środa, 27 sierpnia 2014

China Mieville, czyli najdziwniejsza fantastyka ever

Po lekturze "Blizny" mogę stwierdzić, że China Miéville to najlepszy autor fantastyki, jakiego czytałam. Może pomijając Dukaja, z tym że Dukaj to całkiem inna półka, bo jest dość mocno intelektualny i wymaga pewnego wysiłku przy lekturze. Patologicznie nie cierpię fantasy w klimatach tolkienowskich, jeśli sięgam po coś z tej półki, to musi to być nietypowa pozycja. Miéville (tak jak zresztą i Dukaj) zaliczany jest do nurtu new weird, który - jak to zwykle bywa - mieści wszystko, czego nie obejmują wąskie ramy gatunków fantasy, science fiction i horror.

Jak dotąd przeczytałam "Krakena" (historia o zniknięciu wielkiej kałamarnicy z British Museum w alternatywnym Londynie oraz o czczącej kałamarnicę sekcie, która wyczekuje apokalipsy), "Miasto i miasto" (kryminał, akcja toczy się w mieście leżącym na pęknięciu czasoprzestrzennym, w wyniku którego powstały dwa jednocześnie istniejące miasta, przy czym przekraczanie granicy między nimi stanowi absolutne tabu) oraz dwa tomy z trylogii crobuzońskiej - "Dworzec Perdido" i "Bliznę". Dwie ostatnie pozycje wywarły na mnie największe wrażenie. Okładki polskich wydań są chujowe, więc zilustruję notkę fanartami.

ze strony http://cormacmcevoy.blogspot.com/

Miasto Nowe Crobuzon, nad którym góruje tytułowy dworzec Perdido wraz z główną wieżą milicyjną, jest zamieszkiwane przez standardowych ludzi oraz ludzi-kaktusów, khepri (kobiety-owady - jak to u owadów bywa, samce są bezmózgimi trutniami), vodyanoi (ludzie-żaby) oraz przetworzonych, którzy dla celów przemysłowych bądź na skutek kary zostali wyposażeni w metalowe części, dodatkowe kończyny etc. Główny bohater, Isaac Grimnembulin, genialny naukowiec, jest w potajemnym związku z artystką Lin, khepri. Pewnego dnia odwiedza go garuda, człowiek-ptak z pustynnych obszarów, który został wygnany, pozbawiony skrzydeł i szuka sposobu, by znowu móc latać. Isaac bada teorię lotu, jednocześnie pracując nad perpetuum mobile - maszyną uwalniającą energię kryzysu - i nieopatrznie wypuszcza na wolność niebezpieczne istoty manipulujące podświadomością.

Dalej mamy totalną jazdę w tym samym stylu, świadome maszyny, potężnego megapająka z innego wymiaru itp. Ponad 500 stron, ale akcja toczy się szybko, zresztą samo odkrywanie świata przedstawionego wciąga. Postacie i ich dylematy również są wiarygodne, ale mniejsza z tym, nie przeszkadzałoby mi nawet drewno, bo szklarnia-getto dla kaktusów, bo składanie jaj, bo wymyślone przez autora dziwne narkotyki, bo milicyjne kolejki na kablach i sterowce, bo burdel przetworzonych, omg. Funkcjonuje tu oczywiście również magia, ale nie sztampowe gówno w stylu fantasy, tylko raczej alternatywna fizyka.

http://www.majoh.com/

Bellis Coldwine, lingwistka, ucieka z Nowego Crobuzon drogą morską po wydarzeniach z pierwszego tomu. Pod pokładem w tragicznych warunkach przebywają przetworzeni, podróżujący do kolonii karnej. Statek zostaje porwany przez piratów, którzy przyłączają go do Armady - ogromnego pływającego miasta złożonego z zaginionych statków, zamieszkanego przez osoby porwane, uciekinierów i renegatów, rządzonego przez fanatycznych Kochanków, poznaczonych identycznymi bliznami. Na Armadzie przetworzeni i inne rasy posiadają pełnię praw, nic dziwnego, że większość nowo przybyłych szybko przystosowuje się do nowej sytuacji, Bellis jednak zamierza uciec i nawiązuje kontakt z crobuzońskim szpiegiem, który jak się okazuje ma swoje własne cele i własne, przerażające moce.

Równolegle toczy się wątek chłopaka okrętowego, który nawiązuje romans z przetworzoną (od kolan w dół zmienioną w maszynę parową na gąsienicach) oraz Tannera Sacka, byłego więźnia tak lojalnego wobec Armady, że daje się przetworzyć w istotę wodną, by lepiej i wydajniej pracować na rzecz tajemniczego projektu Kochanków. Ci tymczasem planują usidlić awanka, gigantyczną istotę z innego wymiaru, by zyskać możliwość dowolnego przemieszczania dryfującego bezwładnie miasta. W tym celu planują wyprawę na wyspę ludzi-moskitów, izolowaną ze względu na ich skrajnie niebezpieczne, żądne krwi samice. Dalej akcja leci już z górki, o wiele dynamiczniej niż w Dworcu Perdido. Intrygi polityczne, nieznane przerażające moce, przemoc, zamieszki, krwiożercze istoty nie do ogarnięcia wyobraźnią...

Generalnie autor ma w sobie coś z Martina, mianowicie lubi znęcać się nad bohaterami. Dużo jest w tym okrucieństwa i niesprawiedliwości, ale tym samym - konsekwencji oraz psychologicznego realizmu.


A tu sam autor, kulturoznawca i lewak w chuj. Fajna dziara. Od jutra biorę się za trzecią część, napiszę, jak było.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...