką) plus stylówa uciekiniera z demobilu.
A to mam w telefonie i sobie puszczam jak mam doła.
W życiu każdego przychodzi moment, kiedy trzeba sobie zadać fundamentalne pytanie: KTÓRY DOKTOR? Tutaj znalazłam info, jaki pogląd na ten temat ma Gaba Kulka, wklejam jako ciekawostkę.
Jestem w trakcie oglądania siódmego sezonu, co do którego mam mieszane uczucia, bo z jednej strony rewolwerowiec-cyborg i inwazja czarnych sześcianów są super, a z drugiej mimo wszystko nie przekonałam się do Smitha. A naprawdę próbowałam. Pierwszy sezon z Dziewiątym Doktorem, po którym ludzie jadą, bo efekty specjalne słabe, bo fabuły głupie jak stado gwoździ, Rose jest pustakiem etc. był dla mnie objawieniem, a jako że wszyscy zapewniali, że będzie coraz lepiej, czekałam z niecierpliwością na kolejnych Doktorów. No i było lepiej, z tym że szczyt przypadł jakoś na okolice odcinka "Silent in the Library" z czwartego sezonu, a od pojawienia się Smitha jest zwała, bowties, fezes, ogólne hipsterstwo i szpanerstwo. Już dawno ułożyłam sobie kolejność, jaką w moim sercu zajmują Dziewiąty, Dziesiąty i Jedenasty, opiszę ich teraz w kolejności malejącej od Trzeciego do Pierwszego, uzasadniając swoje sympatie i antypatie.
3. Jedenasty (Matt Smith)
Z twarzy połączenie chłopa małorolnego i cwaniaczkowatego studenta prawa, zależy z której strony spojrzeć. Obiekt westchnień gimbów, tworzących potem takie obrazki. Władca Czasu musi być zajebisty, ale Dziewiąty i Dziesiąty byli zajebiści sami z siebie, a Jedenasty musi co jakiś czas o tym przypominać. Władca Czasu musi trochę pajacować, ale ten to jakaś kosmiczna attention whore, coś jak mój znajomy, który zorientowawszy się na imprezie, że chwilowo nie jest w centrum uwagi, od razu poleciał przebrać się w sukienkę, żeby pokazać jakim jest krejzolem. Lubi zakładać dziwne rzeczy na głowę, jak również patrzeć głęboko w oczy, zwracając się przy tym do ciebie pełnym imieniem i nazwiskiem w wołaczu (wiem, że w angielskim nie ma wołacza, ale i tak go tam słyszę) - to ostatnie osobiście wzbudziłoby we mnie niepohamowaną agresję. Bajerant jakich mało.
W którymś z odcinków z Dziesiątym River wołała do niego "przystojniaku", a on się nie skapnął, ze to do niego, dopóki ktoś mu nie powiedział. Jedenasty poleciałby na zawołanie "przystojniaku" na drugi koniec galaktyki.
2. Dziesiąty (David Tennant)
Po regeneracji z końcem pierwszego sezonu było mi strasznie smutno i Tennant miał taką dziwną mordę, ale potem jak leżał w tej piżamce, jak mu ucięli rękę i odrosła z powrotem, to moje uczucie również się odrodziło niczym ta ręka Dziesiątego Doktora. A Dziesiąty to już kult. Obiekt westchnień nie-gimbów, zresztą nic dziwnego, ponieważ jest ideałem mężczyzny: wrażliwy, z poczuciem humoru, stanowczy, a jak się wkurzy, to w ogóle klękajcie narody. Czuję się wtedy trochę jak na wykładzie o przymusie bezpośrednim prowadzonym przez wykładowcę o bardzo niskim, męskim głosie, niby poważna sprawa, a ja się jaram. Tennant zresztą w ogóle gra bardzo teatralnie, ta mimika, gestykulacja, perfekcyjny akcent...
Podobno Tennant jako pierwszy uczynił postać Doktora seksowną, co do mnie - mam nieco inne zdanie, ale fakt faktem, że dziewczyny zaczęły się masowo jarać (nie wiemy, jak z klasycznymi sezonami, bo nie było internetu, a poza tym to był serial dla dzieci, więc trochę lipa, tak jakby jarać się Panem Kleksem czy coś).
1. Dziewiąty (Chris Eccleston)
Po prostu mężczyzna mojego życia. He is fantastic, absolutely fantastic.
Pierwszy sezon ma swoich przeciwników, co wynika z faktu, że pierwsze odcinki są zrobione naprawdę tanio, bywają kompletnie groteskowe, a Dziewiąty jest szaleńcem, biega w kółko i ciągle śmieje się jak nienormalny. Bywa to tłumaczone faktem, że jeszcze nie doszedł do siebie po wojnie czasu. Co do mnie, to po pierwszym odcinku, kiedy Doktor przybył do nudnej pracy Rose, uratował ją przed inwazją żywych manekinów i kiedy padły słowa "I'm the Doctor, by the way", wpadłam w ten sam schemat, który obśmiewałam u wielbicielek Zmierzchu i Greya. Poczułam, że jest nadzieja dla mnie. Zwykła dziewczyna i tysiącletni kosmita, podróżujący w niebieskiej budce i walczący z wielkimi solniczkami. To musi się udać.
Bardzo rozczarował mnie fakt, że Eccleston od początku zakładał udział tylko w jednym sezonie, żeby nie być kojarzonym wyłącznie z Doktorem. I tak mu to nie wyszło, bo ostatnio oglądając "28 dni później", gdzie wystąpił w roli naprawdę zimnego, okrutnego sukinsyna, cały czas miałam w tyłu głowy myśl "OMG ALE TO DOKTOR PRZECIEŻ ON JEST DOBRY".
Nie jest co prawda przystojniakiem, ale ma w sobie coś, co mnie rusza, chociaż pewnie to po prostu dyskretny urok szalonego kosmity. Te jego uszy, przerwa między zębami (normalni ludzie mają między jedynkami, a Dziewiąty między jedynką i dwójką) plus stylówa uciekiniera z demobilu.
A to mam w telefonie i sobie puszczam jak mam doła.
niedziela, 8 czerwca 2014
Trypofobia, czyli jak się zdiagnozowałam przez internet
Notka obejdzie się bez zdjęć, i bardzo dobrze.
Kiedy na pierwszym roku dzieliłam mieszkanie ze współlokatorkami i karaluchami, do moich obowiązków należało zabijanie ich. W sensie karaluchów. Bo owady to dla mnie totalny lajt, tak samo węże, pająki itp. Jednym słowem wszystkie bardziej popularne lęki mnie nie dotyczą.
Natomiast moją traumą z dzieciństwa są po pierwsze ślady kapiącej wody na śniegu (dużo malutkich otworów, ohyda), a po drugie ślady tzw. korkotrampków, czyli butów do gry w piłkę (większe, ale bardziej regularne otwory, fujka). Nie potrafiłam przejść obojętnie obok tego typu śladów i musiałam je zadeptać. Później już mi było trochę głupio, ale lęk powrócił w momencie, gdy wzięłam się konkretniej za gotowanie, mianowicie stwierdziłam, że potwornie brzydzą mnie gniazda nasienne od papryki i rozkrojone owoce granatu. A tak lubię paprykę i granaty.
Jak podaje wikipedia, trypofobia to lęk przed otworami, ale sprawa wydaje się bardziej złożona. Bo np. durszlak albo słuchawki douszne są w porządku, za to ostatnio kupiłam sobie zielonego melona, rozkrajam go wielce zadowolona, a tam te pierdolone pestki poukładane jedna przy drugiej ciasno w tych malutkich otworach... Wykroiłam całe gniazda nasienne tak żeby powstały schludne gładkie łódeczki, odłożyłam do lodówki na godzinę i dopiero wtedy mogłam zjeść. Lubię też pestki słonecznika, ale muszę kupować już wyłuskany, bo nie zdzierżyłabym wydłubywania tych pestek z kwiatostanu.
Normalnie aż mnie trzęsie przy pisaniu tej notki. Wg badań cytowanych w tym artykule (można kliknąć w link, nie ma zdjęć otworów) ok. 16% badanych odczuwało niepokój przy oglądaniu "trypofobicznych" obrazków, więc nie jest to jakiś ewenement. A media milczo. Prawdopodobnie można to jakoś wyjaśnić ewolucyjnie - gniazda owadów, choroby skórne i te sprawy. Podobne konotacje zdaje się mieć lęk przed guzikami, z którym też się zetknęłam u kogoś, aczkolwiek jak dla mnie guziki są spoko.
P.S. W tej chwili googlując trypofobię świadomie zasłaniam sobie górę ekranu, żeby nie widzieć obrazków. Jeśli chcecie czegoś naprawdę hardkorowego, znajdźcie sobie zdjęcie czaszki dziecka przed wymianą zębów, stałe znajdują się pod mlecznymi. Nie wiem, co to ma wspólnego z otworami, ale autentycznie po zobaczeniu tego zdjęcia nie spałam w nocy i przez dwa dni mnie trzęsło.
Kiedy na pierwszym roku dzieliłam mieszkanie ze współlokatorkami i karaluchami, do moich obowiązków należało zabijanie ich. W sensie karaluchów. Bo owady to dla mnie totalny lajt, tak samo węże, pająki itp. Jednym słowem wszystkie bardziej popularne lęki mnie nie dotyczą.
Natomiast moją traumą z dzieciństwa są po pierwsze ślady kapiącej wody na śniegu (dużo malutkich otworów, ohyda), a po drugie ślady tzw. korkotrampków, czyli butów do gry w piłkę (większe, ale bardziej regularne otwory, fujka). Nie potrafiłam przejść obojętnie obok tego typu śladów i musiałam je zadeptać. Później już mi było trochę głupio, ale lęk powrócił w momencie, gdy wzięłam się konkretniej za gotowanie, mianowicie stwierdziłam, że potwornie brzydzą mnie gniazda nasienne od papryki i rozkrojone owoce granatu. A tak lubię paprykę i granaty.
Jak podaje wikipedia, trypofobia to lęk przed otworami, ale sprawa wydaje się bardziej złożona. Bo np. durszlak albo słuchawki douszne są w porządku, za to ostatnio kupiłam sobie zielonego melona, rozkrajam go wielce zadowolona, a tam te pierdolone pestki poukładane jedna przy drugiej ciasno w tych malutkich otworach... Wykroiłam całe gniazda nasienne tak żeby powstały schludne gładkie łódeczki, odłożyłam do lodówki na godzinę i dopiero wtedy mogłam zjeść. Lubię też pestki słonecznika, ale muszę kupować już wyłuskany, bo nie zdzierżyłabym wydłubywania tych pestek z kwiatostanu.
Normalnie aż mnie trzęsie przy pisaniu tej notki. Wg badań cytowanych w tym artykule (można kliknąć w link, nie ma zdjęć otworów) ok. 16% badanych odczuwało niepokój przy oglądaniu "trypofobicznych" obrazków, więc nie jest to jakiś ewenement. A media milczo. Prawdopodobnie można to jakoś wyjaśnić ewolucyjnie - gniazda owadów, choroby skórne i te sprawy. Podobne konotacje zdaje się mieć lęk przed guzikami, z którym też się zetknęłam u kogoś, aczkolwiek jak dla mnie guziki są spoko.
P.S. W tej chwili googlując trypofobię świadomie zasłaniam sobie górę ekranu, żeby nie widzieć obrazków. Jeśli chcecie czegoś naprawdę hardkorowego, znajdźcie sobie zdjęcie czaszki dziecka przed wymianą zębów, stałe znajdują się pod mlecznymi. Nie wiem, co to ma wspólnego z otworami, ale autentycznie po zobaczeniu tego zdjęcia nie spałam w nocy i przez dwa dni mnie trzęsło.
piątek, 9 maja 2014
5 typów ludzi dzwoniących na infolinię # 2
Nadgodziny potrafią dobić człowieka, crm śni mi się po nocach, a widząc rosnące kolejki czuję się jak Syzyf. Przy okazji znów postanowiłam bezczelnie zaszufladkować ludzi dzwoniących do nas z problemami, jakie nie śniły się fizjologom.
1. Wyłudzacz
(nie wiedziałam, jak go zilustrować, to wkleiłam zdjęcie dziwnego pana)
Charakterystyka: Postanowił puścić Bruna Duthoit z torbami i poświęca na to dużo czasu. Bardzo dużo czasu.
Typowa rozmowa:
- Dzień dobry, jestem waszym klientem od czterdziestu lat, czy ja płacę za tę rozmowę?
- Tak, płaci pan jednorazowo za całe połączenie...
- Proszę pani, to jest skandal, nikt mi o tym nie powiedział, proszę mi anulować mi koszty, bo ja dzwonię już trzeci raz dzisiaj, nic się nie da z wami załatwić, pani se spojrzy na ostatnią fakturę.
- Co się panu nie zgadza na tej fakturze?
- Za wysoka jest.
- A konkretnie? Opłaty za połączenia są naliczone prawidłowo.
- Ja sobie dokładnie policzyłem, tam jest napisane, że rozmawiałem w piątek 13 minut, a rozmawiałem 12, poza tym stawka za połączenia z Niemcami jest tutaj o 2 grosze za wysoka, chcę to reklamować. A w ogóle proszę mi jeszcze oddać 31 groszy odsetek, to nie moja wina, że nie dostaję faktur na czas.
Po półgodzinnej rozmowie tego typu niektórzy oddają kasę dla świętego spokoju, ja staram się stosować technikę zdartej płyty, na co wyłudzacz potrafi odpowiedzieć "NO WIDZĘ ŻE TECHNIKĘ ZDARTEJ PŁYTY MA PANI OPANOWANĄ DO PERFEKCJI!" Lubi się zasłaniać faktem, że nikt mu o tym nie powiedział i z tego względu powinien dostać zwrot. Regulaminy ma ogarnięte w punktach, w których coś mu się należy, te informujące o kosztach jakoś omija. Potrafi wykończyć psychicznie do tego stopnia, że wojsko powinno go przejąć jako broń psychologiczną i zapewnić wikt do końca życia, żeby nie musiał już płacić rachunków za telefon.
2. Gadżeciarz
Charakterystyka: Miał IPhone'a, kiedy wszyscy biegali z Nokią 3310.
Typowa rozmowa:
- Dzień dobry, czy ja mogę już wziąć u was nowy telefon?
- Trzy miesiące temu była przedłużana umowa, więc zostało jeszcze dużo czasu.
- Kurde, bo ten jest już stary.
Oprócz najnowszego smartfona posiada telefon terenowy z niezniszczalnego teflonu opracowanego przez NASA, tablet, tablet terenowy, nawigację, kindla, lustrzankę, wieżę z kolumnami i patefonem, stacjonarkę i konsolę do gier, plazmę podłączoną do konsoli oraz dekoder Telewizji Trwam. Google wyznaczyło go jako pierwszego ochotnika do testowania google glass, ale powiedział, żeby się schowali z tym gównem, bo to już stare i niemodne i że teraz na topie są soniczne śrubokręty.
3. Dobry rodzic
Charakterystyka: Daje dziecku wszystko co najlepsze, a potem żałuje.
Typowa rozmowa:
- Wie pani co, strasznie mi wysoki rachunek wyszedł za telefon syna.
- Z numeru X były wysyłane płatne smsy za sto złotych.
- A, to pewnie syn kupował itemy do Tibii, Minecrafta i Angry Birds, muszę mu powiedzieć żeby tego nie robił.
- Widzę, że dwa miesiące temu też była wysoka faktura, sprawdzić to pani?
- Wtedy to moja córka się zakochała, wie pani jak to jest, miłość jak sraczka przychodzi znienacka, hihi.
Ostatnio dzwonili rodzice. Dziecko lat 7, posiadające telefon w abonamencie firmowym, znalazło sobie kolegę z Afryki. Dzwonili do siebie i śpiewali piosenki po angielsku. Rodzice bardzo się cieszyli, że dziecko uczy się angielskiego, dopóki nie przyszedł rachunek.
4. Nieogarnięty
Charakterystyka: Po prostu nie ogarnia tej kuwety.
Typowa rozmowa:
- Wie pani co, ja mam taki numer komórkowy, ale dzwonię ze stacjonarnego, to zaraz pani podam...
(pięć minut odgłosów przewalania papierów, garnków i okrzyków typu "BOŻENKO JAKI TY MASZ NUMER")
- Znalazłem, zaraz pani podyktuję, to nie jest na mnie, tylko na szefową, ona kazała mi dzwonić, bo nie możemy znaleźć faktury, bo mamy kilka adresów i nie wiemy, na jaki przychodzi. To podaję numer tej Neostrady...
- Chyba komórki?
- A jak ja powiedziałam?
Nieogarnięty ma dwie działalności gospodarcze zarejestrowane w trzech różnych miastach pod pięcioma adresami, płaci VAT we wszystkich urzędach, bo nie wie, w którym powinien. Większość telefonów zarejestrowana jest na nieżyjącego ojca, tylko jakoś nie było czasu tego zmienić, a jeden na Basię z księgowości, która nie pracuje od roku. Dzwoniąc, dowiaduje się, że ma od roku dwa internety mobilne, o których nie wie, bo zamówił je i podpisał umowę pan Kazio ochroniarz.
5. Nawiedzony
Charakterystyka: Tego nie da dobrze podsumować, to trzeba usłyszeć.
Przykłady:
- Dzień dobry, mam nadzieję, że nagrywają państwo rozmowy? Bo ja mam strasznie wysoki rachunek.
- Z tego co widzę, wysyłał pan sporo smsów specjalnych.
- Nieprawda, wie pani co ja myślę? Telefon sam wysyłał te smsy. Bo wy je tak programujecie, każdy informatyk pani to potwierdzi.
- Mój telefon został zaimpregnowany oprogramowaniem typu spyphone i sprawa skończy się w prokuraturze.
Szczerze? Nie wiem, po co oni dzwonią, skoro i tak nam nie wierzą, bo są przekonani, że ich oszukujemy. Ale taki klient to przypadek jeden na milion, prawdziwa perła w morzu banalnych Marianów, ożywiająca szary dzień pracy. Czego jak czego, ale kreatywności nie można im odmówić.
Ostatnio zadzwonił koleś i na wstępie spytał, czy go zgwałcę. Odparłam, że chyba się dodzwonił do złego działu, a on, że chce sobie sprawdzić fakturę, ale boi się, że go zgwałcę. Ponieważ kontynuował temat gwałcenia, rozłączyłam się.
Pół godziny później wpada połączenie koledze z biurka obok. Odbiera.
- Dzień dobry, wie pan co, dzisiaj zgwałciły mnie dwie panie.
link do części pierwszej
1. Wyłudzacz
(nie wiedziałam, jak go zilustrować, to wkleiłam zdjęcie dziwnego pana)
Charakterystyka: Postanowił puścić Bruna Duthoit z torbami i poświęca na to dużo czasu. Bardzo dużo czasu.
Typowa rozmowa:
- Dzień dobry, jestem waszym klientem od czterdziestu lat, czy ja płacę za tę rozmowę?
- Tak, płaci pan jednorazowo za całe połączenie...
- Proszę pani, to jest skandal, nikt mi o tym nie powiedział, proszę mi anulować mi koszty, bo ja dzwonię już trzeci raz dzisiaj, nic się nie da z wami załatwić, pani se spojrzy na ostatnią fakturę.
- Co się panu nie zgadza na tej fakturze?
- Za wysoka jest.
- A konkretnie? Opłaty za połączenia są naliczone prawidłowo.
- Ja sobie dokładnie policzyłem, tam jest napisane, że rozmawiałem w piątek 13 minut, a rozmawiałem 12, poza tym stawka za połączenia z Niemcami jest tutaj o 2 grosze za wysoka, chcę to reklamować. A w ogóle proszę mi jeszcze oddać 31 groszy odsetek, to nie moja wina, że nie dostaję faktur na czas.
Po półgodzinnej rozmowie tego typu niektórzy oddają kasę dla świętego spokoju, ja staram się stosować technikę zdartej płyty, na co wyłudzacz potrafi odpowiedzieć "NO WIDZĘ ŻE TECHNIKĘ ZDARTEJ PŁYTY MA PANI OPANOWANĄ DO PERFEKCJI!" Lubi się zasłaniać faktem, że nikt mu o tym nie powiedział i z tego względu powinien dostać zwrot. Regulaminy ma ogarnięte w punktach, w których coś mu się należy, te informujące o kosztach jakoś omija. Potrafi wykończyć psychicznie do tego stopnia, że wojsko powinno go przejąć jako broń psychologiczną i zapewnić wikt do końca życia, żeby nie musiał już płacić rachunków za telefon.
2. Gadżeciarz
Charakterystyka: Miał IPhone'a, kiedy wszyscy biegali z Nokią 3310.
Typowa rozmowa:
- Dzień dobry, czy ja mogę już wziąć u was nowy telefon?
- Trzy miesiące temu była przedłużana umowa, więc zostało jeszcze dużo czasu.
- Kurde, bo ten jest już stary.
Oprócz najnowszego smartfona posiada telefon terenowy z niezniszczalnego teflonu opracowanego przez NASA, tablet, tablet terenowy, nawigację, kindla, lustrzankę, wieżę z kolumnami i patefonem, stacjonarkę i konsolę do gier, plazmę podłączoną do konsoli oraz dekoder Telewizji Trwam. Google wyznaczyło go jako pierwszego ochotnika do testowania google glass, ale powiedział, żeby się schowali z tym gównem, bo to już stare i niemodne i że teraz na topie są soniczne śrubokręty.
3. Dobry rodzic
Charakterystyka: Daje dziecku wszystko co najlepsze, a potem żałuje.
Typowa rozmowa:
- Wie pani co, strasznie mi wysoki rachunek wyszedł za telefon syna.
- Z numeru X były wysyłane płatne smsy za sto złotych.
- A, to pewnie syn kupował itemy do Tibii, Minecrafta i Angry Birds, muszę mu powiedzieć żeby tego nie robił.
- Widzę, że dwa miesiące temu też była wysoka faktura, sprawdzić to pani?
- Wtedy to moja córka się zakochała, wie pani jak to jest, miłość jak sraczka przychodzi znienacka, hihi.
Ostatnio dzwonili rodzice. Dziecko lat 7, posiadające telefon w abonamencie firmowym, znalazło sobie kolegę z Afryki. Dzwonili do siebie i śpiewali piosenki po angielsku. Rodzice bardzo się cieszyli, że dziecko uczy się angielskiego, dopóki nie przyszedł rachunek.
4. Nieogarnięty
Charakterystyka: Po prostu nie ogarnia tej kuwety.
Typowa rozmowa:
- Wie pani co, ja mam taki numer komórkowy, ale dzwonię ze stacjonarnego, to zaraz pani podam...
(pięć minut odgłosów przewalania papierów, garnków i okrzyków typu "BOŻENKO JAKI TY MASZ NUMER")
- Znalazłem, zaraz pani podyktuję, to nie jest na mnie, tylko na szefową, ona kazała mi dzwonić, bo nie możemy znaleźć faktury, bo mamy kilka adresów i nie wiemy, na jaki przychodzi. To podaję numer tej Neostrady...
- Chyba komórki?
- A jak ja powiedziałam?
Nieogarnięty ma dwie działalności gospodarcze zarejestrowane w trzech różnych miastach pod pięcioma adresami, płaci VAT we wszystkich urzędach, bo nie wie, w którym powinien. Większość telefonów zarejestrowana jest na nieżyjącego ojca, tylko jakoś nie było czasu tego zmienić, a jeden na Basię z księgowości, która nie pracuje od roku. Dzwoniąc, dowiaduje się, że ma od roku dwa internety mobilne, o których nie wie, bo zamówił je i podpisał umowę pan Kazio ochroniarz.
5. Nawiedzony
Charakterystyka: Tego nie da dobrze podsumować, to trzeba usłyszeć.
Przykłady:
- Dzień dobry, mam nadzieję, że nagrywają państwo rozmowy? Bo ja mam strasznie wysoki rachunek.
- Z tego co widzę, wysyłał pan sporo smsów specjalnych.
- Nieprawda, wie pani co ja myślę? Telefon sam wysyłał te smsy. Bo wy je tak programujecie, każdy informatyk pani to potwierdzi.
- Mój telefon został zaimpregnowany oprogramowaniem typu spyphone i sprawa skończy się w prokuraturze.
Szczerze? Nie wiem, po co oni dzwonią, skoro i tak nam nie wierzą, bo są przekonani, że ich oszukujemy. Ale taki klient to przypadek jeden na milion, prawdziwa perła w morzu banalnych Marianów, ożywiająca szary dzień pracy. Czego jak czego, ale kreatywności nie można im odmówić.
Ostatnio zadzwonił koleś i na wstępie spytał, czy go zgwałcę. Odparłam, że chyba się dodzwonił do złego działu, a on, że chce sobie sprawdzić fakturę, ale boi się, że go zgwałcę. Ponieważ kontynuował temat gwałcenia, rozłączyłam się.
Pół godziny później wpada połączenie koledze z biurka obok. Odbiera.
- Dzień dobry, wie pan co, dzisiaj zgwałciły mnie dwie panie.
link do części pierwszej
niedziela, 4 maja 2014
Zagubiony pokój - recenzja
W związku z zakończeniem oglądania szóstego sezonu przeżywam kryzys doktorowy, na co wpłynęła zarówno realizacja niektórych wątków na odpierdol, jak i niechęć do hipstersko-bajerancko-szczylowatego Smitha w roli Jedenastego. O czym będę pisać zresztą przy rankingu Doktorów - jak tylko dokończę całość, co może nastąpić nieprędko, aczkolwiek z drugiej strony jestem szalenie ciekawa Capaldiego.
Przy okazji dopiero rozpoczętej lektury bloga Mistycyzm popkulturowy (który swoją drogą serdecznie polecam) postanowiłam póki co wziąć się za polecany przez autora Warehouse 13. Nie ukrywam, że wiążę z serialem spore nadzieje i liczę, że się nie zawiodę.
A propos seriali, hm, bezprecedensowych - mam tu na myśli niepowtarzalny pomysł niewpisujący się do końca w ramy istniejących gatunków - przypomniał mi się miniserial Zagubiony pokój. Notabene oglądałam całość dwa razy, za pierwszym razem zarywając noce, a za drugim delektując się perfekcyjnie poprowadzoną, o co więcej nietypową fabułą na pograniczu s-f, urban fantasy i czegoś w rodzaju Lostów.
Głównym bohaterem jest detektyw Joe Miller, szlachetny, przystojny (a jakże) i nieco bezpłciowy, taki tam everyman, co absolutnie nic nie ujmuje serialowi, przez który przewija się galeria oryginalnych postaci o skrajnie różnych motywacjach. Przy okazji prowadzenia śledztwa detektyw natyka się na dowód rzeczowy w postaci klucza, który jak się okazuje otwiera wszystkie drzwi, przenosząc użytkownika do opuszczonego pokoju motelowego. Kiedy w pokoju znika córka bohatera, postanawia on rozwikłać zagadkę klucza.
Okazuje się, że pokój znajduje się niejako poza czasem i przestrzenią, a pochodzące z niego przedmioty zwane obiektami posiadają niezwykłe właściwości, od totalnie absurdalnych, po bardzo potężne i wręcz niebezpieczne. O dostęp do nich rywalizuje wiele osób, czy to indywidualnych, czy działających wspólnie i w porozumieniu, powodowanych pobudkami czy to czysto egoistycznymi, czy altruistycznymi, czy wręcz religijnymi - od nieszkodliwych świrów po naprawdę groźnych przeciwników.
Razem z naszym pierdołowatym bohaterem poznajemy zasady rządzące pokojem i dowiadujemy się, że pierwotnie posiadał od również lokatora. Wątek pochodzenia pokoju i obiektów długo pozostaje tajemniczy i niedopowiedziany, co mi akurat odpowiada, bo nadaje serialowi klimat tajemnicy. Poza wgłębianiem się w zagadkę obiektów i umiejętnie dozowaną niesamowitością mamy dynamiczną fabułę i nagłe zwroty akcji, po prostu cudo.
Siłą rzeczy w serialu nie udało się uniknąć pewnych nieścisłości, które jednak nie wpływają negatywnie na odbiór, choć oczywiście na Filmwebie znalazło się grono oburzonych. Co zrobisz, nic nie zrobisz, Bożenko. Tak czy inaczej serial polecam, całość jest do ogarnięcia nawet w jeden wieczór, ale ciężko się oderwać, więc w przypadku niecierpiących zwłoki obowiązków lepiej przełożyć oglądanie. Dla mnie był to czysty fun na miarę ulubionych produkcji z lat dzieciństwa.
Z jednej strony szkoda, że serial nie doczekał się kontynuacji, z drugiej czteroipółgodzinna całość wyszła bardzo spójnie. Pewien niedosyt mimo wszystko odczuwam, gdyby tak zacząć od początku z nowymi bohaterami i nagrać tym razem wieloodcinkowy serial z całkiem nową linią fabularną wychodzącą od koncepcji pokoju i obiektów, mogłoby z tego wyjść coś przełomowego. Potencjał jest.
Przy okazji dopiero rozpoczętej lektury bloga Mistycyzm popkulturowy (który swoją drogą serdecznie polecam) postanowiłam póki co wziąć się za polecany przez autora Warehouse 13. Nie ukrywam, że wiążę z serialem spore nadzieje i liczę, że się nie zawiodę.
A propos seriali, hm, bezprecedensowych - mam tu na myśli niepowtarzalny pomysł niewpisujący się do końca w ramy istniejących gatunków - przypomniał mi się miniserial Zagubiony pokój. Notabene oglądałam całość dwa razy, za pierwszym razem zarywając noce, a za drugim delektując się perfekcyjnie poprowadzoną, o co więcej nietypową fabułą na pograniczu s-f, urban fantasy i czegoś w rodzaju Lostów.
Głównym bohaterem jest detektyw Joe Miller, szlachetny, przystojny (a jakże) i nieco bezpłciowy, taki tam everyman, co absolutnie nic nie ujmuje serialowi, przez który przewija się galeria oryginalnych postaci o skrajnie różnych motywacjach. Przy okazji prowadzenia śledztwa detektyw natyka się na dowód rzeczowy w postaci klucza, który jak się okazuje otwiera wszystkie drzwi, przenosząc użytkownika do opuszczonego pokoju motelowego. Kiedy w pokoju znika córka bohatera, postanawia on rozwikłać zagadkę klucza.
Okazuje się, że pokój znajduje się niejako poza czasem i przestrzenią, a pochodzące z niego przedmioty zwane obiektami posiadają niezwykłe właściwości, od totalnie absurdalnych, po bardzo potężne i wręcz niebezpieczne. O dostęp do nich rywalizuje wiele osób, czy to indywidualnych, czy działających wspólnie i w porozumieniu, powodowanych pobudkami czy to czysto egoistycznymi, czy altruistycznymi, czy wręcz religijnymi - od nieszkodliwych świrów po naprawdę groźnych przeciwników.
Razem z naszym pierdołowatym bohaterem poznajemy zasady rządzące pokojem i dowiadujemy się, że pierwotnie posiadał od również lokatora. Wątek pochodzenia pokoju i obiektów długo pozostaje tajemniczy i niedopowiedziany, co mi akurat odpowiada, bo nadaje serialowi klimat tajemnicy. Poza wgłębianiem się w zagadkę obiektów i umiejętnie dozowaną niesamowitością mamy dynamiczną fabułę i nagłe zwroty akcji, po prostu cudo.
Siłą rzeczy w serialu nie udało się uniknąć pewnych nieścisłości, które jednak nie wpływają negatywnie na odbiór, choć oczywiście na Filmwebie znalazło się grono oburzonych. Co zrobisz, nic nie zrobisz, Bożenko. Tak czy inaczej serial polecam, całość jest do ogarnięcia nawet w jeden wieczór, ale ciężko się oderwać, więc w przypadku niecierpiących zwłoki obowiązków lepiej przełożyć oglądanie. Dla mnie był to czysty fun na miarę ulubionych produkcji z lat dzieciństwa.
Z jednej strony szkoda, że serial nie doczekał się kontynuacji, z drugiej czteroipółgodzinna całość wyszła bardzo spójnie. Pewien niedosyt mimo wszystko odczuwam, gdyby tak zacząć od początku z nowymi bohaterami i nagrać tym razem wieloodcinkowy serial z całkiem nową linią fabularną wychodzącą od koncepcji pokoju i obiektów, mogłoby z tego wyjść coś przełomowego. Potencjał jest.
czwartek, 1 maja 2014
Ulubione książki popularnonaukowe # 1
Czasami dla odmiany lubię poczytać sobie coś rozwojowego, z tzw. wiedzy ogólnej, uwielbiam historię medycyny i badań kosmosu, jaram się fizyką kwantową chociaż jej nie rozumiem i takie tam. Oto subiektywny wybór książek, które wciągnęły mnie dokumentnie i które czytało mi się lepiej niż kryminały mimo stricte naukowej treści.
1. Stulecie chirurgów, Jürgen Thorwald

Polecam wszystkie książki Thorwalda, wybór Stulecia chirurgów wynika tylko z kolejności chronologicznej (chyba). Jest to historia początków współczesnej chirurgii, od pierwszego zabiegu usunięcia jebitnie wielkiego guza na jajniku (bez znieczulenia of course) po nowoczesną anestezjologię. Książka szokująca, szczególnie dla mnie jako dla osoby zainteresowanej historią rozwoju nauki. XIX wiek zawsze wydawał mi się taki strasznie elo do przodu, typu omg wiemy już wszystko lecim paralotnią na Marsa. Każdy gentleman w Anglii zbierał skamieliny itp., ale bardzo długo nikomu nie przyszło do głowy, że gaz rozweselający używany powszechnie dla beki może być wykorzystany przy zabiegach medycznych i że warto również zacząć prać prześcieradła w szpitalach. Studenci wracali z prosektorium i szli odbierać porody, a koleś każący im myć ręce był uważany za dziwaka, amputacje odbywały się publicznie, wykonywane przez doktorów w cylindrach i frakach... Wiele rzeczy całkiem dla nas oczywistych ma zdumiewająco krótką historię.
W kolejnej części, Triumfie chirurgów, Thorwald opisuje długą drogę do pierwszych udanych przeszczepów - nie tylko rzetelną pracę lekarzy, lecz także kurioza typu ten oto chory radziecki eksperyment z psem. Książka również fascynująca i przerażająca zarazem, szczególnie jeśli chodzi o prywatne historie pacjentów, którzy w zasadzie mieli wybór - umrzeć lub zostać niejako królikiem doświadczalnym bez żadnej gwarancji przeżycia.
Thorwald napisał również dwie książki z dziedziny historii kryminalistyki i pozycje te po raz kolejny uświadomiły mi, że rzeczy dla nas oczywiste zostały wprowadzone całkiem niedawno - rzetelny, naukowo prowadzony proces sądowy również ma stosunkowo krótką historię. Sherlock Holmes i jego klasyfikacja popiołu z papierosów i ziemi z różnych zakątków Londynu to jeden z przykładów, jak łączono praktyczne śledztwo z XIX-wieczną fazą na punkcie metod naukowych (podaję przykład Sherlocka, bo w tym wypadku fikcja odpowiada rzeczywistości). A ile w tym dłubania, to ja nawet nie, w sumie do dziś nie mieści mi się w głowie, że do niedawna nie było AFIS i trzeba było ręcznie (ocznie?) porównywać ślady linii papilarnych.
2. Najwspanialsze widowisko świata, Richard Dawkins
Przystępne przedstawienie teorii ewolucji, którą większość społeczeństwa kojarzy jako teorię pochodzenia człowieka od małpy i tym podobne uproszczenia. Póki co nie jest u nas tak źle jak w Ameryce, gdzie dowolny bełkot można obronić poprzez odniesienia religijne, ale pomału zmierzamy w tym kierunku. Serio, nie pamiętam, żeby jeszcze kilka lat temu ktokolwiek negował ewolucję, a teraz wystarczy, że jakaś tępa dzida zacznie się rzucać że omg to som moje poglądy i nie obrażaj wierzących i nie można złego słowa powiedzieć. Tak jak na obrazku poniżej, co prawda KK nie neguje ewolucji, ale zawsze znajdą się oszołomy świętsze od papieża.

Napiszę wprost: trzeba być debilem z brakami w podstawowej edukacji, być ślepym albo mieć łeb zaimpregnowany propagandą, żeby pisać takie pierdoły. Jak dla mnie kreacjoniści stoją na równi z gimbusami z forum o zjawiskach paranormalnych wierzących w cywilizację żyjącą wewnątrz pustej Ziemi albo jakąś równie durną teorię spiskową. Wystarczy poobserwować przyrodę, by ewolucja całkiem instynktownie wydała się logicznym rozwiązaniem, a jak głębiej poznamy mechanizmy, to wszystko zaczyna się układać w głowie z porażającą konsekwencją.
Mamy w zasadzie dwa podstawowe problemy z ewolucją. Po pierwsze, idealizm platoński nakazuje nam myśleć o każdym gatunku jako o skończonym i kompletnym, nieświadomie mamy w głowie ideał kota, ideał człowieka itp. Jest to bardzo głęboko zakorzeniony schemat utrudniający przyjęcie płynnych granic rozwoju gatunków i z tego punktu widzenia Platon zrobił nam krzywdę. Po drugie, krzywdę zrobiło nam również chrześcijaństwo, za sprawą którego postrzegamy człowieka jako koronę stworzenia i ciężko nam przyjąć, że jesteśmy totalnie przypadkową odnogą i za sprawą małego zbiegu okoliczności moglibyśmy nie istnieć, a w zamian po Ziemi chodziłyby myślące dinozaury czy coś.
Jestem skłonna zaryzykować tezę, że gdyby nie Platon i Jezus bylibyśmy w Europie mocno do przodu i zaoszczędzilibyśmy kupę czasu i energii zmarnowanych na zajmowanie się pierdołami. Ale to tak na marginesie.
Będzie o tym jeszcze mowa, gdy dojdę do książki Billa Brysona: mamy niesamowite szczęście, że ewolucja poszła w tym kierunku, a patrząc na wcześniejszy okres - że Ziemia znajduje się w idealnej odległości od Słońca i takie tam. Niektórzy pewnie zinterpretowaliby to jako dowód na istnienie siły wyższej, ja zaś uważam, że w nieskończenie wielkim Wszechświecie może się zdarzyć nieskończenie wiele przypadków.
Tyle, jeśli chodzi o moje przemyślenia. Polecam poczytać Dawkinsa, który w międzyczasie awansował co prawda na jakieś guru gimboateistów, ale krzywe skojarzenia nijak nie ujmują mu erudycji i zdolności opisywania skomplikowanych mechanizmów natury w sposób zrozumiały dla laika. Ewolucja dzieje się na naszych oczach - wystarczy dostrzec pewne schematy i wszystko układa się w zdumiewająco spójną całość.
W kolejnej notce będzie trochę o historii wszechświata i o nieprawdopodobnie dziwnych zaburzeniach neurologicznych :)
1. Stulecie chirurgów, Jürgen Thorwald

Polecam wszystkie książki Thorwalda, wybór Stulecia chirurgów wynika tylko z kolejności chronologicznej (chyba). Jest to historia początków współczesnej chirurgii, od pierwszego zabiegu usunięcia jebitnie wielkiego guza na jajniku (bez znieczulenia of course) po nowoczesną anestezjologię. Książka szokująca, szczególnie dla mnie jako dla osoby zainteresowanej historią rozwoju nauki. XIX wiek zawsze wydawał mi się taki strasznie elo do przodu, typu omg wiemy już wszystko lecim paralotnią na Marsa. Każdy gentleman w Anglii zbierał skamieliny itp., ale bardzo długo nikomu nie przyszło do głowy, że gaz rozweselający używany powszechnie dla beki może być wykorzystany przy zabiegach medycznych i że warto również zacząć prać prześcieradła w szpitalach. Studenci wracali z prosektorium i szli odbierać porody, a koleś każący im myć ręce był uważany za dziwaka, amputacje odbywały się publicznie, wykonywane przez doktorów w cylindrach i frakach... Wiele rzeczy całkiem dla nas oczywistych ma zdumiewająco krótką historię.
W kolejnej części, Triumfie chirurgów, Thorwald opisuje długą drogę do pierwszych udanych przeszczepów - nie tylko rzetelną pracę lekarzy, lecz także kurioza typu ten oto chory radziecki eksperyment z psem. Książka również fascynująca i przerażająca zarazem, szczególnie jeśli chodzi o prywatne historie pacjentów, którzy w zasadzie mieli wybór - umrzeć lub zostać niejako królikiem doświadczalnym bez żadnej gwarancji przeżycia.
Thorwald napisał również dwie książki z dziedziny historii kryminalistyki i pozycje te po raz kolejny uświadomiły mi, że rzeczy dla nas oczywiste zostały wprowadzone całkiem niedawno - rzetelny, naukowo prowadzony proces sądowy również ma stosunkowo krótką historię. Sherlock Holmes i jego klasyfikacja popiołu z papierosów i ziemi z różnych zakątków Londynu to jeden z przykładów, jak łączono praktyczne śledztwo z XIX-wieczną fazą na punkcie metod naukowych (podaję przykład Sherlocka, bo w tym wypadku fikcja odpowiada rzeczywistości). A ile w tym dłubania, to ja nawet nie, w sumie do dziś nie mieści mi się w głowie, że do niedawna nie było AFIS i trzeba było ręcznie (ocznie?) porównywać ślady linii papilarnych.
2. Najwspanialsze widowisko świata, Richard Dawkins
Przystępne przedstawienie teorii ewolucji, którą większość społeczeństwa kojarzy jako teorię pochodzenia człowieka od małpy i tym podobne uproszczenia. Póki co nie jest u nas tak źle jak w Ameryce, gdzie dowolny bełkot można obronić poprzez odniesienia religijne, ale pomału zmierzamy w tym kierunku. Serio, nie pamiętam, żeby jeszcze kilka lat temu ktokolwiek negował ewolucję, a teraz wystarczy, że jakaś tępa dzida zacznie się rzucać że omg to som moje poglądy i nie obrażaj wierzących i nie można złego słowa powiedzieć. Tak jak na obrazku poniżej, co prawda KK nie neguje ewolucji, ale zawsze znajdą się oszołomy świętsze od papieża.

Napiszę wprost: trzeba być debilem z brakami w podstawowej edukacji, być ślepym albo mieć łeb zaimpregnowany propagandą, żeby pisać takie pierdoły. Jak dla mnie kreacjoniści stoją na równi z gimbusami z forum o zjawiskach paranormalnych wierzących w cywilizację żyjącą wewnątrz pustej Ziemi albo jakąś równie durną teorię spiskową. Wystarczy poobserwować przyrodę, by ewolucja całkiem instynktownie wydała się logicznym rozwiązaniem, a jak głębiej poznamy mechanizmy, to wszystko zaczyna się układać w głowie z porażającą konsekwencją.
Mamy w zasadzie dwa podstawowe problemy z ewolucją. Po pierwsze, idealizm platoński nakazuje nam myśleć o każdym gatunku jako o skończonym i kompletnym, nieświadomie mamy w głowie ideał kota, ideał człowieka itp. Jest to bardzo głęboko zakorzeniony schemat utrudniający przyjęcie płynnych granic rozwoju gatunków i z tego punktu widzenia Platon zrobił nam krzywdę. Po drugie, krzywdę zrobiło nam również chrześcijaństwo, za sprawą którego postrzegamy człowieka jako koronę stworzenia i ciężko nam przyjąć, że jesteśmy totalnie przypadkową odnogą i za sprawą małego zbiegu okoliczności moglibyśmy nie istnieć, a w zamian po Ziemi chodziłyby myślące dinozaury czy coś.
Jestem skłonna zaryzykować tezę, że gdyby nie Platon i Jezus bylibyśmy w Europie mocno do przodu i zaoszczędzilibyśmy kupę czasu i energii zmarnowanych na zajmowanie się pierdołami. Ale to tak na marginesie.
Będzie o tym jeszcze mowa, gdy dojdę do książki Billa Brysona: mamy niesamowite szczęście, że ewolucja poszła w tym kierunku, a patrząc na wcześniejszy okres - że Ziemia znajduje się w idealnej odległości od Słońca i takie tam. Niektórzy pewnie zinterpretowaliby to jako dowód na istnienie siły wyższej, ja zaś uważam, że w nieskończenie wielkim Wszechświecie może się zdarzyć nieskończenie wiele przypadków.
Tyle, jeśli chodzi o moje przemyślenia. Polecam poczytać Dawkinsa, który w międzyczasie awansował co prawda na jakieś guru gimboateistów, ale krzywe skojarzenia nijak nie ujmują mu erudycji i zdolności opisywania skomplikowanych mechanizmów natury w sposób zrozumiały dla laika. Ewolucja dzieje się na naszych oczach - wystarczy dostrzec pewne schematy i wszystko układa się w zdumiewająco spójną całość.
W kolejnej notce będzie trochę o historii wszechświata i o nieprawdopodobnie dziwnych zaburzeniach neurologicznych :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)










