środa, 12 listopada 2014

Biomet niekorzystny # 8 - jak zgubić się w mieście

Praktycznie każde większe osiedle posiada kazamaty. Kazamaty składają się z siatki ulic bez charakterystycznych punktów typu place czy parki i o mylących nazwach. Mój znajomy notorycznie myli rzęsy z brwiami, ja mylę Dekerta, Mohna, Reymonta i całą resztę tych martwych ziomów. Dobrze, że ulice nie są numerowane jak w USA i że nie mieszkam na Nowej Hucie, bo codziennie bym błądziła godzinami przed powrotem do domu. Teoretycznie ze Starówki wracam jakieś piętnaście minut z buta, ale tylko w przypadku, kiedy idę którąś z bardziej charakterystycznych ulic i po drodze trafi się Filmar albo PKS. Kiedy postanowię przykozaczyć i skrócić sobie nocą drogę, zapuszczę się w kazamaty, moje szanse na szybki powrót spadają. Co gorsza - dziesiątki razy byłam w Kadrze, Przepompowni, Tratwie i Czeskim Śnie, ale jak nie idę od Szerokiej, również zdarza mi się błądzić.

Bardzo lubię pub Pamela i jak mi się nie chce iść na miasto, to jest super, bo mam tam pięć minut z buta. Problem w tym, że on się przemieszcza. Staram się zawsze iść tą samą drogą, ale i tak nie wiadomo, czy wyskoczy nagle zza rogu za kolejnym zakrętem, czy pojawi się na drugim końcu ulicy. Albo idę, mijam pięć żabek jedną po drugiej (a ostatnio były tylko dwie) i nagle widzę coś takiego:



blok, w którym mieszka Szatan

Rozkminiałyśmy ostatnio z koleżanką, co oznacza wyjście na miasto i jak ludzie to rozumieją. Jak mieszkałam w Grudziądzu, zawsze mówiło się, że jedziemy do miasta, mimo że teoretycznie w mieście mieszkaliśmy. Teraz z kolei wszyscy mieszkający w Toruniu mówią, że idą na miasto i w sumie ciężko wyczaić różnicę, ale wydaje mi się, że do miasta jedzie się na zakupy, do banku itp., a na miasto na imprezę. Ciekawe, czy ludzie mieszkający na Szerokiej również mówią, że idą na miasto.

Byłyśmy na zakupach w Plazie, niestety tramwaj się wykrzaczył na torach i podstawiono autobus zastępczy. Władował się do niego tłum ludzi, a kierowca zaczął przemawiać tonem DJ-a:
- Noo proszę państwa, zorganizowaliśmy taką prowizoryczną komunikację zastępczą, jak ktoś jedzie na miasto (lol), to proszę się przesiąść na tramwaj na Sienkiewicza, państwa bilety zachowują ważność! Jedziemy dalej! Dla tych z państwa, co się dosiedli...
W pewnym momencie ludzie zaczęli sobie kręcić bekę i sadzić teksty typu "tylne siedzenia, jak się bawicie?" Naradzamy się z kumpelą, gdzie najlepiej wysiąść, jakaś babka zasugerowała nam, że to już tutaj, zaraz. Bydgoskie, ciemno jak w dupie u szatana, ludzie wysiedli i rozeszli się w nieznanym kierunku. Jakiś przystanek niby jest, ale niepodpisany i na tramwaj się nie zanosi.

No to idziemy w tamtą stronę, tam na pewno jest Rapackiego. Na bank.
I tak weszłyśmy w kazamaty. Niby znałam te ulice, mało tego, mieszkałam w okolicy, ale nie sądziłam, że są tak cholernie długie i że krzyżują się z jakimiś ciemnymi uliczkami, których w życiu nie widziałam na oczy. Zero ludzi, zero taksówek, jakieś dziwne sklepy i firmy, których nie kojarzyłam.
- Myślisz, że tędy na Rapaka?
- Nie wiem, to ty tu mieszkałaś.

Najgorsze jest to, że cały czas byłyśmy naprawdę blisko, ale dopiero po jakichś dwudziestu minutach wyszłyśmy w parku na Rapaka. Obstawiam, że miejskie kazamaty to jakiś relikt starożytnej technologii władców czasu i są większe w środku.

1 komentarz:

  1. Dobre, obśmiałam się jak pszczoła :)
    I wiesz, jak się mieszka na zakazanym osiedlu 6 km od centrum i jedzie się "do miasta" pół godziny przez jakieś laseczki i ogródki działkowe, to nic dziwnego, że się jedzie właśnie "do miasta". Ot i cała zagadka :)
    Marit

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...